ROZWAŻANIA KS.LUCJANA BIELASA Rok 2025
Porzucony dzban
(Wj 17, 3-7) (Rz 5, 1-2. 5-8) (J 4, 5-42)
Było południe, czyli godzina szósta. Zmęczony drogą Jezus siedział sobie przy źródle, była tam studnia Jakubowa, a On miał pragnienie, lecz nie miał czerpaka. Jego uczniowie udali się do samarytańskiego miasteczka zwanego Sychar, aby zakupić żywność. I nagle, przy studni, pojawiła się samotna kobieta, Samarytanka, która przyszła, aby zaczerpnąć wodę. W tych tak zwyczajnych okolicznościach doszło do niezwyczajnego spotkania, które swą głębią inspiruje wielu szukających prawdy o człowieku. Spotkało się dwoje ludzi, z zupełnie różnych światów, których łączyło jedno wspólne pragnienie, takie zwyczajne, takie ludzkie, zaostrzone południową spiekotą – pragnienie wody. Zarówno On – Jezus, jak i ona – Samarytanka, mieli jeszcze drugie pragnienie, ale te były już zupełnie różne. Mimo przepaści, jakie ich dzieliły, które w tamtej rzeczywistości były szczególnie głębokie On – mężczyzna i Żyd, ona kobieta i Samarytanka, On – Święty, ona – grzesznica, oboje jednak byli otwarci na dialog. On, wcielony Bóg, pragnie przekazać tym wszystkim, którzy tylko na to się otworzą, swój skarb największy – wodę życia, a jest nią miłość. Ona, przez poplątane swoje życie wykrzyczała, że tak naprawdę szuka miłości, miłości, która nadałaby jej życiu sens. Samarytanka okazała się niezwykle inteligentną kobietą o dużej wiedzy religijnej i jeszcze większej znajomości męskiej psychiki. Doświadczyła teraz, przy studni Jakubowej, nie tylko nadzwyczajnej osobowości Jezusa, nie tylko Jego wszechwiedzy, ale przede wszystkim Jego czystej, bezinteresownej miłości. Właśnie taka kobieta jak ona, z takim doświadczeniem życiowym, mogła to najlepiej docenić. Kiedy Jezus objawił jej, że jest Mesjaszem, Tym na którego czekają zarówno Żydzi, jak i Samarytanie, ona nie dyskutowała. Nie wchodziła w teologiczne rozważania, ona myślała sercem. To, co Jezus jej powiedział, przyjęła całą sobą: zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Przemiana, jaka się dokonała w kobiecie z Samarii po spotkaniu z Jezusem, była gigantyczna. Ta, którą grzeszne życie zepchnęło na obrzeża społeczności, napełniona teraz Bożą miłością, odzyskała życie. To właśnie Jezus stał się dla niej źródłem wody żywej. Jej życie nagle nabrało sensu. Jej niespokojne serce zostało nie tylko uzdrowione i napełnione ogromnym potencjałem miłości. Wybiegła ze swego ukrycia i stała się misjonarką Jezusa Mesjasza i to pośród tych, przed którymi do tej pory się chowała. Trzeba przyznać, że nikt nie był w stanie tak szeroko otworzyć drzwi Samarytan na Jezusa i Jego uczniów, jak ta przemieniona miłością kobieta. To było pierwsze przełamanie barier, a zaproszony Jezus dokonał reszty. Nawróceni mówili do kobiety: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, usłyszeliśmy bowiem na własne uszy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. To doświadczenie spotkania z Samarytanką było niewątpliwie twardą szkołą dla uczniów Jezusa, których zdumienie było bezgraniczne. Jakże głęboko zapadło to św. Janowi, dzięki któremu mamy ten szczegółowy raport spod Jakubowej studni, a który sam doświadczył miłości Jezusa. To on kładł swoją głowę na piersi Jezusa, to on był świadkiem przebicia włócznią Jezusowego serca. To on wszedł w pusty grób zmartwychwstałego Pana, doświadczył spotkań z Nim i Jego wniebowstąpienia. Obdarzony Duchem Świętym i obecnością Maryi Matki Jezusa, niestrudzenie głosi Ewangelię Miłości, i czyni to tak, jak czyniła to Samarytanka – z entuzjazmem. Stawiam sobie dzisiaj twarde pytanie: czy ja porzuciłem już dzban mojej ludzkiej troski, a napełniony wodą życia, sam biegnę do jej Źródła i z entuzjazmem prowadzę innych.
Ks. Lucjan Bielas
Jak masz odwagę, to popatrz do lustra
(Rdz 12, 1-4a; 2 Tm 1, 8b-10; Mt 17, 1-9)
Całe życie człowiek pracuje na swoją twarz. Po co? Tak naprawdę po to, aby kiedyś, na końcu końców, móc twarzą w twarz spojrzeć w oblicze Stwórcy, który na swój
obraz i podobieństwo każdego z nas uczynił. W drugą niedzielę Wielkiego Postu zabiera Chrystus nas, wraz ze swymi wybranymi Apostołami, Piotrem Jakubem i Janem, na Górę Przemienienia. Jest to jedyna chwila, w której Chrystus wprowadza swoich wybranych w głębię swojego Boskiego „Ja”. Bóstwo Jezusa przeniknęło Jego
człowieczeństwo, w niczym go nie naruszając: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim. To niezwykłe i jedyne w dziejach świata przemienienie stało się zapowiedzią zmartwychwstania Chrystusa i uwielbienia Jego ciała. Jezus uczynił to dla nas, aby nas zabrać, na drogę przemienia. Spośród wszystkich stworzeń, tylko człowiek może wraz z Chrystusem wyruszyć na taką drogę. Jest to droga do nieprzemijającego piękna, w którym to ludzka natura jest przeniknięta Boską miłością na wieki. I tak jak wtedy do Apostołów, tak dzisiaj do nas z obłoku przemawia głos Ojca Niebieskiego: To
jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Bóg daje nam nie tylko dobrą radę, ale i samego Siebie w swoim Synu, aby tym, którzy zechcą, towarzyszyć na ich drodze przemienia. Ta droga, to nie jest wycieczka górska, to stroma droga przez ludzkie życie. Aby jej dotknąć, warto nam popatrzeć na ludzką twarz Chrystusa. W tę śliczną twarz dziecka wpatrywali się Jego rodzice, Najświętsza Maryja Panna i św. Józef, odczytując ukryte w niej piękno Niebieskiego Ojca. Doświadczyli piękna tej twarzy pasterze z Betlejem, Mędrcy ze Wschodu, Starzec Symeon i prorokini Anna. Pamiętamy, jakie wrażenie na uczonych w jerozolimskiej świątyni zrobiła twarz
dwunastoletniego Jezusa, który świadomie przybył do domu swego Niebieskiego Ojca i w dyskusji z nimi dał temu wyraz. Niejednokrotnie Ewangeliści zwracają uwagę na twarz Chrystusa, na jego spojrzenie pełne Boskiej mocy, ale i ludzkiego smutku. Na Górze Przemienienia ta boska moc Jezusowego oblicza osiągnęła szczyt, jaśniejąc
jak słońce. Na Górze Oliwnej, ta sama twarz Chrystusa została przeniknięta trwogą konania, aż do krwawego potu. Twarz człowieka jest przez całą historię ludzkości postrzegana jako zewnętrzny wyraz niewidzialnej duszy człowieka i jego serca. Tak często bywa, że twarz ludzi dobrych, budzi u złych niepokój sumienia. Jednym pomaga on w przemianie życia, u innych generuje nienawiść. Kiedy Sanhedryn wydał wyrok na Jezusa, cała nienawiść prymitywnych sług świątynnych, skoncentrowała się na Jego twarzy: Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: „Prorokuj nam, Mesjaszu, kto Cię uderzył?” (Mt
26, 67-68). Na swój sposób bili go żołnierze Piłata, wyśmiewając Jego królewską godność. Ubrali Go w szkarłatny płaszcz, nałożyli na głowę koronę z
cierni, do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: „Witaj Królu Żydowski”. Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili go po głowie (Mt 27 29-30). Wreszcie mamy zachowaną niezwykłą fotografię, umęczonej ludzkiej twarzy Chrystusa, na Całunie Turyńskim. Jedyne w dziejach świata zdjęcie uczynione dla człowieka, boską techniką w chwili zmartwychwstania Zbawiciela. Niemy świadek, który krzyczy światu wierzącemu w naukę, że nadzieję trzeba położyć w Bogu. I wreszcie twarz Zmartwychwstałego Pana. Twarz, którą doświadczali wybrani świadkowie,twarz, którą Chrystus wniósł do Nieba, twarz, którą, ufam, że i ja kiedyś
zobaczę. Wiem jednak, że muszę być gotowy na wszystkie etapy drogi przemienienia.
Dziękuję ci Jezu, że jesteś ze mną, szczególnie za Eucharystię. I może warto nieraz w ramach dziękczynienia, po Komunii świętej popatrzeć do lustra.
Ks. Lucjan Bielas
Po co mi diabeł?
(Rdz
2,7-9;3,1-7; Rz 5,12-19; Mt 4,1-11)
Skoro Stwórca, który stworzył mnie z miłości i nieskończenie mnie kocha, dopuszcza wobecmojej osoby działanie szatana, to musi być w tym ukryty głęboki sens. Zwykle
mówimy, że jest to poddanie człowieka próbie, w której może on świadomie i dobrowolnie stanąć po stronie Pana Boga. Coraz bardziej jednak dociera do mnie
przekonanie, że idzie tutaj o jeszcze coś więcej. Niezwykłą pomocą w naszych rozważaniach może być wniknięcie w logikę czytań dzisiejszej liturgii Mszy św. I tak natchniony autor Księgi Rodzaju prowadzi nas do raju, gdzie jesteśmy świadkami kuszenia pierwszych ludzi. Stawiamy sobie pytanie, czy ta próba, na jaką wystawił ich Bóg, dopuszczając tak wielką inteligencję zła, nie przerastała ich możliwości? Diabeł postawił Ewie prowokujące pytanie, na które ona odpowiadając, pokazała, że więcej w niej lęku przed Bogiem, niż miłości do Niego. Wtedy to diabeł wykazał się niezwykłą empatią. Wyciszył jej lęk, kłamstwo ubrał w pozór prawdy i zachęcił do wzięcia w swoje ludzkie ręce decyzji o tym, co jest dobre, a co złe. Gdyby Ewa, bardziej Boga kochała, nie zostawiłaby szatanowi żadnej przestrzeni na działanie, niezależnie od
wielkości jego inteligencji. Ten wniosek jest ważny dla całej ludzkości, albowiem diabeł nigdy nie opuścił miejsca kuszenia, czyli drzewa poznania dobra i zła. Kiedy to
zapowiedziany już w raju Mesjasz, Jezus Chrystus przyszedł na ten świat, dopuścił do siebie diabła, rzeczywistość kuszącą do zła, nieustannie obecną przy człowieku. Diabeł wiedział, że ma przed sobą kogoś wyjątkowego, dlatego też był nad wyraz dobrze do tej konfrontacji przygotowany. W swej ludzkiej postaci Jezus był również
gotowy na to spotkanie. Pokazowa walka została stoczona na pustyni. Jezus pokonał diabła, lecz pozwolił mu odejść. Pozwolił na dalsze jego powroty,
na dalsze konfrontacje zarówno z Jezusem, jak i z tymi, którzy pójdą za Nim. Ta walka będzie trwała, aż do końca świata i wiemy, że diabeł z Jezusem nie
wygra. Ważne, aby tej walki diabeł nie wygrał ze mną. Paradoksalnie, konfrontacja z diabłem, kusicielem, jest potrzebna człowiekowi, aby jeszcze bardziej świadomie i jeszcze bardziej dobrowolnie odpowiedział całym sobą na miłość Boga, miłością. Jezus nie zostawia nas samych. Nie tylko daje nam pokazową instrukcję, jak walczyć z kusicielem, ale przede wszystkim aktywnie wspiera Boską mocą każdego, który o to poprosi. Podstawowe narzędzia obrony. Już na samym początku opisu kuszenia pada fundamentalne stwierdzenie: Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. W swej ludzkiej postaci Jezus pozwolił się prowadzić Duchowi – Boskiej Miłości. Tak więc – miłość do Boga jest podstawowym orężem w walce z diabłem. Pozostałe narzędzia wynikają z tej relacji, którą to winniśmy nieustannie doskonalić. Już kiedyś, analizując postawę Jezusa, wyodrębniliśmy nawyki, które skutkują nie tylko jako obrona przed kusicielem, ale również jako pomoc w rozwoju naszego człowieczeństwa w nieustannie rozwijającej się współpracy ze Stwórcą.
1. Nawyk czystego sumienia – życie w nieustannej przyjaźni z Bogiem, zgodnie z całym Dekalogiem.
2. Nawyk czytania Słowa Bożego i uczenia się wybranych tekstów na pamięć.
3. Nawyk modlitwy, czyli regularnej rozmowy z Bogiem i ciszy w Bogu.
4. Nawyk postu – czyli dobrowolne rezygnowanie z tego, co dobre, by dobrowolnie nie poddać się temu, co złe.
5. Nawyk niedyskutowania ze złem.
6. Nawyk stawiania sobie pytania: co na moim miejscu uczyniłby Jezus?
7. Nawyk rozumowej analizy sytuacji i konsekwencji podjętych
decyzji. Diabeł nie śpi i w swej inteligencji znakomicie dostosowuje się do zmienności zaistniałych sytuacji. I tak narzędziem przez niego zawsze używanym jest empatia. Miał ją w raju, darzył nią Chrystusa na pustyni, Chrystusa głodnego, nieznanego, biednego. Darzył nią Chrystusa wiszącego na krzyżu. Darzył nią Judasza i darzy nią wielu z nas. Darzy nią ofiary, darzy kobiety, które pragną kapłaństwa i władzy w Kościele, darzy matki, którym przytrafiło się niechciane dziecko, darzy kapłanów, którzy pogubili się w powołaniu, darzy dotkniętych odmiennością seksualną, darzy tych, którzy porzucili swoje rodziny i zawarli nowe związki. Lista empatii jest długa i dzisiaj szczególnie ceniona. Diabeł stosuje ją wybiórczo, zgodnie z własną logiką. Udało mu się wprowadzić ją w struktury kościelne, albowiem ogłasza ją jako miłość, ale ona
miłością nie jest. Diabeł stoi dalej, tak jak stał w ogrodzie w Edenie, pod drzewem poznania dobra i zła. I dalej kusi człowieka radząc mu: weź przykazania w swoje ręce, nie bój się Boga, a ja uczynię z ciebie mojego niewolnika. Jezu proszę, chroń mnie przed takim wyborem! Pomóż mi, bym diabła wykorzystywał do lepszego poznania siebie i Ciebie, do pokochania Ciebie – Boga na wieczność!
Ks. Lucjan Bielas
Dekalog jest jeden
(Syr 15, 15-20; 1 Kor 2, 6-10; Mt 5, 17-37)
W minioną niedzielę usłyszeliśmy słowa Chrystusa skierowane do uczniów, a więc i do nas. Jezus przekazał zarówno im, jak i nam, misję, którą mamy wypełnić wobec tego świata, misję, w której On sam uczestniczy. Mamy być dla tego świata solą, której smakiem jest On sam, Jezus; mamy być lampą, której światłem jest On sam, Jezus; mamy budować społeczności na Jego prawach, na prawach Jego miłości. Jest to ta sama miłość, która zaprosiła człowieka do przymierza na górze Synaj. W Jezusie jeszcze bardziej się objawiła, a nowe przymierze oparte na Jego odkupieńczej ofierze, otwiera śmiertelnemu człowiekowi życie wieczne. Dla ludzi, bytów rozumnych, rozpiętych między świętością a grzechem, bytów z natury na tym świecie krótkoterminowych, ta informacja jest zasadnicza. Dzięki św. Augustynowi możemy popatrzeć na świat oczami człowieka starożytności (De Civitate Dei; O Państwie Bożym). Nie myślano wtedy o życiu wiecznym, a religia miała paradoksalnie głównie doczesny wymiar. Chrześcijanie, głosząc śmierć i zmartwychwstanie Jezusa z mocą przekraczającą ludzkie możliwości, dokonali gigantycznego przełomu. Jego konsekwencją będzie refleksja nad prawdziwą wolnością człowieka, nad dobrem i złem w jego życiu. Wśród myślicieli pogańskich po raz pierwszy zajęli się tą problematyką Sokrates i jego uczeń Platon. Można powiedzieć, że ta elita myślicieli, po ludzku odrobiła zadanie domowe. Dalsze kroki będą możliwe tylko dzięki Chrystusowi, który prawo wpisane przez Stwórcę w naturę ludzką, z miłością ogłoszone na górze Synaj, nie tylko potwierdzi, ale je wypełni. I tak dzisiaj Jezus staje przed nami z tablicami dekalogu i mówi: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Jezus, będąc Bogiem, ma prawo do zmiany przykazań, lecz tego nie czyni, albowiem Bóg sam sobie nie przeczy. Syn Boży nie tylko, że nie zmienił Prawa, ale sam stał się człowiekiem, aby być pierwszym, który je wypełnił. Każdy, kto w swoim życiu spotkał Jezusa, dokonując refleksji w sumieniu, nad moralnością planowanego czynu, ma do dyspozycji nie tylko dar rozumu, ale i dar wcielonego Słowa Bożego. Powiedzieliśmy ostatnio, że bliskość Jezusa, w Jego słowie, w modlitewnym dialogu z Nim, w Jego obecności pod postaciami chleba i wina, w zgromadzonych w Jego Imię, czyni Go w naszym życiu przewidywalnym. Jest nie tylko kolejnym mędrcem, kolejnym doradcą, ale jest Tym, który ma najlepsze rozwiązanie o ponadczasowym wymiarze, ma do dyspozycji nieskończone możliwości pomocy. Jezus szanuje moją wolność i decyzje pozostawia mojej decyzji.W grze jest jeszcze inna rzeczywistość, która moim wyborom nadaje właściwą rangę. Ująłem to kiedyś w słowach, które nie tylko nie straciły nic ze swej aktualności, ale jeszcze bardziej wybrzmiewają: Diabeł działa. Jest przebiegły, inteligentny i śmiertelnie niebezpieczny. Potrafi wejść na drogę synodalną, przywdziać sutannę (dzisiaj już tego nie musi) i posługiwać się odpowiednio przykrojonymi tekstami Pisma Świętego. Nie raz staje się obrońcą praw człowieka, działa w polityce na wszystkich możliwych szczeblach. Prowadzi większe i mniejsze biznesy, działa na uczelniach i w mediach. Występuje podczas rozpraw sądowych, uwielbia te rozwodowe, ubiera się w togę, może posłużyć się pieczątką eksperta lub biegłego. Uwielbia być w opinii publicznej podbudowywanej ekspertyzami współczesnych naukowców, propagowanych przez dobrych dziennikarzy. Jego ulubione słowa to: „dziś” i „wszyscy”. Posługuje się nimi po mistrzowsku, we wszystkich możliwych wariantach, czyniąc w umysłach bezkrytycznych nie lada spustoszenie. Papież Leon IV słusznie zauważa, że świat współczesny w wielu obszarach jest bliski ignorancji moralnej pogańskiej starożytności. Wraz ze św. Augustynem wskazuje na potęgę działającego Chrystusa w historii. Muszę przyznać, że im głębiej wnikam w De Civitate Dei, im bardziej przyglądam się aktualnym przemianom to, tym więcej we mnie nadziei w sercu, tym więcej światła w umyśle. Co mogę zrobić? Diabeł jest wszędzie, jest również i przy mnie nawet wtedy, gdy jestem sam i biję się z własnymi myślami. On szepce mi do ucha: „rób, jak ci jest wygodniej, patrz, inni się nie przejmują, Pan Bóg jest miłosierny, a bez ciebie i tak sobie poradzi, odpocznij, masz swoje lata, i tak ci nikt nie podziękuje…” Proszę cię Jezu o łaskę wytrwania w Twojej logice, która daje mi wolność i skuteczność. Proszę o łaskę wytrwania w odpowiedzialności za innych. Jezu, kto z Tobą umrze, ten z Tobą zmartwychwstanie. Reszta nie ma znaczenia! Jezu ufam Tobie!
Ks. Lucjan Bielas
Jak najmniej mnie, a jak najwięcej Jego
(Iz 1 Kor 2, 1-5; Mt 5, 13-16)
1. Logika ucznia. Ja mam być solą – smakiem jest, Jezus. Ja mam być lampą – światłem jest Jezus
Miasto na górze – dla okolicznych wiosek powinno być przestrzenią sprawiedliwości, dobra i bezpieczeństwa. Jest to możliwe tylko wtedy gdy jego mieszkańcy ponad własnymi interesami postawią Boga i przyjmą Jego prawo. Sól zwietrzałą się wyrzuca. Lampę, która przestała świecić odstawia się w kąt. Miasto bez Boga jest jaskinią zbójców, a ruina stoi w jego bramach. Z jednej strony jestem wybrany, lecz jeśli stracę relację z Jezusem, wtedy ten wybór stanie się moją klęską i to może nawet nieodwracalną.
2. Zadania ucznia
Tym jasnym sprecyzowaniem logiki ucznia, Jezus rozpoczyna naukę o Dekalogu. W prawie wpisanym w ludzką naturę, a sprecyzowanym na górze Synaj, Jezus, wcielone Słowo Boga, umieszcza samego siebie. Poznanie Dekalogu i życie według niego staje się od teraz budowaniem relacji z samym Chrystusem. Nic w prawie, które sam dał jako Bóg, nie zmienił, natomiast w swej ludzkiej postaci sam je wypełnił. Tak więc pierwszym zadaniem ucznia, jest
poznawanie woli Boga, przyjęcie jej z miłością i wypełnienie zgodnie z Jego zamysłem, a nie swoim pomysłem. Pójście za
Jezusem, rozmowa z Nim podczas modlitwy, poznawanie Go przez czytane Słowa, przyjmowanie Go w Eucharystii, sprawia, że jest dla nas coraz bardziej „przewidywalny”. Innymi słowy, wiem, co On w danej sytuacji ode mnie oczekuje, wiem, jakby On zareagował, wiem, jakby On się na moim miejscu zachował. Jeśli więc świadomie podejmuję decyzje zgodne z wolą Chrystusa i w Jego duchu, wtedy On rzeczywistości, w której ja jestem, nadaje smak, oświeca swym blaskiem, buduje bezpieczne relacje.
3. Świadectwo św. Pawła
Bracia, przyszedłszy do was, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością, głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. To wyznanie Apostoła Narodów ma swoje znaczenie. Dzieło, które Bóg przez niego dokonał, jest gigantyczne i przerasta ludzkie możliwości. Chrześcijanie do końca mu nie ufali, ponieważ mieli w pamięci to, że ich prześladował. Żydzi go nienawidzili, albowiem widzieli w nim zdrajcę. Rzym go prześladował, jako niesfornego obywatela, który burzył ład społeczny. Zjednoczony z Chrystusem, wbrew ludzkiej logice dziejów, był solą, światłem i miastem. Zatraciwszy siebie, pozwolił mocy Bożej na działanie dla zbawienia innych.
4. Moja odpowiedź
Niemal w każdej liturgii, Kościół sięga do tekstów św. Pawła. Paradoksalnie, może ta ilość tekstów sprawia, że przestaliśmy na niego zwracać dostateczną uwagę. Czasy kolejnych przemian w Kościele i w otaczającym nas świecie, domagają się od nas właśnie mądrości św. Pawła płynącej z Jego relacji z Chrystusem. Tę mądrość można by tak zdefiniować: jeżeli ja daję całego siebie, to i Jezus daje całego siebie. Czyli Jezus daje nieskończenie więcej. To przez tak posolonych i tak oświeconych, Chrystus nieustannie buduje miasto na górze – swój Kościół. Panie, nie zważaj na moje słabości, lecz pozwól mi być jednym z nich!
Ks. Lucjan Bielas
Jesteś tylko spełniony, czy prawdziwie szczęśliwy?
(So 2, 3; 3,
12-13; 1 Kor 1, 26-31; Mt 5, 1-12a)
Jezus, swoim życiem wypełnił program dany w Kazaniu na górze. Na początku swej działalności nauczycielskiej, podobnie jak Mojżesz zasiadł na górze. Ogłoszony przez Niego program, nie jest zmianą Dekalogu, jest wskazaniem drogi jego wypełnienia. Jezus jako pierwszy rusza na tę drogę, zapraszając nas wszystkich do Jego naśladowania. Teraz do nas wszystkich kieruje słowa wypowiedziane na brzegu jeziora Galilejskiego: Pójdźcie za Mną. Św. Tomasz z Akwinu sugeruje, że ten komentarz w życiu Jezusa wybrzmiał najmocniej w czasie Jego śmierci krzyżowej (Rozprawa 6 o „Wierzę w Boga”). Według Tomasza męka Jezusa była dla nas podwójnie konieczna: „konieczna jako lekarstwo przeciw grzechom oraz konieczna jako przykład do naśladowania”. Krzyż Jezusa jest punktem kulminacyjnym Jego ludzkiej drogi. Warto wspomnieć Karla Jaspersa, który słusznie zauważa pewną prawdę o ludzkiej egzystencji, mówiąc, że człowiek jest takim, jakim jest w sytuacji granicznej (cierpienie, wina, walka, śmierć). U Jezusa mamy cudowną spójność życia, cierpienia i śmierci. Chcę dzisiaj razem ze św. Tomaszem stanąć pod krzyżem Jezusa Chrystusa. Zważywszy na jego wiarę i miłość, jaką darzył Ukrzyżowanego, zważywszy na pokorę jego genialnego intelektu i umiejętność formułowania myśli, pragnę porządkować swoją głowę i swoje serce.„ Ktokolwiek pragnie wieść życie doskonałe, powinien odrzucić to, co Chrystus odrzucił na krzyżu, a dążyć do tego, do czego Chrystus dążył. Krzyż jest wzorem
każdej bez wyjątku cnoty”. Wiedzieć co odrzucić, a do czego dążyć. Tylko patrząc na Ukrzyżowanego Pana, mogę dokonać właściwego wyboru w życiu. Stałość takiej postawy staje się cnotą. Krzyż Jezusa jest przykładem prawdziwej miłości. Św. Tomasz powołuje się na słowa samego Zbawiciela: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). To na krzyżu Jezus wypełnił swój manifest miłości, który przez to stał się dla nas wszystkich
wyzwaniem. Tomasz zaznaczył: „Skoro więc On oddał za nas życie swoje, nie powinno być dla nas rzeczą zbyt trudną znieść jakiekolwiek przeciwności ze względu na Niego”. Ważne jest dla mnie sformułowanie – jakiekolwiek przeciwności. Dalej Tomasz pyta: „Szukasz cierpliwości? Największą znajdziesz na krzyżu. Cierpliwość może być wielka z dwóch powodów: kiedy ktoś znosi cierpliwie wielkie zło albo też, kiedy znosi takie zło, którego mógłby uniknąć, ale nie stara się unikać. Na krzyżu Chrystus dał przykład jednego i drugiego”. Tylko w relacji z Ukrzyżowanym Bogiem, taka postawa nabiera głębokiego sensu. Jeden z najwybitniejszych umysłów w dziejach Kościoła, pyta dalej: „Szukasz przykładu pokory? Popatrz na Ukrzyżowanego. Oto Bóg zechciał być sądzony przez Poncjusza Piłata i umrzeć”. Jednorodzony Syn Boga Żywego nie tylko zechciał być człowiekiem, ale stanął przed urzędnikiem Imperium Rzymskiego i pozwolił się skazać na śmierć. Jest to najbardziej niesprawiedliwy wyrok w dziejach świata, wydany przez człowieka, a przyjęty przez Boga. I tak pokora Boga sięgnęła szczytu. Cnota posłuszeństwa, potrzebna w relacji z Bogiem i współbraćmi, na krzyżu Chrystusa nabiera właściwego znaczenia. Św. Tomasz stwierdza krótko: „naśladuj Tego, który stał się posłuszny Ojcu aż do śmierci: Przez nieposłuszeństwo jednego człowieka, to jest Adama, wszyscy stali się grzesznikami, przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi (Rz 5,19). Jeśli z Jezusem rozeznaję wolę Ojca i wraz z Jezusem tę wolę pełnię, dokonuję najmądrzejszych wyborów w moim życiu, porządkujących moją wiarę i moje relacje. Choć na krzyżu Jezus został „wyszydzony, przebity, cierniem ukoronowany i w końcu napojony octem i żółcią, ogołocony”, to właśnie w tym jest ukryta godność Jezusa jako Króla królów i skarbnica wszelkiej mądrości i wiedzy. To stwierdzenie adorującego krzyż Chrystusa genialnego naukowca ma swój dodatkowy wymiar. Każdy z nas jest powołany do bycia królem, co w logice Jezusowej Ewangelii, jest byciem sługą wszystkich. Spotykamy różne komentarze do Ośmiu Błogosławieństw. Św. Tomasz z Akwinu wskazał na
najważniejszy z nich, a jest nim ukrzyżowany Bóg – Jezus Chrystus. To On sam stał się dla każdego z nas kluczem do życia nie tylko spełnionego, ale prawdziwie szczęśliwego na wieki wieków. Amen.
Ks. Lucjan Bielas
Jesteś tylko spełniony, czy prawdziwie szczęśliwy?
(So 2, 3; 3, 12-13; 1 Kor 1, 26-31; Mt 5, 1-12a)
Jezus, swoim życiem wypełnił program dany w Kazaniu na górze. Na początku swej działalności nauczycielskiej, podobnie jak Mojżesz zasiadł na górze. Ogłoszony przez Niego program, nie jest zmianą Dekalogu, jest wskazaniem drogi jego wypełnienia. Jezus jako pierwszy rusza na tę drogę, zapraszając nas wszystkich do Jego naśladowania. Teraz do nas wszystkich kieruje słowa wypowiedziane na brzegu jeziora Galilejskiego: Pójdźcie za Mną.
Św. Tomasz z Akwinu sugeruje, że ten komentarz w życiu Jezusa wybrzmiał najmocniej w czasie Jego śmierci krzyżowej (Rozprawa 6 o „Wierzę w Boga”). Według Tomasza męka Jezusa była dla nas podwójnie konieczna: „konieczna jako lekarstwo przeciw grzechom oraz konieczna jako przykład do naśladowania”. Krzyż Jezusa jest punktem kulminacyjnym Jego ludzkiej drogi. Warto wspomnieć Karla Jaspersa, który słusznie zauważa pewną prawdę o ludzkiej egzystencji, mówiąc, że człowiek jest takim, jakim jest w sytuacji granicznej (cierpienie, wina, walka, śmierć). U Jezusa mamy cudowną spójność życia, cierpienia i śmierci.
Chcę dzisiaj razem ze św. Tomaszem stanąć pod krzyżem Jezusa Chrystusa. Zważywszy na jego wiarę i miłość, jaką darzył Ukrzyżowanego, zważywszy na pokorę jego genialnego intelektu i umiejętność formułowania myśli, pragnę porządkować swoją głowę i swoje serce. „Ktokolwiek pragnie wieść życie doskonałe, powinien odrzucić to, co Chrystus odrzucił na krzyżu, a dążyć do tego, do czego Chrystus dążył. Krzyż jest wzorem każdej bez wyjątku cnoty”. Wiedzieć co odrzucić, a do czego dążyć. Tylko patrząc na Ukrzyżowanego Pana, mogę dokonać właściwego wyboru w życiu. Stałość takiej postawy staje się cnotą. Krzyż Jezusa jest przykładem prawdziwej miłości. Św. Tomasz powołuje się na słowa samego Zbawiciela: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). To na krzyżu Jezus wypełnił swój manifest miłości, który przez to stał się dla nas wszystkich wyzwaniem. Tomasz zaznaczył: „Skoro więc On oddał za nas życie swoje, nie powinno być dla nas rzeczą zbyt trudną znieść jakiekolwiek przeciwności ze względu na Niego”. Ważne jest dla mnie sformułowanie – jakiekolwiek przeciwności. Dalej Tomasz pyta: „Szukasz cierpliwości? Największą znajdziesz na krzyżu. Cierpliwość może być wielka z dwóch powodów: kiedy ktoś znosi cierpliwie wielkie zło albo też, kiedy znosi takie zło, którego mógłby uniknąć, ale nie stara się unikać. Na krzyżu Chrystus dał przykład jednego i drugiego”. Tylko w relacji z Ukrzyżowanym Bogiem, taka postawa nabiera głębokiego sensu. Jeden z najwybitniejszych umysłów w dziejach Kościoła, pyta dalej: „Szukasz przykładu pokory? Popatrz na Ukrzyżowanego. Oto Bóg zechciał być sądzony przez Poncjusza Piłata i umrzeć”. Jednorodzony Syn Boga Żywego nie tylko zechciał być człowiekiem, ale stanął przed urzędnikiem Imperium Rzymskiego i pozwolił się skazać na śmierć. Jest to najbardziej niesprawiedliwy wyrok w dziejach świata, wydany przez człowieka, a przyjęty przez Boga. I tak pokora Boga sięgnęła szczytu. Cnota posłuszeństwa, potrzebna w relacji z Bogiem i współbraćmi, na krzyżu Chrystusa nabiera właściwego znaczenia. Św. Tomasz stwierdza krótko: „naśladuj Tego, który stał się posłuszny Ojcu aż do śmierci: Przez nieposłuszeństwo jednego człowieka, to jest Adama, wszyscy stali się grzesznikami, przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi (Rz 5,19). Jeśli z Jezusem rozeznaję wolę Ojca i wraz z Jezusem tę wolę pełnię, dokonuję najmądrzejszych wyborów w moim życiu, porządkujących moją wiarę i moje relacje. Choć na krzyżu Jezus został „wyszydzony, przebity, cierniem ukoronowany i w końcu napojony octem i żółcią, ogołocony”, to właśnie w tym jest ukryta godność Jezusa jako Króla królów i skarbnica wszelkiej mądrości i wiedzy. To stwierdzenie adorującego krzyż Chrystusa genialnego naukowca ma swój dodatkowy wymiar. Każdy z nas jest powołany do bycia królem, co w logice Jezusowej Ewangelii, jest byciem sługą wszystkich.
Spotykamy różne komentarze do Ośmiu Błogosławieństw. Św. Tomasz z Akwinu wskazał na najważniejszy z nich, a jest nim ukrzyżowany Bóg – Jezus Chrystus. To On sam stał się dla każdego z nas kluczem do życia nie tylko spełnionego, ale prawdziwie szczęśliwego na wieki wieków. Amen.
Ks. Lucjan Bielas
Nie bój się powołania – to czas dla twardzieli!
(Iz 8, 23b – 9, 3; 1 Kor 1, 10-13. 17; Mt 4, 12-23)
Wydaje się, że to było takie proste. Jezus stanął na brzegu jeziora, zawołał ich, a oni zostawiwszy wszystko, natychmiast poszli za Nim. Tymczasem powołanie w Kościele Chrystusowym jest niezgłębioną tajemnicą, którą trzeba nieustannie rozeznawać. Jest to swoistego rodzaju codzienny dialog między Jezusem a tym, którego On wybrał, i któremu On codziennie mówi: „Pójdź za Mną”. Powołania to również sprawa całej wspólnoty Kościoła. W Polsce niegdyś dumnej ze swej pobożności i z ilości powołań kapłańskich i zakonnych, kryzys stał się faktem, a liczenie na to, że się to samo odmieni, jest sporą naiwnością. Dyskusje zaś na temat zniesienia celibatu dla dobra życia sakramentalnego, są politowania godne.
Kryzys dotyczy nie tylko ilości powołań, ale i samych powołanych. Dzisiaj iskra powołania kapłańskiego w młodym człowieku zderza się z opinią społeczną budowaną na nieprawomocnych uogólnieniach, że kapłan to pedofil, homoseksualista, wyrafinowany złodziej, oszust, pasożyt itp. Na dodatek, jak ten młody człowiek doświadczy tego, że łatwo kapłana oskarżyć, a trudno go obronić i często nawet na własnego biskupa nie może w tej sytuacji liczyć. Młody człowiek widzi, jak wielu powołanych ma kryzys powołania i traci swoją tożsamość. Kapłaństwo czy życie zakonne ma być życiem, a nie sposobem na życie. Jakże mocny musi być głos Boga w jego sercu, aby przebić się przez ten gąszcz ludzkich niepokojów, opinii i uprzedzeń. Jakże twardym musi być ten, który na ten głos odpowie i zostawiając wszystko, pójdzie za Jezusem.
Jaka jest przyszłość powołań?
Aby odpowiedzieć na pytanie o przyszłość, trzeba paradoksalnie popatrzeć w przeszłość i to tę najbardziej odległą, czyli na sam początek. Powróćmy więc na brzeg jeziora Galilejskiego. Ewangelista Mateusz, zanim opisał powołanie pierwszych uczniów, zwrócił uwagę na okolicę, w której to miało miejsce, cytując proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego, na drodze ku morzu, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło. Zabulon i Neftali to synowie Jakuba, którzy powodowani zazdrością sprzedali swojego brata Józefa. Galilea naznaczona została w VIII w. przed Chrystusem najazdem Asyryjczyków i ich osadnictwem. Traktowani byli przez Judejczyków, jako społeczność gorszej kategorii. Izajasz jasno zapowiedział, że właśnie ten lud ujrzy światło Mesjasza. Znamiennym jest fakt, że w gronie 12 Apostołów prawdopodobnie z Judei pochodził tylko Judasz, pozostali byli z Galilei.
Co w nich było takiego, że Jezus właśnie ich wybrał?
Mieli daleko do świątyni, a blisko do pogan. Pragnienie Boga było większe, bo więcej kosztowało, a na pogan byli otwarci, bo tego domagała się codzienność.
Mając wgląd w rybacką firmę, którą Jezus powołał, widzimy ludzi średnio zamożnych, żyjących z ciężkiej pracy w zespole. Była ona zarówno związana z dużym narażeniem życia, jak i z umiejętnością przyjmowania niepowodzeń, jak np. brak połowu. Niemożliwość przechowywania ryb wymuszała z kolei konieczność szybkiego kontaktu z klientem.
Po raz pierwszy rybacy z Galilei spotkali Jezusa nad Jordanem tam, gdzie udzielał chrztu Jan Chrzciciel. Ich chrzest i przylgnięcie do Jana świadczy o tym, że Bóg był dla nich najważniejszy. Zrozumieli, że grzech trzeba nazwać po imieniu i oddać go Bogu, że trzeba zmienić swoje życie i być uczciwym człowiekiem. Jan Chrzciciel był dla nich tak wielkim autorytetem, a Mesjasz tak oczekiwanym wybawcą, że kiedy on wskazał na Jezusa, przyszli do Niego i zobaczyli jak mieszka (J 1,35-42). Można jeszcze wspomnieć ich domy rodzinne. Ojciec Jana i Jakuba, Zebedeusz, kiedy synowie poszli za Jezusem, a on został sam z łodzią i najemnikami, nie protestował. Ich matka, choć po swojemu też to akceptowała (Mt 20,20-21). Postawa uzdrowionej teściowej Szymona Piotra jest wzorem wdzięczności Bogu (Mk 1,29-31). To tylko niektóre aspekty ukazujące niezwykle trafny wybór, jakiego dokonał Jezus w doborze najbliższych uczniów. Najważniejsze w tym powołaniu zostało ujęte jednym zdaniem wypowiedzianym przez Jezusa: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Jest w tym zadaniu zaproszenie, jest cel misji, ujęty zrozumiałym językiem oraz metoda. Przez człowieczeństwo Jezusa emanowało Jego Bóstwo. Przekonali się o tym wcześniej. Pójście za Nim będzie najwyższą gwarancją bezpieczeństwa, wolności i skuteczności, jaką tylko człowiek może otrzymać na tym świcie. W każdym powołaniu jest zawarty ten dialog. To Jezus wybiera, a nie jest wybierany. Pójście za Nim zależy nie od czynników zewnętrznych, ale od świadomości powołanego, kim tak naprawdę jest dla niego Ten, który go wzywa. Trudne czasy paradoksalnie ułatwiają trudną decyzję, a trwającym przy niej czynią wyjątkowo twardymi. Wyjątkowo twardzi, przez Jezusa, stają się wyjątkowo skuteczni. Panie proszę Cię o łaskę nieustannego chodzenia za Tobą!
Ks. Lucjan Bielas
Chrystusa z historii świata usunąć się nie da!
(Iz 49, 3. 5-6; 1 Kor 1, 1-3; J 1, 29-34)
Postawiono mi kilka dni temu pytanie: jak spojrzeć na dyskusję o historyczności Jezusa? Przyznam, że przypomniało mi owo pytanie wczesne lata mojej edukacji, problemy, które mnie nurtowały jeszcze w szkole średniej. Przez fakt, że socjalistyczny system edukacji sprzyjał kwestionowaniu historyczności Jezusa Chrystusa, tym bardziej przekorna dusza młodego człowieka szukała prawdy. I to właśnie szukanie prawdy o Chrystusie historycznym w dostępnych nam źródłach, zostało mi do dzisiaj. Choć już nie mam żadnych wątpliwości, że Jezus jest postacią historyczną, to im większa moja wiedza o starożytności to, tym mocniej przemawiają do mnie źródła, z których mogę tę wiedzę uzyskać. Tym bardziej przemawia do mnie jako źródło cały Nowy Testament, przemawia filozof chrześcijański św. Justyn Męczennik (+165) oraz inni Ojcowie Kościoła. Przemawia do mnie żydowski dziejopisarz Józef Flawiusz (+ po 94) i żydowski Talmud. Przemawia do mnie namiestnik prowincji Bitynii i Pontu Pliniusz Młodszy (+113). Przemawiają do mnie rzymscy historycy Swetoniusz (+130) i Tacyt (+120) i wielu innych świadków tamtej epoki, którzy pozostawili ślady swej wiedzy o historycznym Jezusie. Ślady te są również ukryte w ziemi, przykryte kołdrą nasypu kulturowego, a mozolnie odsłaniane przez archeologów. To cudowne spotykanie Chrystusa historycznego, przeradza się w spotkanie z Bogiem, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, zamieszkał pośród nas, nauczał i naucza nas i dla nas złożył swoje ludzkie życie na krzyżu, a zmartwychwstając, złamał barierę śmierci. Śmierć Chrystusa na krzyżu wbitym we wzgórze Golgoty pod Jerozolimą miała miejsce najprawdopodobniej 7 kwietnia 30 roku. Według ludzkiej logiki dziejów takie wydarzenie miało tylko lokalne i chwilowe znaczenie i nic więcej. Tymczasem krzyż Chrystusa, przerósł ludzką logikę dziejów. Stał się największym paradoksem historii świata, przedstawia śmierć, a głosi życie. Im bardziej zapominany, tym bardziej krzyczy, im bardziej umniejszany, tym większy, im bardziej chowany, tym bardziej na piedestale. Można powiedzieć krótko – walka z krzyżem Jezusa Chrystusa, jest głupotą. Z tym doświadczeniem Jezusa Chrystusa w dziejach świata i z tym doświadczeniem Jezusa Chrystusa w moim osobistym życiu, ja grzesznik wchodzę kolejny raz w wody Jordanu. Staję przy Janie Chrzcicielu, który doświadczając Jezusa historycznego w Jego ludzkiej postaci, dał takie o Nim świadectwo: Ujrzałem ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym. Mogę tylko z pokorą i z całą świadomością swojej słabości wyrazić pragnienie dawania świadectwa o Jezusie: że On jest Synem Bożym!
Ks. Lucjan Bielas
Mimo upływu lat i ciągle pogłębianej wiedzy nurtują mnie pytania: Kim byli owi ewangeliczni Mędrcy szukający Mesjasza? Ilu ich było? Czy byli kapłanami Zaratustry?
Czy byli astrologami? Jak postrzegali wielką koniunkcję Jowisza i Saturna w gwiazdozbiorze Ryb w latach 7 – 6 przed Chrystusem? Czy mieli kontakty z diasporą żydowską, która przecież pozostała w Persji po zdobyciu Babilonu przez Cyrusa II w roku 538 p.n.e.? Jaka była ich wiedza? Jaka była ich wiara? Jak Bóg zadziałał w ich umysłach i w ich sercach, że podjęli decyzję wybrania się w tak długą i niebezpieczną drogę? Jakie mieli wyobrażenie o Królu Żydowskim i jakie wiązali z nim nadzieje?Takich i podobnych pytań jest wiele i pewnie pozostaną bez jednoznacznej odpowiedzi. Zapewne jednak, dla istoty ewangelicznego przekazu i dla kształtowania aktu naszej wiary, nie są one aż tak ważne. Oczywiste jest, że Mędrcy ze Wschodu przeszli dosłownie i w przenośni, bardzo długą drogę. Trudno spierać się z faktem, że to, co zrobili, roztropność, jaką się wykazali, decyzje, jakie podejmowali i rozeznanie Celu swojej wędrówki, dalece przekraczało ludzkie możliwości. Bóg czuwał nad nimi i tylko dzięki Jego opatrzności przeszli przez pałac Heroda Wielkiego i nie wpadli w zastawione na nich sidła. To spotkanie z nim oraz elitą intelektualną świątyni było Mędrcom niezmiernie potrzebne. Król miał władzę, a uczeni w piśmie, wiedzę. Jednakże zarówno Herodowi, jak i uczonym brakło zawierzenia Bogu. Bez tego, tak władza, jak i wiedza okazują się kompletnie bezużyteczne.Słowo Boga i Jego gwiazda zaprowadziły Mędrców do Betlejem, do pałacu prawdziwego Króla, który był, jak się okazało zwykłym domem, stanowiącym całkowite zaprzeczenie tego, co dopiero widzieli. Odpowiedź, jaką Bóg przygotował dla nich, na te pytania, które w sobie nieśli, które, zważywszy na ich wędrówkę, były najważniejszymi w ich życiu, była odpowiedzią najgłębszą, jaką tylko mogli otrzymać. To nie był cykl wykładów z filozofii i teologii, to nie były kursy biblijne i wyszukane kaznodziejstwo. To był tylko jeden obraz: Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją.Można powiedzieć – cóż nadzwyczajnego! Zwykły obraz ludzkiej rzeczywistości. Rozmawiałem kiedyś z lekarzem pediatrą, poważnie traktującą misję swojego życia, która takich obrazów Matki z dzieckiem widziała wiele. Zapytałem o istotę tej relacji i usłyszałem kluczowe sformułowanie: oddanie się. Dziecko zawierza się matce, matka oddaje się dziecku.Tymczasem Mędrcy zobaczyli w spotkaniu z Maryją i Dziecięciem Jezus jeszcze coś więcej. To, co ludzkie między matką a dzieckiem było pomnożone przez relację między człowiekiem a Bogiem. Ona doskonale wiedziała, jak doszło do poczęcia tego Dziecka i do Jego narodzin. Ona głęboko wierzyła, że ma w ręku Dziecię, które jest nie tylko malutkim człowieczkiem, ale i wszechmogącym Bogiem. Bóg Jej się powierzył, a Ona Jemu się oddała.Ten właśnie niewerbalny przekaz tego obrazu był powalający: upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.Bóg, widząc ich ogromny trud, pokorę intelektu i czyste serce dał Mędrcom łaskę wiary, która przekracza wszystko. Złożone przez nich dary są ich odpowiedzią, na słowo, jakie Bóg im przekazał. Dali w nich wyraz przekonaniu, że mają do czynienia z Bogiem, Królem, Kapłanem i Ofiarą. Również powrót Mędrców do domu inną drogą ma o wiele głębsze znaczenie niż tylko prosta zmiany trasy.Kiedy odprawiam Mszę św. i biorę do rąk konsekrowaną Hostię, proszę Ojca Niebieskiego o łaskę wiary. Proszę Najświętszą Maryję Pannę trzymającą Dzieciątko Jezus, aby mi tę wiarę wyprosiła, abym pod postaciami Chleba i wina dostrzegał Boga wszechmogącego, abym miał odwagę całkowitego oddania się Jemu.
Proszę Cię Jezu bądź ze mną we wszystkich moich ludzkich relacjach i na wszystkich moich ziemskich drogach!
Ks. Lucjan Bielas
Św. Augustyn w Wyznaniach, poddał ciekawej analizie swoje wczesne dzieciństwo.
Niewielką ilość zapamiętanych faktów uzupełniał obserwacjami procesów rozwojowych innych dzieci, co wydaje się zupełne zasadne. Dziecko zyskując coraz większą świadomość, pragnie wyjść, ze swoistego rodzaju niewoli ciała, aby swoje wnętrze uzewnętrznić. Czyni to całym swoim dziecięcym organizmem, a przede wszystkim powoli rozwijając narząd mowy. I tak oto usta małego człowieka stają się swoistego rodzaju bramą wolności, przez którą to, co się dzieje w jego wnętrzu może, z coraz to większą precyzją, być wniesione w otaczający go świat. Dokonując takiego spostrzeżenia, św. Augustyn, daje wyraźnie do zrozumienia, że słowo jest atrybutem wolności i że cały człowiek staje się słowem. Drugim ważnym atrybutem słowa, obok jego wolności, jest jego moc. Wydaje się, że starożytni o wiele większą wagę przywiązywali do słowa i jego analizy, aniżeli współcześni przedstawiciele rodzaju ludzkiego. I tak Egipcjanie wierzyli w ukrytą moc stwórczą każdego słowa. W micie o bogu-stwórcy Ptahu z Memfis wyrażali przekonanie, że to, co pomyślało jego serce, język urodził. Egiptolog, Hilary Wilson, zwróciła uwagę, iż w Egipcie o Re, najwyższym bóstwie słonecznym, mówiono, że dzięki jego słowu, zostali stworzeni bogowie. Owo słowo uważano za oddzielne bóstwo, nazywając go – Huh. Wierzono, że rzeczy można było powoływać do istnienia, wymawiając ich nazwę. Przekładało się to również na wartość słowa pisanego i na pozycję społeczną tego, który ową sztukę posiadł, a mianowicie na egipskiego pisarza. Gdy z tej perspektywy zarówno starożytnej antropologii, jak i egipskich przekonań odczytamy słowa prologu Janowej Ewangelii, stajemy jak wryci:
Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało, co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.
Napełniony Duchem Świętym Jan Ewangelista, dotknął istoty wcielenia Słowa Bożego w Jezusie Chrystusie. Ukazał on nie tylko sobie współczesnym, ale i nam wszystkim, że Jezus swoją odkupieńczą misją, wypełnił oczekiwania ludzkości. Uczynił to niezależnie od tego, jak te oczekiwania są nazywane, czy też, jak są zaciemniane.
Fenomen Jezusa idzie jeszcze dalej. Stał się nie tylko Słowem Boga, w którym Bóg Trójjedyny, jak tylko to najwyraźniej można było powiedzieć, objawił nam swoją miłość. Jezus, będąc prawdziwym człowiekiem, czyli jednym z nas, wraz z nami stał się jednocześnie naszą odpowiedzią na miłość Boga, stał się Słowem człowieka. W samym Jezusie nastąpił najcudowniejszy dialog w historii świata – dialog między Bogiem, który stał się Słowem, a człowiekiem, który całym swoim życiem również staje się słowem. Jezus swoim ludzkim życiem pokazuje mi, jak stać się słowem, które będzie godną odpowiedzią Bogu na Jego Słowo. I choć Jezus wspiera mnie w tej odpowiedzi swą boską mocą, to jednak zadanie domowe muszę odrobić. Tak więc stawiam sobie dzisiaj jeszcze raz pytanie:
– jakim słowem ja jestem?
Aby odpowiedź była bardziej konkretna, trzeba postawić kilka pytań pomocniczych:
– czy umiem słuchać Boga i bliźniego?
– czy dotrzymuję danego słowa?
– czy jestem prawdomówny zarówno w rozmowie z Bogiem, jak i z drugim człowiekiem?
– czym kieruję się, mówiąc prawdę i czy umiem ją szczerze powiedzieć?
– jaki obraz mojej osoby mają moi najbliżsi, moi znajomi, osoby, z którymi nawiązuję pierwsze kontakty?
– jaki obraz mojego wnętrza przekazuję innym?
– czy kiedykolwiek pomyślałem o tym, że Jezus jest dla mnie wzorem?
Ks. Lucjan Bielas
(Lb 6,22-27; Ga 4,4-7; Łk 2,16-21)
Siedzę przed moją domową stajenką betlejemską. Ustawiona na kominku, nadaje całemu pomieszczeniu świąteczny charakter, nieustannie mobilizując do refleksji nad tajemnicą Bożego Narodzenia. Jest noc, a więc nastała upragniona cisza, która naturalnie sprzyja modlitwie. Kolejny raz wpatruję się w stajenkę, którą wymurowałem przed laty z kamyków zebranych w ogrodzie. Wkomponowałem w scenerię tej szopki, również kamyki przywiezione mi przez znajomych z różnych miejsc pogańskich kultów sprawowanych w starożytności. Chrystus, Bóg, który przyjął postać człowieka i zamieszkał pośród nas, swą Boską wieczność zmieścił w przemijającym czasie, nadając mu nowy, wieczny wymiar. Niepojęta ludzkim rozumem Prawda, która jest jedyną mądrą odpowiedzią na pytania, stawiane zarówno przez pogańskich filozofów, jak i przez budowniczych pogańskich świątyń.
Samo wpatrywanie się w stajenkę betlejemską bez modlitwy jest puste. Przesuwając paciorki Różańca, jego radosnej części, myślą biegnę do pytań postawionych mi tego dnia przez inteligentną studentkę historii. Dotyczyły one kształtowania się nauki Kościoła Chrystusowego w pierwszych wiekach jego istnienia i świadomości historyków, przynajmniej niektórych, o aktywnej obecności w tych procesach, Ducha Świętego. Tymczasem zarówno ta modlitwa, jak i pojawiająca się refleksja historyczna postawiły mi jeszcze głębsze pytanie – pytanie o prawdę i jej poznanie; pytanie o sposób przechowywania wiedzy i niewiedzy. Rewolucję przeżyłem przy rozważaniu tajemnicy narodzenia Jezusa. Kiedy pasterze opowiadali o tym wszystkim, co ich spotkało, św. Łukasz zaznaczył: Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Użył podobnego stwierdzenia względem Maryi po znalezieniu Jezusa w świątyni (Łk 2,51). Co wskazywało na pewien stały sposób Jej reakcji w spotkaniu z rzeczywistością, którą przeżywała, a która po ludzku Ją przerastała. To nie było tylko zapamiętanie, ale aktywne przechowanie w sercu. Zakłada to użycie zarówno rozumu, jak i spojrzenia przez miłość. Serce można napełnić nienawiścią, można napełnić miłością i to przekłada się na ludzkie decyzje. Dzięki temu, że Najświętsza Maryja Panna, przyjęła Jezusa do swojego serca, uczyniła go zdolnym do poznawania prawdy. Świadczy o tym Jej hymn uwielbienia „Magnificat”. Z Jezusem w sercu mogła spojrzeć na historię swojego życia, swojej rodziny i narodu. Tylko z Jezusem mogła odczytać misję swojego życia i wraz z nim spojrzeć w przyszłość. Św. Łukasz, który jest pierwszym historykiem Kościoła Chrystusowego, nie przypadkowo zwrócił uwagą na taką właśnie postawę Maryi. Przy Jej podejściu do historii spostrzeżenie Cycerona nabiera głębszego sensu. Tylko z Jezusem, Bogiem, który podzielił nasz ludzki los dla naszego zbawienia, historia staje się wiarygodną nauczycielką życia. Maryja uczy nas sposobu archiwizowania danych, właściwej ich oceny i uporania się z brakiem wiedzy, którą chciałoby się mieć. Zorientowanie na Jezusa zarówno głowy, jak i serca, pozwalało Jej na pełnienie misji swojego życia w nieustannym otwarciu na to, co Bóg w tym życiu chce nam przekazać.
To nocne rozważanie przy domowej szopce betlejemskiej jeszcze bardziej uświadomiło mi to jak bardzo ten, któremu narodzenie Jezusa przeszkadza, dalej chce mieszać w naszym myśleniu.
Pragnie oddzielić głowę od serca, miłość od rozumu, Jezusa od świata, Ewangelię od polityki i gospodarki, naukę od wiary, życie od moralności… .
I tak diabeł chce powiedzieć, że nie można mieszać akademickich badań z refleksją teologiczną, albowiem to nie jest naukowe. Co gorsza, podobnie miesza w głowie historykom, a nawet i biblistom.
Zawierzając siebie Jezusowi przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, uczmy się od Niej odpowiedzialnego korzystania z głowy i serca!
Ks. Lucjan Bielas
(Iz 52,7-10) (Hbr 1,1-6) (J 1,1-18)
Może to osobliwy tytuł rozważań na święta Bożego Narodzenia, ale wydaje się, że problemu zatuszować się nie da. Mimo trwających negocjacji pokojowych napięcie w świecie polityki nieustannie rośnie i coraz bardziej udziela się mieszkańcom naszego globu. Medialny szum potęgują praktyczne rady jak zachować się w chwilach zagrożenia, jak przygotować się do ucieczki, porady typu, jak korzystać z aplikacji pomagającej odnaleźć schron w okolicy i tym podobne. Wielu wskazuje przyczyny natury politycznej, gospodarczej, demograficznej i wiele innych im podobnych. Z mojego punktu widzenia, czyli z punktu widzenia kapłana, który zachowując swoją tożsamość, więcej przebywa w przestrzeni publicznej niż w zaciszu plebani, przyczyną zasadniczą owych napięć, jest odejście wielu mieszkańców naszego globu od poznawania i realizacji Bożych przykazań. Choć już od raju, człowiek kuszony przez szatana, próbuje majstrować przy drzewie poznania dobrego i złego wprowadzając własne pomysły na ustanowiony porządek moralny. Wydaje się, że skala owych ludzkich inicjatyw w zmianie Dekalogu znacznie się zaostrzyła. Po latach nie tylko obserwacji, ale i konfrontacji z problemem stwierdzam, że zdecydowana większość tragedii osobistych, rodzinnych i społecznych, jest wynikiem odejścia od Dekalogu. Jest znamienne, że tylko niewielu z poszkodowanych jest gotowa to uznać. Uznanie tego jest początkiem zmiany myślenia, ale wielu, bardzo wielu, tego po prostu, nie chce. Pęta zła są tak liczne i mocne, iż wydaje się, że po ludzku nikt nie jest w stanie tego uzdrowić. Pomijając już sprawy wielkiego świata, w wielu rodzinach, przygotowanie wieczerzy wigilijnej dotyka takiego spętania grzechem, które wydaje się nie do uzdrowienia. Wielu, w tej bezradności, mówi o radykalnej ingerencji Boga, a wystarczy, że dopuści do największej głupoty ludzkości do wojny. Nie możemy tracić nadziei i rezygnować z walki o pokój. Tym bardziej że mamy zdecydowanie większe możliwości do rozwiązania tego moralnego węzła niż miał je Aleksander Macedoński, który w 333 roku p.n.e. mieczem rozciął po ludzku nie do rozwiązania, węzeł gordyjski. Nim będziemy ogarnięci paniką szukać schronów, poszukajmy wpierw stajenki Betlejemskiej. Jest tam do wzięcia Dzieciątko Jezus. Rodzice Maryja i Józef, nie będą zazdrośni i chętnie je dadzą każdemu, kto z wiarą po Niego przyjdzie. Ilu się zgłosi tylu, Je otrzyma. W tę noc wigilijną weszliśmy do stajenki betlejemskiej wraz z pasterzami. Ci, którzy pojednali się Bogiem w Sakramencie Pokuty, przyjmując tego samego Chrystusa pod postacią chleba, zabrało Go do swojego życia, do swoich rodzin, często w mocno poplątane ludzkie sprawy.
W sam Dzień Bożego Narodzenia stawiamy sobie pytanie, jak podjąć współpracę z Chrystusem, aby te więzy przeciąć. Choć nie mamy bezpośredniego wpływu na losy świata, to mamy wpływ na siebie i na najbliższy świat, który nas otacza. Warto w skupieniu jeszcze raz przeczytać słowa św. Jana Ewangelisty, który zapisał je po wielu latach od narodzenia Jezusa. Pisał je w rzeczywistości świata, Kościoła i swojej osobistej bardzo trudnej. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Czytam te słowa, jako ksiądz, spowiednik, ale i jako zwyczajny człowiek, którego wszystko przerasta. Przerastają mnie moje słabości, przerasta mnie mój bałagan, przerasta mnie misja, którą mam wypełnić. Jednak z wiarą przyjmuję Chrystusa, który nieustannie rodzi się we mnie, i który daje mi światło w ciemności i moc w słabości. Już tyle razy tego doświadczyłem w moim życiu i ufam, że dalej tego doświadczać będę. Dla Boga nie ma nic niemożliwego, ale On oczekuje ode mnie dynamiki współpracy.
I tego właśnie dynamicznego pokoju wszystkim moim Braciom i Siostrom serdecznie życzę!
Ks. Lucjan Bielas
Być w życiu królem, a nie waletem
(Iz 7,10-14; Rz 1,1-7; Mt 1,18-24)
Przepracowanie misji św. Józefa jest niezmiernie potrzebne każdemu mężczyźnie, a jego towarzyszenie stanowi znakomitą pomoc w realizacji misji każdego z nas, niezależnie od tego, jaka ona jest. Dzięki św. Mateuszowi mamy wgląd w to, co przeżywał Józef w związku z narodzinami Jezusa. Świadomi niedoskonałości naszego umysłu, spróbujmy prześledzić opisany rozwój wypadków. I tak Józef był niewątpliwie najszczęśliwszym małżonkiem w dziejach świata. Doświadczenie piękna żony i tego zewnętrznego i wewnętrznego musiało być gigantyczne. Mężczyzna zwykle wpierw dostrzega piękno zewnętrzne kobiety, później dopiero doświadcza jej piękna wewnętrznego, które stanowi prawdziwą bazę owej harmonii piękna. Piękno zewnętrzne pozbawione owej wewnętrznej bazy jest z natury rzeczy przemijające i generuje trwałe rozczarowanie.
Maryja, żona Józefa, była prawdziwie piękną kobietą. Stąd więc w tym czasie po ich ślubie, a przed zamieszkaniem razem, kiedy to tradycja generowała mądrość oczekiwania na siebie w dystansie ciał, a nie w burzy pożądań, Maryja znalazła się brzemienna, dla Józefa to był dramatyczny cios. Było to niewątpliwie doświadczenie zdrady kochanej kobiety, było to również doświadczenie życiowej pomyłki. W tej najtrudniejszej dla mężczyzny próbie Józef okazał się człowiekiem prawym. Po pierwsze zapanował nad emocjami. Doświadczył kwadratury koła, czyli doświadczył sytuacji, której po ludzku nie mógł zrozumieć. To niepodobne, aby taka kobieta dokonała zdrady, ale fakty były niepodważalne. Zważywszy na ówczesną sytuację społeczną i prawną, Józef nie chcąc narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie, innymi słowy zawiesił sąd, ratując Ją w oczach opinii publicznej, brał niejako ciężar sprawy na siebie.
Bóg czekał na reakcję Józefa. To nie była tylko próba uczciwości Józefa i jego panowania nas sobą, ale ważne doświadczenie w kształtowaniu charakteru, przed kolejnymi wyzwaniami. Te wyzwania, tę misję Bóg przekazał Józefowi we śnie, posyłając swojego anioła. Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. Bóg na początku wycisza napięte emocje Józefa. Dziecko, które się poczęło, nie jest dziełem innego mężczyzny. Za tym poczęciem stoi Duch Święty – stoi sam Bóg. A skoro tak, to nie bój się wziąć Maryi, małżonki twojej do siebie.
Następnie Bóg przekazał Józefowi prawa ojca. Na świat przyjdzie Syn Boży, a Józef ma nadać Mu imię Jezus. To Syn Boży będzie do niego mówił – Ojcze! Takiej godności żaden inny mężczyzna w dziejach świata nie otrzymał. Ta godność przerasta godność królewską, którą Józef miał z urodzenia, jako potomek Dawida.
Bóg szanuje sposób myślenia i działania mężczyzny, wie bowiem jakim go stworzył. Mężczyzna jest bardziej oddany misji, kiedy zna jej cel. Syn Boga, który jest teraz powierzony Józefowi, ma zbawić lud od jego grzechów. Ta misja nie jest zawieszona w próżni, albowiem jest realizacją tego, co Bóg zapowiedział przez proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy „Bóg z nami”. Bóg posłużył się trudnym tekstem, zapewne znanym Józefowi, który teraz nabrał w jego życiu wyjątkowej jasności.
Biorąc swoją Małżonkę do siebie, Józef rozpoczął kształtowanie swojej ojcowskiej i królewskiej godności. Znakomicie określił ją Benedykt XVI. Józef jest królem, albowiem jest sługą Boga, sługą kreatywnym, decyzyjnym i odpowiedzialnym. I takim powinien być każdy mężczyzna, każdy mąż, każdy ojciec, każdy biskup, każdy kapłan, każdy polityk, każdy biznesmen, każdy pracownik, każdy po prostu każdy mężczyzna. Szczególnie dotyczy to tych, którzy uczestnicząc w Eucharystii, przyjmują tego samego Chrystusa do swojego serca, do swojego życia. Tylko wtedy mężczyzna daje rzeczywiste poczucie bezpieczeństwa tym, których Bóg mu powierza.
Nie chcę oceniać otaczającego mnie świata, bo nie mam do tego prawa. Przez wstawiennictwo św. Józefa, proszę dzisiaj Boga tylko o jedno, abym wykorzystał daną mi łaskę bycia królem.
Ks. Lucjan Bielas
Czy stać mnie na odwagę bycia uczniem?
(Iz 35,1-6a.10; Jk 5,7-10; Mt 11,2-11)
Wielu komentatorów biblijnych twierdzi, że w lochu więzienia twierdzy Heroda Macherontu, gdzie według Józefa Flawiusza przetrzymywano św. Jana Chrzciciela, miały go ogarnąć wątpliwości, spotęgowane informacjami o działalności Jezusa. To, co czynił Jezus, miało nie odpowiadać wyobrażeniom Jana o Mesjaszu, który miał być według niego i jemu współczesnych królem, a nie uzdrowicielem. Z tej to właśnie przyczyny wysłał swoich uczniów do Jezusa z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Przed trzema laty pisząc rozważanie, spojrzałem na ewangeliczny opis wizyty uczniów św. Jana u Chrystusa, nieco inaczej niż przyjęta interpretacja. Dzisiaj patrzę na to jeszcze głębiej. I tak:
- Jan Chrzciciel jest zakorzeniony w Bogu i ma jasny obraz swojej misji. Ma wskazać Mesjaszy i to czyni, jest głosem, a nie Słowem.
- Jan Ewangelista, jeden z dawnych uczniów Chrzciciela, cytuje słowa wypowiedziane przez niego o Jezusie Oto Baranek Boży usuwający grzech świata (J 1,29). Nawiązując do ofiary baranka paschalnego, widzi Jan w Chrystusie ofiarę o Boskiej godności, jedyną, która zgładzi grzechy świata. To nie jest żadną miarą wizja ziemskiego królowania.
- Jan dał takie świadectwo: Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, na którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym” Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym (J 1,32-34).
- Jan Chrzciciel w całej konsekwencji swego nauczania będąc uwięzionym nie poszedł na kompromis, aby uzyskać wolność.
- Oczywiście łaska, jaką Bóg darzy człowieka i misja, do jakiej powołuje nie odbiera człowiekowi wolności i zawsze może on zwątpić, ale czy Jezus dałby o Janie takie świadectwo: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze?
Jako stary nauczyciel mogę z jeszcze większym przekonaniem powtórzyć to, co wtedy powiedziałem: „Wysyłając uczniów, Janowi zapewne chodziło o to, aby jego uczniowie mogli osobiście spotkać się z Jezusem, i usłyszeć Go, i przekonać się o tym, co On czyni, i o tym, że: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. Wysłanie uczniów z takim zapytaniem do Jezusa ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, zgoła pedagogiczny. Jan nic im nie narzuca, Jan jedynie domaga się od nich osobistego kontaktu ze Zbawicielem, domaga się od nich myślenia i uczciwego stanięcia po stronie prawdy. W nawoływaniu do nawrócenia uczciwość jest dla Jana wartością zasadniczą. Do uczciwości zachęca przybyłych do niego żołnierzy, którzy pytali go, co należy czynić. Do uczciwości zachęca celników i tych, którzy mają innym coś do dania (Łk 3, 10 – 14)”.
W tym dzisiejszym świecie, gdzie wielu z nas ma usta pełne krytyki, a serca pełne fałszu:
– pragnę być uczniem św. Jana Chrzciciela i z całą świadomością wskazywać Chrystusa, Baranka Bożego, który gładzi grzechy świata.
– pragnę być uczniem Jezusa i głosić Jego Ewangelię i pełnić Jego wolę, a nie snuć swoje pomysły i spełniać swoje zachcianki.
Pomóż mi Panie być uczciwym uczniem, aby być uczciwym nauczycielem.
Ks. Lucjan Bielas
(Iz 11, 1-10; Rz 15, 4-9; Mt 3, 1-12)
W połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia moja Mama zapisała w swoim pamiętniku krótką uwagę o swoim mężu, a moim Tacie: Władek wrócił z pracy i jak zwykle straszy wojną. Pamiętam tamtą atmosferę podgrzewaną paradoksalnie – zimną wojną. Zapewne inaczej przeżywało tamte czasy pokolenie moich rodziców, którzy nosili w sobie dramat wojen światowych. Siłą faktu, pokolenie niemające osobistych doświadczeń trochę inaczej reaguje na słowo wojna dzisiaj, pomimo docierających informacji o napiętej sytuacji międzynarodowej i drastycznych obrazach z trwających aktualnie konfliktów. Choć jest różna skala napięć, to problem wojny i pokoju jest absolutnie ponadczasowy i dotyczy wszystkich płaszczyzn naszej ludzkiej egzystencji. To na taki właśnie świat, a nie inny przyszedł Jezus Chrystus, Bóg, który dla ratowania ludzkości i każdego z nas, stał się jednym z nas. Przynosi na ten świat prawdziwy pokój, zaczerpnięty z samego jego źródła, jakim jest Bóg Trójjedyny. To właśnie w Trójcy Przenajświętszej, idealnej relacji miłości między Ojcem, Synem i Duchem Świętym, jest nasz początek i nasz cel. To właśnie do takiego pokoju, wynikającego z miłości jesteśmy powołani. Bóg przez proroka Izajasza zapowiada pokój, który na końcu końców dzięki Mesjaszowi zaistnieje. Przyjdzie na świat jako potomek Jessego, ojca Dawida, lecz uczyni dzieła ,które może tylko uczynić Bóg. Takimi właśnie dziełami będzie sądził sprawiedliwie oraz wprowadzał idealny pokój. Tekst jest genialny: Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą pospołu i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą z sobą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na gnieździe kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani działać na zgubę po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze. Żadne ze stworzeń nie straci swojej tożsamości. Wilk dalej będzie wilkiem; pantera, panterą, koźle, koźlęciem; kobra, kobrą; niemowlę, niemowlęciem… . Zmienią się jednak relacje w przyrodzie, relacje między człowiekiem, a przyrodą, a co za tym idzie, relacje międzyludzkie. Można powiedzieć przekornie powstanie – prawdziwy zielony ład. Nim to nastąpi, musimy odrobić nasze „zadanie domowe”. Znakomicie przygotowuje nas do tego zarówno swoją misją, jak i postawą św. Jan Chrzciciel. Wskazuje on na Jezusa Chrystusa, którego zna i wie, kim On jest, akcentując relację między nimi: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. Jan informuje, zarówno sobie współczesnych, jak i nas, że obiecany Mesjasz już przyszedł i jest pośród nas. Wraz z Jego przyjściem zaczął się Sąd Ostateczny: Już siekiera jest przyłożona do korzenia drzew. Do Jana przychodzili ludzie, którzy podejmowali decyzję o swoim nawróceniu, czyli o odejściu od grzechu, o zmianie swojego myślenia. Mieli odwagę wyznać swój grzech, który w nich czynił niepokój i przyprawiał o lęk. Wyznając go, oddawali go Bogu, a wraz z innymi, podobnie myślącymi, tworzyli nową wspólnotę. Moc chrztu św. Jana jest osadzona w dziele Chrystusa, co też on jasno nazwał: On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Jesteśmy w tym szczęśliwym położeniu, że chrztem Chrystusa jesteśmy oczyszczeni. Z tym większym potencjałem łaski i głębszą świadomością, pragniemy włączyć się w proces pokojowy i ten w nas i ten wokół nas. Rada św. Jana jest ponadczasowa. Grzech nazywajmy po imieniu. Grzech wyznawajmy i oddawajmy go Jezusowi w Sakramencie Pokuty. Szczerość naszego nawrócenia weryfikuje życie. Świetnie określił to św. Paweł: A Bóg, który daje cierpliwość i pociechę, niech sprawi, abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili do siebie i zgodnie jednymi ustami wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Będziemy dalej sobą, lecz zmienią się relacje! Proszę Cię Panie o łaskę aktywności w tworzeniu takiego właśnie pokoju – Bożego ładu!
Ks. Lucjan Bielas
(Iz 2,1-5; Rz 13,11-14; Mt 24,37-44)
Zadzwonił telefon w chwili, której się nie domyślałem. Sympatyczny głos pani z administracji oznajmił mi decyzję jej przełożonych, że mam do końca roku opuścić mieszkanie, albowiem cała kamienica jest przeznaczona do remontu, a później będzie miała inne przeznaczenie. Nie mamy dla księdza żadnej innej propozycji. Choć wisiało to w powietrzu, choć wcześniej była o tym mowa, człowiek przez lata przywykły do starego Krakowa poczuł się co najmniej dziwnie. Po prostu jesteś już dla instytucji nieprzydatny i nie ma dla ciebie miejsca w jej logice. Takie myśli tylko parę minut zaprzątały moją głowę i nie ukrywam, serce. Wszystko się jednak zmieniło, kiedy postawiłem pytanie: Panie Jezu, jaki Ty masz plan dla mnie? Czego Ty, przez te ludzkie decyzje oczekujesz ode mnie? Niemal natychmiast problem stał się szansą. Seria telefonów, otwartych serc, rąk gotowych do pomocy. Nie trzeba było rezygnować z realizacji podjętych zobowiązań, czy też przerywać leczenia. Terminy zazębiały się, pogoda sprzyjała, a ilość pomocników była w takiej liczbie, jaka dokładnie w tej chwili była potrzebna. Ojcowie Cystersi na Szklanych Domach w Nowej Hucie, z którymi od lat współpracowaliśmy, zaoferowali ołtarz, ambonę, konfesjonał, celę, a przede wszystkim ludzką życzliwość. Dla kapłana to właśnie jest kluczem do życia i do kontynuacji podjętej misji. A w tym wszystkim, co się wydarzyło i przez tych wszystkich niosących pomoc, konkretne doświadczenie obecności Jezusa, który pomaga zamknąć drzwi, których byś sam nie zamknął, i otworzyć nowe tam, gdzie ich wcześniej nie było. To Jezus mnie wykwaterował i przeniósł rękami dobrach ludzi na przeznaczone dla mnie miejsce. Przeprowadzka to też okazja do rozliczenia się z przeszłością i jej reliktami. Obrasta człowiek przez lata w różne przedmioty. Jedne, bo się mogły kiedyś przydać, inne to dowody ludzkiej życzliwości. Za wieloma z nich kryją się wydarzenia, historie Boskiej interwencji w ludzkiej rzeczywistości. I tak oto, owe materialne drobiazgi mają swoje duchowe przesłanie. Dla księdza, jakiegoś tam pośrednika, to swoistego rodzaju pamięć i tożsamość. Przeprowadzka to czas porządku i tego wokół i tego wewnątrz człowieka. To czas odkrycia na nowo domu rodzinnego, z którego człowiek wyszedł i do którego powraca. I to też ma swoje głębsze przesłanie. Celem naszym to przecież dom Ojca Niebieskiego. I tak rozpoczynam ten Adwent z głęboką refleksją o byciu gotowym: bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. W tym zaś byciu gotowym Jezus oczekuje ode mnie dynamiki działania zgodnego z Jego wolą. Jej odczytywanie w życiu i w medytacji oraz akceptacja w działaniu, jest najlepszą ochroną i pozwala mi rozbić w mojej własnej głowie najbardziej skostniałe poglądy. Nasuwa się jeszcze jedna refleksja. Otaczający nas świat zmienia się dynamicznie. Niegdyś Kraków był miastem szeroko pojętej duchowości. Zarówno przez ilość kościołów, klasztorów, jak i przez Uniwersytet i inne prężnie działające uczelnie. Dzisiaj dominują hotele, restauracje i szeroko rozumiany turystyczny biznes. Mam przekonanie do tego, w czym się jeszcze bardziej utwierdziłem, że Jezus każe iść nam tam, gdzie jesteśmy bardziej potrzebni i budować arkę jak Noe w miejscu, gdzie nie ma wody i narażać się, że będziemy traktowani jak idioci. To On jest głównym architektem i oczekuje od nas współpracy w taki sposób, jakiego do tej pory nie braliśmy pod uwagę.
Jezu dziękuję! Jezu prowadź!
Ks. Lucjan Bielas
(2 Sm 5,1-3; Kol 1,12-20; Łk 23,35-43)
Kiedy słyszymy: Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, my ludzie wierzący, często w pierwszym spontanicznym odruchu, myślą unosimy się w usłane gwiazdami niebo. Chrystus przecież w niebo wstąpił i z nieba zstąpi. Ludzie Wschodu bardziej skłaniają się do wyobrażenia Chrystusa władcy siedzącego na tronie – Pantokrator (gr. Wszechwładca, Pan wszystkiego). Zapewne ta wizja jest pokłosiem posągu Zeusa Olimpijskiego stworzonego przez Fidiasza. Przez prawie 800 lat zachwycał starożytnych odwiedzających świątynię w Olimpii, jako jeden z siedmiu cudów świata. Po zakazaniu igrzysk (ok. 420) przewieziony do Konstantynopola spłonął w pożarze. Tymczasem liturgia słowa dzisiejszej Uroczystości, a konkretnie ewangelista św. Łukasz, prowadzi nas na Golgotę i stawia pod krzyżem Jezusa Chrystusa. Uczestnicząc w Eucharystii, my, nie tylko wsłuchujemy się w opis tamtych wydarzeń, ale jesteśmy ich świadkami. Wielu historyków uważa, że działo się to 7 kwietnia 30 roku. Jest to jedna z prawdopodobnych dat śmierci Chrystusa na krzyżu. Znamienny jest fakt, że trudno nam ustalić dokładną datę śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Ma to zapewne swoje głębsze znaczenie – albowiem te zbawcze wydarzenia, wraz z całym Jego dziełem odkupienia, są nieustannie zarówno obecne w dziejach świata, jak i uobecniane wolą Ojca Niebieskiego, za sprawą Ducha Świętego, w każdej Eucharystii. Ludzie wierzący biorąc w nich udział, stają się ich świadkami. Data jest więc nieistotna. Ważne są te wydarzenia i ich niepowtarzalna ponadczasowość, którą określamy w Eucharystii, terminem – uobecnienie. Kiedy głębiej się zastanowić nad reakcją świata na postać Jezusa Chrystusa i na Jego dzieło zbawcze, to można spokojnie zaryzykować stwierdzenie, że Golgota nieustannie trwa. Reakcje ludzi na umierającego Jezusa, są bardzo podobne do opisanych przez Ewangelistę. Nad głową konającego Jezusa był napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: To jest król żydowski. Pod tym napisem rozegrał się niezwykły dialog między dwoma ukrzyżowanymi złoczyńcami a konającym Jezusem. Jeden z nich z do końca nam nieznanych powodów urągał Jezusowi: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. To tak, jakby na Jezusie się zawiódł i aż do śmierci ma do Niego żal i agresję. Tymczasem reakcja drugiego złoczyńcy jest nieoceniona. Karcąc swojego kolegę, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Promień łaski i obecność Chrystusa wykorzystał w 100%. Kolegę skarcił, a nie myślał tylko o sobie. Wyznał winę i przyjął słuszną karę. Podczas procesu zobaczył w ludzkiej postawie Chrystusa, niewinnego człowieka, a w Jego ludzkiej naturze, Boga, Króla Wszechświata i miłosiernego Brata. Zawierzył Temu, który obok niego konał. Jest to genialna lekcja dla każdego z nas, jak zachować się wobec Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Toteż i reakcja Jezusa jest prawdziwie królewska: Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. Żaden władca tego świata nie może dać podwładnym takiej gwarancji. Gdyby coś takiego powiedział, byłby po prostu głupcem. Uczestnicząc we Mszy św., podczas przeistoczenia, jesteśmy świadkami również i tego niezwykłego dialogu Chrystusa ze złoczyńcami. Mamy też kolejną okazję podjęcia własnych kluczowych decyzji i przyjęcia gwarancji, jaką tylko może nam dać Jezus Chrystus Król Wszechświata. Kiedy zaś przyjmujemy Chrystusa w Komunii św. pod postaciami chleba i wina, to On sam zasiada na tronie w naszych sercach, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Uważam, że ta Jego intronizacja jest niewątpliwie najważniejszą decyzją w moim życiu.
Ks. Lucjan Bielas
(Ml 3,19-20a; 2 Tes 3,7-12; Łk 21,5-19)
To było niewątpliwie imponujące dzieło architektury sakralnej.
Świątynia jerozolimka była dumą wszystkich Żydów. Niezależnie od głębokości wiary, każdy Żyd był zorientowany w swym myśleniu na świątynię. Dla pielgrzymów była celem, dla rozproszonych po świecie tęsknotą. Także ludzkie serce Jezusa było bardzo mocno związane ze świątynią jerozolimską, tym bardziej że On, bardziej, aniżeli wszyscy inni, mógł powiedzieć, że jest ona domem Jego Ojca. Świątynia jerozolimska różniła się od wszystkich innych ówczesnych obiektów sakralnych. Przede wszystkim wyróżniał ją charakter sprawowanego kultu. Nie było w niej żadnego obrazu, żadnego posągu, Tego, któremu składano ofiary i do Którego zanoszono modlitwy. Wyjątkowe było również społeczne znaczenie świątyni w Jeruzalem, albowiem jednoczyła naród rozproszony zarówno w Imperium, jak i poza jego granicami. Żydzi, którzy z powagą przestrzegali przepisów objawionej im religii, szczególny nacisk kładli na regularne pielgrzymowania do świątyni w Jerozolimie. Nie można podważyć faktu, że miało to znaczący wpływ zarówno na jedność wiary, jak i na kształtowanie się tożsamości narodowej. Kształtowana tymi wartościami społeczność żydowska z konieczności wpisywała się również w życie polityczne Imperium. Żydzi zdawali sobie doskonale sprawę z faktu, że okupant rzymski, nie jest przychylny Jerozolimie, i że solą w oku Imperium jest właśnie ta świątynia z tą swoją wielowątkową wyjątkowością. Toteż, kiedy Jezus wypowiedział proroctwo: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony, nie kwestionując faktu, że to nastąpi – zapytano Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? Tymczasem Boski Nauczyciel w swej roztropności, nie dał odpowiedzi na to pytanie. Wykorzystuje je natomiast do udzielenia konkretnych rad, jak należy się przygotować na czas twardej próby, który na pewno nadejdzie. Ponieważ opisane przez Jezusa trudne wyzwania, z jakimi będą musieli się zmierzyć Jego uczniowie, mają charakter ponadczasowy, również i Jego rady nigdy nie stracą swej aktualności. Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Nie chodźcie za nimi. Tą radą, Jezus ostrzega przed najbardziej perfidnymi metodami siania zamętu w głowach uczniów. Po to, aby ich zwieść, zły duch, choć nie wymieniony wprost, ale nieustannie obecny, wykorzysta wielu swoich uczniów. Oni to, posługując się imieniem samego Jezusa, będą manipulować fałszywymi informacjami o Jego nadejściu. Jezus przestrzega, aby nie pójść za nimi, natomiast całą swoją misją zaprasza, aby pójść za Nim. Nie można więc sobie pozwolić na najmniejszą chwilę nieuwagi, na najmniejszy moment odłączenia się od Niego, albowiem ta chwila może człowieka kosztować wieczność. I nie trwóżcie się. To kolejna ważna rada Jezusa dla uczniów. Strach jest reakcją człowieka niejednokrotnie ratującą życie. Natomiast lęk i trwoga paraliżują jego myślenie. Tymczasem uczeń, który trwa przy Jezusie i bezgranicznie Mu ufa, jest w stanie zmierzyć się z każdym kataklizmem, nieszczęściem, także z prześladowaniami. Traktuje je bowiem jako weryfikację zawierzenia Jezusowi oraz jako – sposobność do składania świadectwa. Takich sytuacji nie można zmarnować i stają się one najgłośniejszym i najszczerszym przekazem wiary. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Dając tę radę, Jezus natychmiast dodaje: Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. Gwarancja, którą daje tymi słowami Jezus, wcielone Słowo Boga, jest gwarancją największego bezpieczeństwa. Gwarancje dane przez wszystkich przywódców wszystkich mocarstw tego świata, przy tych słowach Jezusa, nie mają większego znaczenia. Tymczasem Jezus oczekuje od nas jednego i nad tym warto się każdemu z nas dobrze zastanowić:
Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.
Ks. Lucjan Bielas
(Ez 47,1-2.8-9.12; 1 Kor 3, 9b-11.16-17; J 2,13-22)
Dzisiejsze
święto, Rocznica Poświęcenia Bazyliki Laterańskiej, ma wyjątkowe znaczenie w Kościele Katolickim.
Dla zrozumienia owej wyjątkowości przychodzi nam z pomocą dzisiejsza liturgia słowa. Wpierw Prorok Ezechiel ukazuje nam najgłębszą prawdę o świątyni jerozolimskiej. Posługuje się obrazem wody wypływającej spod jej progu. Ponieważ takiego źródła w świątyni nie było, trzeba traktować ów obraz jako symboliczną wizję. Z tego miejsca wybranego przez Boga na spotkanie z wiernymi, wypływa łaska, woda duchowego życia. Choć niewielu ze świątyni ją wynosi, to poprzez nich dociera do wielu. W różnych
zawirowaniach dziejów Bóg w niezwykły sposób troszczył się o swoją świątynię i troszczył się o tych niewielu, którzy byli Mu wierni, przez nich walcząc o pozostałych. Kiedy po narodzeniu w stajence betlejemskiej Jezusa Chrystusa, Najświętsza Maryja Panna i św. Józef wnieśli Dziecię do świątyni, rozpoczął się czas wypełnienia jej misji. Jezus swoją nauką i czynami objawił to, że jest świadomy swojej odkupieńczej misji. Objawił to, że jest świadomy tego, iż to właśnie On swoją ofiarą, wypełni kapłaństwo i wszystkie ofiary Starego Przymierza. I właśnie w tym kontekście należy odczytać dzisiejszą Ewangelię. Dziedziniec pogan, na którym rozegrała się opisana scena ewangeliczna, był z założenia przestrzenią misyjną. Tu mogli wejść poganie, tu wymieniano pieniądze na takie, które nie miały ludzkiego wizerunku i można je było wrzucić do świątynnej skarbony. Tu dokonywano zakupu zwierząt ofiarnych. Tymczasem handel zainfekowany chciwością i głodem niebagatelnego zysku, zainfekował serca zarówno sprzedających, jak i odpowiedzialnych za to miejsce dostojników świątyni. Reakcja miłosiernego Jezusa była nader gwałtowna. Powywracał stoły bankierów, powypędzał wszystkich przekupniów i zwierzęta przeznaczone na sprzedaż. Jeden mężczyzna zrobił taką rozróbę, którą na pewien czas zatrzymał handel, a również składanie ofiar. Handlującym gołębiami dał odpowiedź, która uzasadnia Jego działanie: Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska. Bezradni
Żydzi zdobyli się jedynie na pytanie o znak, który by uprawniał Jezusa do takiego czynu. W odpowiedzi usłyszeli proroctwo, które się w pełni sprawdziło
przez Jego śmierć i zmartwychwstanie: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Przez swój gniew, Jezus nadał oczyszczeniu świątyni, ponadczasowe znaczenie. Dlaczego ta Bazylika Laterańska w Kościele Chrystusowym w Jego Nowej Świątyni ma wyjątkowe znaczenie? Cesarz Konstantyn Wielki,
który nadał Kościołowi Chrystusowemu prawną osobowość, podarował pałac Laterański papieżowi Sylwestrowi I (314-335). I tak do roku 1308 był on rezydencją papieży. Plaucjusz Lateran, rzymski senator, ścięty za udział w spisku na cesarza Nerona (65 r.n.e) był pierwotnym właścicielem ziemi, na której później zbudowano pałac Laterański. Po różnych kolejach losu, na początku IV w. znajdowały się tam kwatery elitarnych oddziałów cesarskich, equites singulares Augusti. Gdy w 313 r. cesarz Konstantyn Wielki wydał edykt pozwalający na oficjalne wyznawanie wiary chrześcijańskiej, kazał wybudować obok pałacu okazałą bazylikę pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela, św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Stała się ona pierwszą katedrą Rzymu, a przylegający do niej pałac – siedzibą papieży. 9 listopada 324 r. poświęcenia świątyni dokonał ówczesny papież Sylwester I. Jest ona najważniejszą świątynią Kościoła Katolickiego i przysługuje jej tytuł arcy bazyliki. Znamienny jest
fakt, że jest jedyną bazyliką, w obrębie murów starożytnego Rzymu. Wyjątkowe znaczenie Bazyliki Laterańskiej podkreśla napis umieszczony nad jej wejściem: Mater
et Caput omnium Ecclesiarum Urbis et Orbis (Matka i Głowa wszystkich kościołów Miasta i Świata). Nie zmienił tego fakt, że w 1377 r. papież Grzegorz
IX przeniósł swą siedzibę do Watykanu. Wpatrzeni dzisiaj w Bazylikę Laterańską, w jej historię wpisaną w Kościół Chrystusowy, przede wszystkim wpatrzeni
w samego Jezusa Chrystusa, warto postawić sobie parę pytań: – Czy mamy świadomość faktu, że wszyscy tworzymy Jego Kościół? – Jaka jest moja misja wyznaczona mi przez Jezusa Chrystusa w Kościele? – Czy jestem w żywej relacji z Jezusem i czy całkowicie Mu ufam, a szczególnie w czasach oczyszczania przez Niego świątyni?
Ks. Lucjan Bielas
Świętość,
urojone marzenie, czy twarda rzeczywistość?
(Ap 7, 2-4. 9-14; 1 J 3, 1-3; Mt 5,1-12a)Słowa Jezusowego „Kazania na Górze”, które wygłosił wobec zgromadzonych tłumów i kieruje je również do wszystkich, którzy kiedykolwiek staną przy Nim, a więc i do mnie, przerastają nas wszystkich: Szczęśliwi ubodzy w duchu; Szczęśliwi, którzy się smucą; Szczęśliwi cisi; Szczęśliwi, którzy łakną i pragną sprawiedliwości; Szczęśliwi miłosierni; Szczęśliwi czystego serca; Szczęśliwi, którzy wprowadzają pokój; Szczęśliwi, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości. Ten program stawia na głowie całą ludzką logikę doczesności, logikę zysku, radości, postawienia na swoim, sprawiedliwości po swojemu, bezwzględności, wyłączenia sumienia, wojny i osiągania celów za wszelką cenę.Świat w ogromnej swej części jest zainfekowany ową logiką doczesności, jakby zapominając o tym, że człowiek jest stworzony do wieczności. Jezus wskazuje jedyną drogę, którą idąc, człowiek staje się błogosławionym, czyli szczęśliwym na wieczność. Zawsze, w każdej epoce i w każdym środowisku znajdują się tacy, którzy podejmują decyzję, niezrozumiałą dla otoczenia, żyć, uczyć się, procować, cierpieć i umierać na Jezusowych zasadach. I właśnie jednym z takich był św. Augustyn, który w pewnym momencie swego życia, odszedł od logiki doczesności i ruszył drogą wskazaną przez Jezusa, chwytając istotę, we właściwy sobie sposób, stwierdził: Pojąłem, że tylko jeden jest naprawdę doskonały i że słowa „Kazania na Górze” całkowicie urzeczywistniają się tylko w samym Jezusie Chrystusie. Natomiast cały Kościół – my wszyscy, łącznie z Apostołami – musimy codziennie się modlić: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom (Retractationes I, 19,1-3). Jest więc Jezus dla nas wzorem i interaktywnym przewodnikiem na wskazanej przez siebie drodze. Rodzi się pytanie: jak mogę stwierdzić, czy ja tą drogą podążam? Z pomocą przychodzi nam Pan Jezus, wskazując na przysłowiowy „papierek lakmusowy”, mówiąc: Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie. Sam Jezus przeszedł przez tę próbę i to w ekstremalnej formie. Pokonał logikę doczesności, do końca wypełniając przesłanie „Kazania na Górze”, a Jego modlitwa na krzyżu za prześladowców, miała tu swoje głębokie znaczenie: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23,34). Dla Augustyna werset Modlitwy Pańskiej, z prośbą o odpuszczenie naszym winowajcom, jest naszą weryfikacją życia w logice Jezusa Chrystusa. Na naszą drogę do świętości, Jezus daje nam pokarm, jest nim Eucharystia. Przyjmując go z wiarą, przyjmujemy pod postaciami chleba i wina samego Chrystusa w Jego bóstwie i w Jego człowieczeństwie, a On przyjmuje nas. Tworzymy jedno wspaniałe ciało mistyczne Jezusa Chrystusa, wspólnotę błogosławionych, wspólnotę prawdziwie szczęśliwych. To On dopełnia w nas wszystkie nasze braki i niedoskonałości. Ta wspólnota wraz z Nim przechodzi już w inną formę bytowania, o której mówimy – Świętych Obcowanie. Dla wielu uroczystość Wszystkich Świętych jest tradycyjnym zwyczajem spotykania się żywych przy grobach zmarłych. Jest okazją do zadbania o stan grobów bliskich, zapalenia zniczy, złożenia wieńców, czy też wiązanek kwiatów. Tak więc dla jednych jest ten dzień zwyczajem, dla innych biznesem. Zostawiając wszelkie sądy na boku, niech będzie dla nas Uroczystość wszystkich Świętych, okazją do głębokiej refleksji nad własną świętością, zwieńczonej kolejną przemianą życia (a zawsze jest coś do zmiany) i zjednoczeniem się z Chrystusem i braćmi na Eucharystii.
Ks. Lucjan Bielas
Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?
(Wj 17, 8-13; 2 Tm 3, 14–4, 2; Łk 18, 1-8) Wydaje się w pierwszej chwili, że jest to retoryczne pytanie postawione przez Pana Jezusa na końcu dzisiejszej Ewangelii. Jednak po głębszej refleksji można zaprzestać rozważań na temat losów świata, a skoncentrowawszy się na sobie usłyszeć to pytanie nieco inaczej, bardziej osobiście. Jezus dzisiaj pyta mnie: czy znajdę w tobie wiarę, jak po ciebie przyjdę? Głupotą człowieka, jako bytu krótkoterminowego byłoby sądzić, że takiego spotkania nie będzie. Roztropnością człowieka, który to pytanie Jezusa słyszy, jest poważna i nieustanna refleksja nad stanem swojej wiary. Przestrzenią daną nam przez Boga dla kształtowania naszej wiary jest Kościół. Znakomitym jego obrazem jest scena z Księgi Wyjścia, której opis czytaliśmy w pierwszym czytaniu. Jozue walczył z Amalekitami, a Mojżesz na górze modlił się z podniesionymi rękami. Aaron i Chur, którzy byli z nim, podtrzymywali jego ręce, aby jego modlitwa nie ustała. Mojżesz nie przestał się modlić, a Jozue nie przestał walczyć i tak pokonali Amalekitów. Mojżesz jest niewątpliwie figurą Chrystusa, który nieustannie wstawia się za tymi, których Ojciec Niebieski mu dał. Jego ręce są podtrzymywane przez tych, których sobie wybrał, a powierzony lud walczy, każdy na swoim miejscu. I tak do tych wybranych podtrzymujących Jego ręce, czyli do następców Aarona i Chura, Jezus kieruje swe przesłanie ustami św. Pawła. W liście skierowanym przez niego do biskupa Tymoteusza czytamy: Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Ta bliskość Chrystusa i powierzone im zadanie jest szczególnym wyzwaniem do doskonałości ich osobistego życia. Nie naszą rzeczą jest teraz zajmować się „tymi na górze”. My jesteśmy bowiem na placu boju. W ewangelicznej przypowieści o wdowie i niesprawiedliwym sędzim, który w końcu uległ jej prośbom, Jezus do każdego z nas kieruje bardzo mocne przesłanie. Na polu naszej życiowej walki zazwyczaj mamy przeciwników silniejszych od nas, a musimy zmierzać się z zadaniami, które nas przerastają. Do takich walczących, którzy jeszcze się nie poddali, Jezus mówi: A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Jest to dla nas ze strony Jezusa bardzo mocna zachęta do wytrwałej modlitwy, bez czasowego limitu, skierowana do wybranych, których sytuacja jest po ludzku beznadziejna, tak jak była beznadziejna sytuacja wdowy. Jezus modlący się na górze jest jednocześnie w bardzo bliskiej relacji z każdym z nas na linii naszego życiowego frontu. Trzeba więc nam postawić sobie pytanie: jak wejść z Nim w kreatywną współpracę? Kilka lat temu na rekolekcjach dla architektów, spotkałem bardzo ciekawego rzeźbiarza, który mógł się poszczycić ogromnym dorobkiem artystycznym w dziedzinie sztuki sakralnej. Jego aktywność twórcza, mimo bardzo zaawansowanego wieku była imponująca, a dzieła niemal przerastały ludzkie możliwości. Zapytałem go tak bardzo prywatnie, skąd bierze siły. Przyznał się wtedy, że codziennie uczestniczy w Eucharystii, codziennie kilka godzin przeznacza na modlitwę, i codziennie robiąc wieczorem rachunek sumienia, kreśli nowy projekt. Pokazał mi wtedy swój kalendarz, a w nim na każdej stornie rysunek. To spotkanie było dla mnie konkretną życiową lekcją. Choć nie mogę Profesora we wszystkim naśladować, ale pokazał mi on właściwy sposób współpracy z Chrystusem, który nieustannie spogląda w moje serce i szuka w nim wiary. Jest ona wyciągnięciem ręki, aby uchwycić nieustannie wyciągniętą do mnie Jego rękę.
Ks. Lucjan Bielas
Panie, przymnóż mi wiary!(Ha 1, 2-3; 2, 2-4; 2 Tm 1, 6-8. 13-14; Łk 17, 5-10)Niezmiernie ważny jest kontekst prośby, z jaką zwrócili się uczniowie do Jezusa: Dodaj nam wiary. Boski Nauczyciel, nieco wcześniej upomniał ich słowami: Uważajcie na siebie! Jeśli twój brat zawini, upomnij go; i jeśli będzie żałował, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie, siedem razy zwrócił się do ciebie, mówiąc: „Żałuję tego”, przebacz mu (Łk 17,3-4). Słowa te wypowiedział Jezus nawiązując do wcześniejszej przypowieści. Ukazał w niej postawę ojca względem marnotrawnego syna, który to powrócił do domu i wyznał swój żal. Nie chodzi o naiwne przebaczenie. Jeżeli brat błądzi, to trzeba go mądrze upomnieć (Mt 18,15-17), a jeśli wyrazi żal, przebaczyć. Jest to postawa Ojca Niebieskiego względem nas i taka powinna być nasza względem bliźnich. W zderzeniu z człowiekiem, który wyrządził nam rzeczywistą i poważną krzywdę mamy z tym kłopot. Powstały mur dzielący nas od winowajcy wydaje się w niektórych przypadkach nie do przeskoczenia. Dając obraz morwy, o rozbudowanym systemie korzeni, przenoszonej w morze aktem wiary, wielkości zaledwie ziarnka gorczycy, Jezus zapewnia swoich uczniów o tym, że widzi ich wiarę choćby najmniejszą i wspiera ich aktem swej boskiej mocy. I tak to, co po ludzku niemożliwe, staje się możliwe. Najlepszą formą prośby o przymnożenie wiary jest konkretna postawa samego ucznia. Aby ją wyraźnie zaakcentować, Boski Nauczyciel dał uczniom obraz wyjęty z ówczesnej rzeczywistości, który w różnych formach aktualny jest do dziś. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Jezus, kierując te słowa do uczniów i do nas, ukazuje utrwaloną niesprawiedliwość w naszych relacjach. Jeśli masz odrobinę władzy, często traktujesz poddanego narzędziowo i nawet tego nie widzisz. Będąc zaś poddanym, czujesz niesprawiedliwość. Jaką więc przyjąć w tym wszystkim postawę? Jezus daje nam taką odpowiedź: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. Staje się ona czytelna dopiero wtedy, kiedy w tych wszystkich naszych ludzkich relacjach zobaczymy Boga, zobaczymy samego Jezusa. Innymi słowy, kiedy całą sprawę przeniesiemy piętro wyżej. Kiedy moją codzienną pracę będę świadomie wykonywał w pierwszym rzędzie nie dla drugiego człowieka, lecz dla Jezusa, kiedy zobaczę Go w drugim człowieku, kiedy będę gotów ze względu na Niego, nie oczekiwać podziękowania, a nawet sprawiedliwości, i kiedy ze względu na Niego z serca przebaczę winowajcy, to wtedy całe to moje działanie, dla świata niepojęte, nabierze nowego znaczenia. I taka właśnie postawa, będzie szkołą wiary nieustannie rosnącej.I tak sam Jezus jest dla mnie przykładem przebaczania i znoszenia niesprawiedliwości, jest przykładem nieużytecznego sługi, który paradoksalnie, biorąc na Siebie wszystkie niesprawiedliwości tego świata, cierpiącym wraz z Nim daje Boską moc. Jak to robić w praktyce? Trzeba uświadomić sobie, że jest się człowiekiem, który ma swą wolną wolę i mogę podejmować decyzje, które dyktuje miłość przekraczająca moje ludzkie doznania, ludzką sprawiedliwość. Człowiek prawdziwie dorosły, może swoją decyzją wejść na taki poziom, czyli paradoksalnie zejść do poziomu sługi nieużytecznego, czyli Jezusa. Czyli przenoszę sprawę wyżej, przez zejście niżej. To On przecież mówi do swoich uczniów, że kto chce być największy, niech stanie się sługą wszystkich, zgoła niewolnikiem wszystkich (por. Mt 20,27; 23,11; Mk 9,35; Łk 22,26). Taka postawa jest właściwym oczekiwaniem na przyjście Pana Jezusa. Na końcu końców zapewnia nas: Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i karze im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał (Łk 12,37).
Ks. Lucjan Bielas
Jak zarządzać mamoną, którą się ma, a jak tą, której się nie ma?
(Am 6,1a.4-7; 1 Tm 6,11-16; Łk 16,19-31)Obserwując reakcje wiernych na ostatnie rozważanie na temat słów Jezusa o zarządzaniu niegodziwą mamoną, stwierdziłem, że była ona podobna do tej, jaką obdarzyli Boskiego Mistrza, Jego ówcześni słuchacze. Niewielu z nich przejęło się Jezusową logiką zarządzania pieniędzmi i budowania przy ich użyciu dobrych relacji, zarówno z Bogiem, ich rzeczywistym właścicielem, jak i z bliźnimi. Tymczasem sam Jezus daje przykłady takiego zarządzania i skłania do refleksji nad jego przełożeniem na nasze codzienne życie.Dla mnie takim pierwszym przykładem jest właściciel winnicy, bohater Jezusowej przypowieści, który to o różnych porach dnia wychodził, aby zatrudniać robotników. Na końcu dnia kazał wypłacić wszystkim po denarze, począwszy od tych, którzy pracowali tylko jedną godzinę. Była to uczciwa stawka dzienna i na taką umówił się z pierwszymi. Kiedy więc ci pierwsi przyszli i otrzymali denara, zaczęli szemrać, albowiem myśleli, że dostaną więcej. Właściciel okazał miłosierdzie tym ostatnim, albowiem widział ich cały dzień gotowych do pracy, rozmawiał z nimi, poznał przyczynę ich niezatrudnienia i okazał im miłosierdzie. Można sobie wyobrazić, że przy następnym werbunku, to właśnie oni będą w pierwszej kolejności przyjęci, a nie opryskliwi wojownicy o twardych sercach. Taka polityka finansowa, choć przez wielu uważana za utopijną, może zmienić oblicze jego winnicy (Mt 20,1-16).Drugim przykładem jest przypowieść, którą Jezus opowiedział drwiącym z Niego, a grosza chciwym faryzeuszom. Pewien bogaty człowiek wprawdzie nikomu wprost nic nie ukradł, ale fatalnie inwestował. Ubierał się w purpurę i bisior, co miało podkreślać zarówno jego stanowisko społeczne, jak i stan majątkowy. Codzienne wystawne uczty sprawiały, że otaczał się ludźmi podobnymi sobie. Tymczasem Bóg wystawił owego bogacza, naturalną kolejnością rzeczy, na bardzo bolesną konfrontację. Przy bramie jego pałacu leżał pokryty wrzodami żebrak o imieniu Łazarz. To spotkanie ukazało prawdę zarówno o bogaczu, jak i o biedaku. Pierwszy z nich okazał się człowiekiem pozbawionym wrażliwości na ludzką biedę. Wprowadzone do tej przypowieści przez Pana Jezusa psy liżące rany Łazarza, jeszcze bardziej eksponują fakt, że źle przyjęte bogactwo, może tak zabić człowieczeństwo w człowieku, że pies okazuje się bardziej wrażliwym stworzeniem. Schorowany na ciele biedak, nie miał chorego ducha. Nie przeklinał bogacza. Niezdolny do pracy, był gotów zadowolić się okruchami z jego stołu, przy którym przecież, z prawa naturalnego, miał swoje miejsce. I tak między tymi dwiema osobami na ziemi powstała przepaść, która mogła zostać zniwelowana tylko i wyłącznie przez nawrócenie się bogatego, czyli inne zarządzanie dobrami materialnymi. Tymczasem to nie nastąpiło, a ziemski czas jednemu i drugiemu się skończył. Pogrzebanie ciała nie jest śmiercią niematerialnej ludzkiej duszy. Przepaść między bogaczem a Łazarzem nie tylko pozostała, ale została jeszcze utrwalona. Jak stwierdził Abraham, na którego łonie spoczęła dusza Łazarza (obraz szczęścia wiecznego u Żydów), owa przepaść po śmierci jest już nie do przebycia. Relacje budowane przez bogacza purpurą, bisiorem i ucztami przestały istnieć, a najbardziej dotkliwą okazał się brak relacji z Łazarzem. Dlaczego właśnie z Łazarzem? I tu przypominają się słowa Chrystusa dotyczące kryterium Sądu Ostatecznego, w których to On sam utożsamiając się z głodnym, spragnionym, nagim, chorym stwierdza: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na wieczną karę, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego (Mt 25, 45 – 46).Jest rzeczą znamienną, że Jezus w tej przypowieści wymienił imię biedaka – „Łazarz”. To wskazuje na konkretnego człowieka, którego los zarówno na ziemi, jak i po śmierci jest Jezusowi wiadomy. To przecież Jezus był i jest cały czas z Łazarzem. W tej przypowieści o bogaczu i Łazarzu Jezus na ostrzu noża stawia nam wszystkim pytanie: jak zarządzać mamoną, którą się ma, a jak tą, której się nie ma?
Ks. Lucjan Bielas
Myśl globalnie a działaj lokalnie
(Mdr 9,13-18; Flm 9b-10.12-17; Łk 14,25-33)W minioną środę (3 września b.r.) w Pekinie miała miejsce największa w dziejach Chin defilada wojskowa z okazji 80 rocznicy zakończenia w tamtej części świata, II wojny światowej. W tej niezwykłej uroczystości wzięło udział około 12 000 żołnierzy Ludowej Armii Wyzwolenia (PLA), przywódcy 25 krajów, tłumy widzów i oczy całego świata. Ten imponujący pokaz najnowszych technologii przekładających się na jakość broni różnego rodzaju i towarzysząca temu wydarzeniu atmosfera, jest niezmiernie jasnym przekazem dla mieszkańców całego globu o utrwalających się podziałach, rosnących napięciach i niepewnej przyszłości. Czy mam na to wpływ? Bezpośredni żaden, pośredni duży. Muszę więc zachować dystans, ale nie obojętność. Globalna wiedza skłania mnie do pogłębionej relacji z Panem Wszechświata i to zarówno przez modlitwę, jak i mądre zarządzanie tym, na co mam wpływ i za co biorę bezpośrednio odpowiedzialność. Dziś Jezus skłania mnie, przede wszystkim, do refleksji nad moim, jak to określiliśmy „lokalnym” działaniem. Marność naszych ludzkich sił określił natchniony Autor Księgi Mądrości w prostych, ale jakże trafnych słowach: Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką, a któż wyśledzi to, co jest na niebie? Natychmiast jednak dodaje: Któż poznał Twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego? Syn Boży stał się człowiekiem i zamieszkał pośród nas również po to, aby nauczyć nas dostrzeżenia mądrości Ducha Świętego i przysposobienia nas do współpracy z Nim. Słowa, które Jezus skierował do tłumów, a dziś kieruje do nas, są tak szokujące, że wielu, nawet pobożnych ludzi, zdaje się ich nie słyszeć, a wszystko z powodu jednego słowa użytego przez Jezusa, które nie współgra zarówno z Jego postawą, jak i Jego nauczaniem: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że są dwa adresy miłości w naszym życiu: miłość Boga i miłość bliźniego. Wielu rozdziela te adresy, na pierwszym miejscu stawiając relację z drugim człowiekiem i ponosi dramatyczne tego konsekwencje. Takimi drastycznymi przykładami w dzisiejszym świecie są: współżycie przedmałżeńskie, zdrady małżeńskie, wiele decyzji politycznych, gospodarczych itp. Tymczasem Jezus, używając kontrowersyjnego słowa NIENAWIŚĆ, wzywa swoich uczniów do odwagi miłości Boga ponad wszystko i ponad wszystkich. Tak więc adres ludzkiej miłości jest jeden, jest nim – BÓG. Dla zachowania tego porządku miłości Jezus daje nam siebie nie tylko jako wzór, ale jako przewodnika, obecnego na drodze naszego życia. Znamienne są Jego słowa: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Krzyż jest znakiem misji Chrystusa. Wzięcie przeze mnie mojego krzyża oznacza, określenie życiowej misji, jaką otrzymuję od Niego i ruszenie wraz z Nim drogą do domu Ojca. Można zaryzykować, że nie zdefiniowanie misji swojego życia, czyli nieokreślenie „swojego krzyża”, jest prostą drogą do pogubienia się w miłości. Co daje, pójście za Jezusem ze „swoim krzyżem”? Kiedy świat rozważał potęgę Chin i znaczenie rysujących się, coraz bardziej wyraźnie, nowych sojuszów, Kościół czcił kolejną rocznicę śmierci św. Matki Teresy z Kalkuty (5 września 1997). Nie mogę o Niej w tych dniach nie myśleć. Ta drobna staruszka, po ludzku niemająca prawa zaistnieć w tym świecie, przez postawienie Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu i pokochanie drugiego człowieka ze względu na Boga, rozbiła myślenie ludzi tego świata, również myślenie wielu matadorów Kościoła. Jej pogrzeb organizowany przez państwo Indyjskie, odbył się 13 września w Kalkucie, a oglądany był przez cały świat. Był on spektakularnym wprowadzeniem Chrystusa do Azji, przez życie i śmierć tej, która Go ponad wszystko i ponad wszystkich pokochała. Mieszkańców świata ogarniały wtedy zupełnie inne nastroje niż te po defiladzie militarnej w Pekinie. Stawiam sobie kolejny raz pytanie, czy stać mnie dzisiaj na coś więcej w tym, na co mam wpływ?
Ks. Lucjan Bielas
Patrząc na krzyż Chrystusa, wiem, kim jestem
(Lb 21,4b-9; Flp 2,6-11; J 3,13-17)Podczas jednej ze swoich ostatnich jubileuszowych audiencji, Papież Leon XIV stwierdził, że Krzyż to najcenniejszy skarb i powinniśmy szukać go jak św. Helena. Papież przypomniał pielgrzymom postać św. Heleny, matki cesarza Konstantyna Wielkiego, która doświadczając dramatu syna i jego rodziny, wyruszyła w 326 roku do Ziemi Świętej w poszukiwaniu krzyża Jezusa Chrystusa. Możemy przypuszczać, że ten znak był dla pogubionego moralnie cesarza na tyle ważny, że jego prawie 76-letnia matka podjęła niezwykle odważną podróż. Wykopaliska archeologiczne, którym patronowała, zakończyły się znalezieniem relikwii Krzyża.Dla nas historyków niezależnie od znanych nam aktów, różnych ich interpretacji, wielu domniemań i legend, decyzja Heleny jest zdumiewająca, a skutek jej poszukiwań przerasta każde inne znalezisko w dziejach świata. Papież Leon poszedł jeszcze głębiej w zrozumieniu decyzji św. Heleny, stwierdzając: „być może dlatego, że przez długi czas dźwigała własny krzyż. Nie urodziła się na żadnym dworze: mówi się, że była karczmarką o skromnym pochodzeniu, w której zakochał się przyszły cesarz Konstancjusz. Ożenił się z nią, ale, kierując się politycznymi kalkulacjami, nie zawahał się ją oddalić, oddzielając ją na lata od syna Konstantyna. Po objęciu cesarskiego tronu, Konstantyn sam sprawił jej wiele cierpienia i rozczarowań, lecz Helena niezmiennie pozostała sobą: kobietą poszukującą. Powzięła decyzję, by zostać chrześcijanką i konsekwentnie praktykowała miłość bliźniego, nie zapominając o ludziach prostych, spośród których sama się wywodziła”. Papież zwrócił nam uwagę na istotne cechy duchowości św. Heleny, które powinny każdemu z nas dać wiele do myślenia. Była kobietą poszukującą, konsekwentną chrześcijanką, wrażliwą na ludzką biedę. Możemy dodać, że Helena, szukając krzyża Chrystusowego, w Jego ręce przekazała biedę swojego syna, która nie tylko jego, ale całą rodzinę cesarką, po prostu przerosła. To doświadczenie wpisane w historię Krzyża skłoniło papieża Leona do stwierdzenia: „Krzyż Jezusa jest najcenniejszym skarbem, który można odkryć w swoim życiu”. Krzyż stawał się przez wieki coraz to czytelniejszym znakiem bezgranicznej miłości Chrystusa do człowieka, znakiem zarówno Jego odkupieńczej śmierci, jak i zmartwychwstania. To właśnie Krzyż jest ową ciasną bramą do wieczności, co niezwykle wyraźnie przypomina nam św. Paweł, mówiąc: jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy (Rz 6,8).Sposób przejścia przez tę bramę jest jeden i znakomicie ujął to Adam Mickiewicz: „Krzyż wbity na Golgocie tego nie wybawi, kto sam w sercu swoim krzyża nie wystawi”. Krzyża nie można wybudować w swojej głowie. Krzyż może być wybudowany tylko w ludzkim sercu. Jest to odpowiedź całym sobą, całym swoim życiem, na miłość Jezusa, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie ma się co dziwić, że wrogiem Krzyża jest szatan. Na drzewie rajskim wygrał, na drzewie Krzyża przegrał całkowicie. Do końca końców będzie z Krzyżem walczył z całą swoją inteligencją. Wystarczy więc mieć odwagę i spojrzeć na Krzyż Chrystusa, aby natychmiast się dowiedzieć – kim jestem, po jakiej jestem stronie i czy brama wieczności jest dla mnie otwarta.
Ks. Lucjan Bielas
Krzyż i dron (Iz 66, 18-21; Hbr 12, 5-7. 11-13; Łk 13, 22-30)Na pole kukurydzy w Osinach na Lubelszczyźnie w nocy z 19 na 20 sierpnia b.r. spadł dron, który zapewne przyleciał spoza granic Polski. Policja, prokuratura, wojsko, dziennikarze zostali postawieni w stan najwyższej gotowości, analizując fakty i snując hipotezy. W mediach ukazało się szereg filmów ukazujących miejsce zdarzenia i pracę służb. W tym całym zdarzeniu był pewien istotny szczegół, który dla gubiących się w domysłach poszukiwaczy prawdy nie ma żadnego znaczenia. Tuż przy polu kukurydzy, na które spadł dron, stoi duży krzyż przydrożny z wizerunkiem Chrystusa. Ktoś ten krzyż postawił po to, aby Bogu polecić zarówno tę ziemię, jak i tych, którzy na niej pracują. Aby te, nieraz trudne relacje człowieka z przyrodą i człowieka z człowiekiem, zawierzyć Temu, który nas nieskończenie kocha, który zna całą prawdę o nas i dla którego nie ma nic niemożliwego. To wydarzenie w Osinach uświadomiło mi prawdę o tym, że można koło Krzyża chodzić, dyskutować, budować ludzkie hipotezy, nagrywać programy, a Jezusa w ogóle nie widzieć. Jezus dzisiaj ustosunkował się do takiej postawy. Okazją do tego stało się ciekawe pytanie pewnego człowieka: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?Wyobraźnia ówczesnych Żydów na temat życia wiecznego była skromna. Jeszcze gorzej było pośród pogan. Ponieważ Jezus szokował nauką o konsekwencjach doczesnych decyzji człowieka w wieczności, pytanie słuchacza, było całkowicie uzasadnione i spotkało się z bezkompromisową odpowiedzią Jezusa: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. Odźwierny tej bramy do wieczności jest jeden i jest nim Jezus. Każdy człowiek, niezależnie od swoich przekonań, będzie musiał przed tą bramą stanąć. Wiele z tego, co do tej pory w życiu człowieka miało istotne znaczenie, nie będzie odgrywało żadnej roli. Najważniejsze będzie spotkanie z Jezusem, który z radością przyjmie, każdego sprawiedliwego, a każdemu zaś dopuszczającemu się niesprawiedliwości, drzwi wiecznego królestwa Bożego zamknie. W tym momencie nie będzie negocjacji, na które w swej naiwności za życia niektórzy liczyli. Nie pomogą prośby i błagania. Nie pomoże powoływanie się na bliską znajomość z Nim. Odpowiedź miłosiernego, a zarazem sprawiedliwego Jezusa będzie jedna: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości! To nie przypadkowo w Osinach dron rozbił się przy Krzyżu. Wprawdzie wybił szyby w oknach pobliskich budynków, ale Krzyża nie przewrócił. Przez ten właśnie Krzyż, dzisiaj Jezus mówi do nas Polaków i nie tylko do nas – opamiętajcie się i zacznijcie żyć sprawiedliwie. Nie przechodźcie obok Mnie tak, jakby mnie w ogóle nie było. Oddałem za was swoje ludzkie życie, aby wprowadzić was do domu Ojca Niebieskiego. Dlatego, że was kocham, dlatego mam prawo wymagać od was czegoś więcej, niż tylko życzliwej tolerancji. Zacznijcie układać swoją doczesność według słów Moich, a nie według waszej ludzkiej kalkulacji. Pamiętajcie, niezależnie od tego, jakie macie bramy do waszych posesji i drzwi do waszych mieszkań, niezależnie od tego jakie są wasze przekonania i pomysły na życie, na końcu końców staniecie przed moimi drzwiami, a ważniejszych drzwi od tych nie ma.Może warto postawić sobie fundamentalne pytanie, póki jeszcze nie jest za późno:Czy Jezus patrząc na moje życie, postrzega mnie jako człowieka sprawiedliwego?Pamiętajmy o tym, że to nie jest istotne, czy ja za takiego się uważam. Istotne jest, jakim jestem w Jego oczach. Ks. Lucjan BielasPokój na wojnie
(Jr 38, 4-6. 8-10; Hbr 12, 1-4; Łk 12, 49-53) Kiedyś w jakiejś rozmowie, ktoś stwierdził, że nie rozumie tego rozłamu jaki, nastąpił w naszym polskim społeczeństwie. Rozłamu, który przeciął znajomości, rozbił przyjaźnie, podzielił rodziny. Nie pierwszy to zresztą raz w naszej historii, ale niewątpliwie jest to szczególnie dotkliwy podział, który nie oszczędza Kościoła Chrystusowego.Bywały chwile naszych wspólnych zrywów narodowych, religijnych i społecznych, których dobrym następstwem, jest nasza wolna Ojczyzna. Mimo to jednak nawet w chwilach wspólnej radości, jaką był pontyfikat św. Jana Pawła II, czy w poczuciu jedności narodowej, związanej z ruchem społecznym, zbudowanym na wartościach chrześcijańskich , który z dumą nazywaliśmy „solidarnością”, gdzieś głęboko tkwił korzeń niezgody. Dzisiaj właśnie ten korzeń wypuszcza nowe pędy i z całą gwałtownością dominuje w naszym społeczeństwie. Nie jest to wprawdzie problem dotyczący jedynie nas Polaków, lecz istnieje ten proces w wielu społeczeństwach i, jak się temu lepiej przyjrzeć, przenika niemal całą ludzką historię.Już św. Augustyn (+430) zauważa w De civitate Dei, że pojawienie się chrześcijaństwa wywołało ogromną agresję pogańskiego świata przeciwko nim. Obwiniano ich o wszystko, o kataklizmy, o klęski militarne i o to, że sama ich obecność jest przyczyną wszelkich możliwych nieszczęść.Dzisiaj Chrystus dotyka istoty tego problemu. Jego słowa, wypowiedziane przez Boga, który przyjął postać człowieka, który zamieszkał między ludźmi, jako jedyny z istoty swej bez grzechu wpisują się w historię świata na zawsze: Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam.Chrystus połączył w sobie dwa pojęcia – chrzest i ogień. Jezus wie, że w Jego misję, której po ludzku czuje ciężar, jest wpisana Jego odkupieńcza męka i śmierć, i to ona właśnie będzie Jego „chrztem”. Ogniem zaś, który Jezus rzuci na ziemię, jest Duch Święty. Jezus wie, że ludzie są wolni. Jedni przyjmą jego odkupienie, przyjmą dary Ducha Świętego, przemienią gruntownie swoje życie. Inni w swojej wolności sprzeciwią się temu. Wolność jest bowiem darem Pana Boga i uzdalnia człowieka do miłości. Nie jesteśmy bytami zaprogramowanymi na dobro, lecz zaproszonymi do dialogu ze Stwórcą, do poznania Go i pokochania. Po grzechu pierworodnym Jezus uczynił ten dialog na powrót możliwym. Szatan odrzucił definitywnie zaproszenie Boga i kusi człowieka, aby on w swej wolności stanął po stronie zła, a sprzeciwił się Bogu i tym wszystkim, którzy staną po stronie Dobra.Rozłam między dobrem a złem istniał między ludźmi od ich wyjścia z raju. Trafnie ujął to w swej księdze prorok Micheasz (7,6). Jezus, nawiązując do słów proroka, zwrócił uwagę na fakt, że Jego dzieło odkupienia konflikt między dobrem a złem jeszcze bardziej zaostrzy: Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej. Istotą tego rozłamu będzie dokonanie wyboru przez ludzi. Jedni opowiedzą się za Chrystusem, za Jego Ewangelią, inni zaś w swej wolności, pójdą drogą Szatana, darząc tych pierwszych głęboką nienawiścią.Paradoksem Ewangelii jest to, że z im większą nienawiścią zło atakuje, z tym większą miłością dobro odpowiada. Jezus nigdy nie zostawi samych, tych, którzy w Jego Duchu staną po Jego stronie. Jak więc zachować pokój na wojnie? Sam Jezus swoim życiem dał nam odpowiedź. Przyjął i wypełniał wolę Ojca Niebieskiego, co dawało mu Boski dystans do ludzkiej rzeczywistości, czyli pokój serca i trzeźwość umysłu. Nie zajmował się rzeczami, które nie były tego warte. Przebaczał nieprzyjaciołom, zachowując jasną granicę między dobrem a złem. Wiedząc, kim jest, nie bał się konfrontacji. Walcząc ze złem, walczył o każdego człowieka. Nie szedł na żadne kompromisy i zło nazywał po imieniu. Był gotów oddać ludzkie życie za prawdę, co też uczynił i zmartwychwstając, zwyciężył. Im głębiej przeżywamy zjednoczenie z Nim w Eucharystii, tym więcej będziemy mieli Jego pokoju na naszych ludzkich wojnach.
Ks. Lucjan Bielas
Teofil wróci
(Mdr 18, 6-9; Hbr 11, 1-2. 8-19; Łk 12, 32-48) Był czas, kiedy Polski nie było na mapach świata. Jednak wielu Polaków nie rezygnowało ani z walki o swoją Ojczyznę, ani z walki o sprawiedliwość społeczną. Przyjmując taką postawę, narażali się siłą faktu, na dotkliwe represje ze strony administracji państw zaborczych. Cieszę się, że do tych walczących należał również mój dziadek Teofil. I tak za swoją działalność polityczną, dziadek po rewolucji w 1905 roku, jako niepokorny poddany cara Rosji, został skazany i wywieziony do kopalni złota nad jezioro Bajkał. Zostawił młodą żonę, moją babcię Stefanię, której jeszcze przed aresztowaniem, powierzył swoje skromne oszczędności. Wtedy to niektórzy bliscy krewni, przekonywali ją, z dużym zaangażowaniem, że Teofil już z zesłania nie wróci. Mieli w tym oczywiście swoje bardzo przyziemne cele. Tymczasem słyszeli od tej młodej mężatki zawsze jedną i tę samą odpowiedź: „Teofil wróci”. Nie mając żadnej możliwości łączności ze swoim mężem, pozostał jej jedynie głos serca, głos, który ją nie zawiódł. Pewnego lipcowego dnia roku 1907, Teofil stanął w drzwiach mieszkania swojej żony, która na niego czekała. Trzecia podjęta przez niego próba ucieczki z Syberii zakończyła się sukcesem. Szczęśliwa para, ratując swoje małżeństwo, przez zieloną granicę przedostała się na ziemie zaboru austriackiego.Ta rodzinna historia, którą noszę w sercu, daje mi klucz do głębszego zrozumienia dzisiejszego fragmentu Ewangelii. Wcielony Bóg, Jezus Chrystus przekazuje nam niezmiernie ważne orędzie: spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Ma ono swój ponadczasowy wymiar. Jest to królestwo budowane w doczesnej rzeczywistości i wpisane w nią przez samego Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Stanowią to królestwo ci wszyscy, którzy Jezusa spotkali, którzy w Niego uwierzyli, którzy Go pokochali, którzy odczytują i pełnią Jego wolę. Mimo tego, że są wtopieni w realia tego świata, nie kierują się logiką zysku materialnego i wymiernych korzyści, lecz logiką Jezusa, czyli logiką miłości. Charakterystyczną cechą życia obywateli królestwa Bożego, do których przecież się zaliczamy, jest oczekiwanie na przyjście Jezusa. Zawiera ono głęboką mądrość. Oczekiwanie weryfikuje nasze postawy. Jezus porównuje swoje królestwo do domu, w którym On, jego Pan, powierza swoim domownikom, czyli nam, zadania konieczne do jego normalnego funkcjonowania. Obdarza nas wolnością i zaufaniem. Zapowiada swoje przyjście i chce nas zastać na naszym życiowym i ewangelicznym posterunku. Chce nas zastać czuwających. Słowa samego Jezusa najlepiej oddają charakter przygotowanej nagrody: Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał. Możemy być jednego pewni, że radość tego stołu nigdy się nie skończy.Sprowokowany pytaniem św. Piotra, Jezus bardzo mocno wyraził się o konsekwencjach, jakie spotkają lekceważących czuwanie. Im bardziej Jezus zaufał, im więcej powierzył, tym więcej będzie wymagał. Nagroda za wierność będzie większa, lecz i kara za jej brak będzie odpowiednio większa. Słowa Jezusa o odpowiedzialnym czuwaniu docierają do mnie z całą ostrością. Coraz bardziej uświadamiam sobie, że sama logika wiary, to może być zbyt mało, aby sprostać czuwaniu. W tym świecie, który tak bardzo krzyczy, że to nie ma sensu, trzeba jeszcze czegoś więcej, aby czuwać – trzeba gorącej miłości do Jezusa. Dlatego też moja babcia Stefania, dzisiaj krzyczy do mnie, swojego wnuka: „Teofil wróci”. Ks. Lucjan Bielas
Czy jestem bogatym człowiekiem?
(Koh 1, 2; 2, 21-23; Kol 3, 1-5. 9-11; Łk 12, 13-21) Mądrość Koheleta jest powalająca. Im człowiek starszy, tym więcej może przytaczać przykładów ilustrujących to, co natchniony autor zgrabnie ujął w słowach: marność nad marnościami – wszystko jest marnością. Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. I tu stawia Kohelet zasadnicze pytanie, które stawiała sobie i stawia każda istota myśląca, żyjąca na tym świecie: Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem?To pytanie czekało na swoją odpowiedź, aż do przyjścia Jezusa Chrystusa. Tak, jak to pytanie, tak i odpowiedź Jezusa, jest ponadczasowa. Stąd domaga się naszej pogłębionej refleksji. Zegar nieubłaganie odmierza czas i każdej sekundy szkoda nam zmarnować. Okazją do naszych rozważań dzisiaj, pewien ewangeliczny epizod, otóż pewien człowiek zwrócił się do Chrystusa z prośbą: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Odpowiedź Jezusa jest bardzo głęboka. Nie zatrzymuje się On na poziomie ludzkiego sędziego i negocjatora. Idzie zdecydowanie głębiej. Dla lepszego jej zapamiętania ujął ją w formie przypowieści. Otóż pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. Tkwiąc w głębokim przeświadczeniu, że jest to jego pole i jego zbiory, postanowił dla siebie zbudować większe spichlerze, aby na długie lata cieszyć się dostatkiem i nieróbstwem. Akcent w tym rozumowaniu jest postawiony na „moje”. W tym miejscu Jezus patrzy na taki ludzki biznesowy zamysł ze swojego punktu widzenia z poziomu Boga, który jest Panem wszystkich i wszystkiego. Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś? W tym miejscu Jezus nadaje swej odpowiedzi ogólny wymiar dotyczący nas wszystkich: Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga.Ofiara krzyżowa Chrystusa i Jego zmartwychwstanie przekształciły na trwałe ludzką logikę oszczędzania. Wypracowany przez Jezusa kapitał początkowy niebieskiego banku jest nieskończony. Wiara zaś w Jego zmartwychwstanie otwiera każdemu z nas rachunek w niebie, a nasze modlitwy i dobre uczynki są naszymi oszczędnościami. Jezus bardzo wyraźnie to zaznaczył, mówiąc: Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,19-21).To połączenie skarbu z sercem znakomicie ujął św. Paweł, łącząc wiarę z miłością do Jezusa: Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadający po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. W praktyce jest to położenie natychmiastowego kresu: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem. Kiedyś usłyszałem ciekawe kazanie ks. Piotra Pawlukiewicza. Pozwolę sobie sparafrazować jego myśl. Wyobraź sobie, że jesteś w kolejce na sądzie u św. Piotra. Przed tobą stoi św. Matka Teresa z Kalkuty. Ma ze sobą ogromny bagaż pełen modlitw i dobrych uczynków. I słyszysz, jak św. Piotr jeszcze kieruje do niej uwagi, że mogła to, czy tamto, zrobić lepiej. A ty masz w ręce małą reklamówkę, a w niej parę dobrych uczynków i kilka modlitw. I co czujesz wtedy? Wtedy czujesz – dyskomfort. Cały twój dorobek został na ziemi – twoje domy, samochody, twoje podróże dookoła świata, twoje tytuły i przyjemności, stanowiska itp. zostały na ziemi, a ty czujesz teraz – dyskomfort. Jak do takiej sytuacji nie dopuścić? 1. Codziennie rano nadaj swojej aktywności właściwe znacznie, przez szczere ofiarowanie wszystkiego Bogu. To On jest Panem naszego życia i właścicielem wszystkiego, co nam chwilowo daje w zarządzanie. Będziesz wtedy inaczej używał słowa – „moje” 2. Codziennie sprawdzaj stan swojego konta w niebie – rachunek sumienia. Są to aktywa ( jesteś w przyjaźni z Bogiem) albo tylko pasywa (masz grzech ciężki). 3. Mądrze korzystaj z Sakramentu Pokuty. Ks. Lucjan Bielas
Współczesne Marty są często opryskliwe
(Rdz 18,1-10a; Kol 1,24-28; Łk 10,38-42) Zastanawiając się nad tym, jaki jest klucz do zrozumienia czytań dzisiejszej liturgii słowa i jaki jest klucz do zrozumienia znaczenia tych słów w dzisiejszej rzeczywistości, zwróciłem szczególną uwagę na osobliwe wyznanie św. Pawła. Pisząc list do Kolosan, powiedział coś, co wydaje się w pierwszej chwili trudne do zrozumienia: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. I jak to często bywa, że z ratunkiem we właściwym zrozumieniu tekstu przychodzi nam św. Augustyn. Chrystus jest w swym uwielbionym ciele w niebie i tam nie cierpi. Kiedy jednak przyjmujemy Chrystusa do siebie, to On żyje w nas i cierpi w każdym z nas, naszym cierpieniom nadając właściwy sens i ponadczasową wartość. Otwarcie się na Chrystusa posunięte, aż do przylgnięcia do Niego, jest niewątpliwie naszą mądrością życia. Bóg jest nie tylko naszym stwórcą i celem naszej życiowej drogi, chce być świadomie przez nas zaproszonym Gościem, wyjątkowym Gościem. Dopiero z tej perspektywy możemy jeszcze raz odczytać opis odwiedzin Boga Jedynego w towarzystwie dwóch aniołów u Abrahama pod dębami Mamre. W spiekocie dnia Abraham, widząc wędrowców, postanowił ich ugościć. Bóg przychodzi do przyjaciela. Mieli dla siebie czas. Nikomu się nie spieszyło. Przygotowanie wyjątkowego posiłku trwało dłużej. Wszystko dzieje się przy stole w gorący dzień w cieniu dębów. Abraham, choć przyjmuje ludzkie postacie, ma świadomość rozmowy z Bogiem. Nie kwestionuje, zważywszy na swój podeszły wiek i wiek swojej żony, stwierdzenia Przybysza: O tej porze za rok znów wrócę do ciebie, twoja zaś żona, Sara, będzie miała wtedy syna. Jego wiara jest tak wielka, że niedowierzanie żony zostaje przebaczone. Tak więc ugoszczony przez człowieka Bóg, wnosi dar życia tam, gdzie go po ludzku miało nie być.W Ewangelii jesteśmy świadkami odwiedzin Chrystusa w domu Jego przyjaciół w Betanii. Marta przyjęła Jezusa, przyjęła z ludzką zapobiegliwością. Tymczasem jej siostra Maria chłonęła obecność Jezusa, siedząc u Jego stóp i wsłuchując się w Jego słowa. Można powiedzieć, że przeszła ponad tym, co ludzkie, koncentrując się nad tym, co Boskie. Zabiegi Marty, aby posłużyć się autorytetem Jezusa i siostrę zmobilizować do prac domowych, zostały przez Niego opatrzone znamiennym komentarzem: Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. Marta wyciągnęła wnioski z jasnej uwagi Boskiego Gościa. Kiedy ich dom został wystawiony na bolesną próbę związaną ze śmiercią brata Łazarza, Marta, powitała Jezusa z miłością i wiarą, choć dalej, zgodnie z jej naturą, była praktyczną kobietą. I tak w tym domu, ponad ludzką logiką, na polecenie Jezusa, zmarły Łazarz wyszedł z grobu (por. J 11,1-44).Syntezą tych dwóch ewangelicznych kobiet, jest Najświętsza Maryja Panna. Podczas wizyty Anioła Gabriela, Boskiego wysłańca, przyjęła pod swoje serce Wcielone Słowo Boga – Jezusa. Z Jej postawy służebnicy Pańskiej, z Jej adoracji obecnego w niej Boga wypływa decyzja o wykonaniu dobrego uczynku (por. Łk 1, 26–45). Stanowi Maria przez to wzór dla nas wszystkich, a szczególnie dla przystępujących do Komunii świętej. Wzór przyjęcia Boga, adoracji Boga i działania z Bogiem w naszej codzienności. Wiele lat temu, Sługa Boży bp Jan Pietraszko stwierdził: „Dzisiejsze Marty są opryskliwe dla Chrystusa. Niedziela nie niedziela, potrafią huknąć: nie mam czasu, dajcie mi spokój. Auto czeka, dzieci czekają, urlop czeka, jakiś tam weekend czeka, jakiś wyjazd czeka i tamto jest jeszcze, to dajcie mi spokój z takimi rzeczami” (kazanie 1974). Współczesne Marty jeszcze bardziej ostro reagują na Chrystusa pukającego do drzwi. A mężczyźni, choć jeszcze żywi, są często bezradni jak Łazarze w grobie. Sytuacja rosnącego napięcia migracyjnego w Europie wzywa nas do głębszych przemyśleń w obliczu nieubłaganych praw demografii. Tylko wtedy, kiedy otworzymy się na obecność Chrystusa w naszych sercach i w naszych domach, będziemy mieć rozeznanie, kto z pukających do naszych drzwi jest niebezpiecznym człowiekiem, a kto prawdziwie potrzebującym pomocy. W osobistym zjednoczeniu z Chrystusem leży mądrość odźwiernego przewyższająca ludzką przenikliwość. Ks. Lucjan Bielas
Między dobrą odpowiedzią a dobrym życiem
(Pwt 30,10-14; Kol 1,15-20; Łk 10,25-37) Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Każdy, kto poważnie traktuje swoje życie, utożsamia się z tym pytaniem, postawionym Jezusowi przez pewnego uczonego w Prawie. Jezus jak przystało na rasowego pedagoga, odpowiada pytaniem na pytanie, sugerując, że odpowiedź jest we wnętrzu tego, który pyta: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?Uczony wykazał się poprawnym myśleniem, dokonując syntezy biblijnych tekstów: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego (Kpł 19,18; Pwt 6,5).Tymczasem Jezus wystawił celującą ocenę za wiedzę uczonego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył, z drugiej zaś strony zamieszał mu w sumieniu, żądając od niego świadectwa życia. Postawił Jezusowi jeszcze ostatnie pytanie, które miało być próbą wybrnięcia z trudnej sytuacji, która zaistniała w nim samym w jego sumieniu. Odczuł rozdźwięk, jaki w nim zaistniał, rozdźwięk między wiedzą, jaką posiadał i uznawał ją za prawdziwą, a tym, jak żył. I tak padło pytanie, które i wielu z nas w podobnej sytuacji zadaje: A kto jest moim bliźnim? Jezus w zalążku rozgromił ów inteligentny wybieg, opowiadając znakomitą i znaną nam wszystkim przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Idąc za myślą Benedykta XVI, trzeba nam tę przypowieść rozumieć, jako otwarty dla wszystkich i konieczny do wdrożenia w codzienne życie „Uniwersytet Miłości” (Encyklika Deus caritas est).Nie przypadkiem kapłan, a potem lewita spotkali na drodze pobitego przez zbójców człowieka, który schodził z Jerozolimy do Jerycha. Dla człowieka, który znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, widok zarówno jednego, jak i drugiego sługi Bożego, budził zapewne nadzieję na ratunek. Tymczasem obydwaj, a szczególnie kapłan, mieli w swych głowach zarówno problem czystości rytualnej, którą mogli utracić przez kontakt z krwią, jak i brak ochoty na zajmowanie się niekomfortową dla nich sytuacją. Tak więc ludzki przepis prawa stał się dla nich wybiegiem do zaniechania ratowania ludzkiego życia. Poza tym obydwaj wykazali się bezradnością. Mieli zagwarantowany etat i dochody z ofiar składanych w świątyni. Taka komfortowa sytuacja życiowa może zabić w człowieku kreatywność działania i aktywność w szukaniu wykrętów.Dzisiaj jesteśmy świadkami, jak w imię przepisów ludzkiego prawa, dla ludzkiej wygody zabija się dzieci. Społeczeństwo jest otumanione, kapłani i lewici w sporej części milczą, a zło ubrane w lekarski kitel i sędziowską togę tryumfuje. Do czasu! Niewinnie przelana krew woła zawsze!I tak pobitemu człowiekowi udzielił pomocy będący w podróży Samarytanin. Celowe wprowadzenie przez Jezusa do przypowieści człowieka, w pojęciu ówczesnych Żydów obcego i gorszego – Samarytanina, miało istotne znaczenie. To właśnie, ten obcy, okazał pobitemu miłosierdzie. Trzeba zauważyć, że dla ówczesnych słuchaczy, ten fragment przypowieści był zdecydowanie mało przyjemny. Tenże właśnie, obcy i gorszy, wydaje się, że był przedsiębiorcą, który znajdował się w podróży z racji prowadzonej działalności. Jako człowiek kierował się miłością, a jako przedsiębiorca wiedział jak ją uaktywnić. Pieniądze nie zabiły w nim wrażliwości. Jezus, który znał jego serce, stwierdził: Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko. Samarytanin uczynił wobec pobitego człowieka, którego spotkał to, co można było w tej sytuacji zdziałać: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Zapłacił gospodarzowi, bo miał odpowiednie środki i nie domagał się od niego miłosierdzia charakterystycznym tekstem – ty też coś zrób. Znamienne jest tu zdanie: Miej o nim staranie, a jeśli, co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał. Tak mógł powiedzieć tylko taki człowiek, który był tu wiele razy, uczciwie płacił i zyskał sobie zaufanie.Jezus ukazał w genialnie prosty sposób, możliwość i konieczność połączenia nakazu Stwórcy danego człowiekowi, aby czynił sobie ziemię poddaną (por. Rdz 1,28), oraz Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36). Ta właśnie synteza stanowi istotę „Uniwersytetu Miłości”.Niektórzy Ojcowie Kościoła widzieli w obrazie miłosiernego Samarytanina samego Chrystusa, który nie przechodzi obojętnie obok nas, pobitych i poranionych leżących przy drodze życia. Ten obraz jest niewątpliwie adekwatny. Tym mocniej brzmią słowa Chrystusa kierowane nie tylko do uczonego w Prawie, ale i do każdego z nas: Idź i ty czyń podobnie. Ks. Lucjan Bielas
Owce między wilkami
(Iz 66,10-14c; Ga 6,14-18; Łk 10,1-12.17-20) Ewangeliczne sceny wysyłania Apostołów i uczniów po dwóch z misją przygotowania duchowego gruntu na przyjście samego Jezusa są dla mnie ustawicznym wyzwaniem do permanentnej refleksji. Jezus daje mam przez te opisy do zrozumienia, że to jest model Jego skutecznego działania w głoszeniu Słowa Bożego i to nie tylko w tamtym czasie, ale po prostu zawsze. Chwila refleksji nad historią Kościoła, ale też nad naszym własnym, osobistym zaangażowaniem w ewangelizacyjne dzieło, pozwala nam zobaczyć i nazwać funkcjonowanie tego modelu. Pomijam już wielkie dzieła ewangelizacyjne, ale wystarczy spojrzeć na największe z nich na – sakrament małżeństwa. Przychodzą do kościoła we dwoje, a wychodzą we troje, wychodzą z Jezusem. Choć świat dalej widzi tylko dwoje, ale prawda jest już inna. Jezus świadomie przez nich wprowadzony do ich małżeńskiej miłości nadaje jej ewangeliczną misję, jest gwarantem bezpieczeństwa i nadzwyczajnej skuteczności. Patrząc na moje własne kapłańskie życie, muszę stwierdzić, że praktycznie wszystkie duszpasterskie pomysły, rodziły się w dwójkach, które powoływał Jezus i przez nie działał i dalej działa. Ten podstawowy model misyjny, tak głęboko wtopiony w chrześcijaństwo domaga się od nas, których to Jezus wybiera i wysyła, pogłębionej refleksji. To nie tylko analiza otaczającego nas świata, do którego jesteśmy wysłani, ale przede wszystkim pogłębienie swojej wiary i rozbudzenie aktu miłości do samego Jezusa. Ta osobista relacja każdego z wysłanych do Jezusa jest podstawą modelu 1+1 = 3.Mając ewangeliczne opisy wysłania przez Jezusa pierwszych dwójek, zarówno Apostołów, jak i 72 uczniów, warto nieustannie i na nowo odczytywać założenia ustanowione przez Boskiego Mistrza i Towarzysza. Pamiętajmy o tym, że wszyscy, którzy chcą być uczniami Jezusa, są do takiej misji przez Niego powołani. Dotyczy to wszystkich przestrzeni naszego życia. Zwykle, uważam, że błędnie, sprowadza się to do powołań kapłańskich i zakonnych. Znamienne jest to, co usłyszeli wybrani uczniowie przed wyjściem na wyprawę misyjną: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Wydaje się, że pod pojęciem żniwa, należy rozumieć potrzeby duchowe ludzi. Ich wielkość przerasta możliwości tych, którzy są wysłani do pomocy. Panem tego żniwa jest Bóg Ojciec, który przez swojego Boskiego Syna wysyła swoich pracowników do pracy. Zadanie przekracza ich możliwości, również liczebne. To przede wszystkim wysłani, powinni prosić Pana żniwa, aby było ich więcej – zapewne nie tylko modlitwą, ale całą swoją postawą. Tu jest ukryty zasadniczy klucz do ilości powołań – jakość powołanych.Chrystus użył fantastycznej, prostej metafory, aby oddać, stopień niebezpieczeństwa, na jakie narażeni będą wysłani przez niego misjonarze: Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Tylko Jezus, Bóg Człowiek, może dać poczucie nie tylko poczucie bezpieczeństwa owcom, ale moc przemiany wilków. Rozesłani uczniowie mają więc mieć nie tylko relację z Pasterzem duchowo obecnym, ale wypracować w sobie postawę owcy. To nie może być maska zakładana na czas misji. Ta postawa musi przenikać całego misjonarza i weryfikować się w relacji z towarzyszem misji wybranym przez Jezusa. Jest to zarówno postawa pełna wewnętrznego pokoju, jak i misja pokojowa. Wniesienie w ludzkie domy, w ludzkie rodziny, tego Bożego pokoju, jest podstawą głoszenia królestwa Bożego. Wysłani bez po ludzku roztropnego ekwipunku podróżnika, zdani byli na opiekę Pasterza i wdzięczność tych, którzy otworzą im swoje domy: zasługuje robotnik na swą zapłatę.Świadomi powierzonej im misji nie powinni tracić niepotrzebnie czasu na niepotrzebne gadulstwo. Stąd usłyszeli: nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Na tej misji trzeba zapomnieć o ludzkich kalkulacjach i standardach: Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co Wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: „Przybliżyło się do was królestwo Boże”. Powierzona im przez Jezusa misja nie może być zmiękczana przez ludzką wygodę. Uzdrawianie chorych, jest dowodem rzeczywistej obecności Jezusa, który wraz z nimi wszedł do tego domu. Ta misja nie narusza wolnej woli mieszkańców wsi i miasteczek odwiedzanych przez Jezusowych wysłanników. Zamknięte drzwi należy uszanować bez komentarza. Strząśnięty proch z nóg, będzie miał swoje znaczenie w oczach sprawiedliwego Boga, albowiem tylko On zna całą prawdę o zamkniętych domach. Tym zaś, którzy okażą świadome lekceważenie, czeka sprawiedliwa kara, a słowa Miłosiernego Jezusa: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu, mają swoje znaczenie. Jezus znalazł czas na wysłuchanie uczniów po zakończeniu ich pracy, pomimo że wszystko wiedział. To było ważne dla nich, aby to opowiedzieć, aby to nazwać. Kluczowe jest ostatnie zdanie Jezusa zamykające, cały projekt: Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie. Jeszcze jestem na misji. Nie liczę na pochwałę ziemskich szefów. Mam jedną troskę, abym wraz z Jezusem zapisał swoje imię w niebie. Ks. Lucjan Bielas
Mysią dziurą do nieba się nie dostaniemy.
(Dz 12,1-11; 2 Tm 4,6-9.17-18; Mt 16,13-19) Szymon Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Boga żywego. Pośród tłumu ludzi myślących inaczej, takie przekonanie Piotra było możliwe, albowiem otwarł się na światło dane mu przez Boga. To ta właśnie współpraca, nazwana przez Jezusa błogosławieństwem, pozwoliła Mu na ustanowienie Piotra – Opoką powstającego Kościoła. Ten Boski gwarant, sprawi, że bramy piekielne go nie przemogą. Władza Piotra, będzie na zupełnie innym poziomie niż władców tego świata. Jezus nazwał ją „władzą kluczy” , co sugeruje przeprowadzanie przez bramę i to tę najważniejszą, bramę między doczesnością a wiecznością, bramę królestwa niebieskiego. Ta symbolika kluczy, a także „zawiązywania i rozwiązywania” ludzkich spraw na tym świecie z ponadczasowym skutkiem, jest wyrazem ogromnego zaufania, jakim obdarzył Jezus, św. Piotra. Ponieważ jest tu mowa o Kościele, który ma trwać do końca czasów, decyzja Jezusa dotyczy również następców Piotra i tych, którzy z nim w tym Boskim dziele współpracują. Gwarancją skuteczności tej misji jest sam Jezus, który nigdy swojego Kościoła nie opuści, który obdarzy go Duchem Świętym i poprowadzi do domu Ojca Niebieskiego. Dotykamy tu niezwykłej tajemnicy wolności i odpowiedzialności człowieka oraz czuwającej opatrzności Bożej.Znakomicie ilustruje to sytuacja opisana przez św. Łukasza w Dziejach Apostolskich. Jest rok 43 lub 44, święta Paschy, Jerozolima. Wnuk Heroda Wielkiego, Herod Agryppa I (+ 44), przyjaciel zabitego cesarza Kaliguli i aktualnie rządzącego Klaudiusza, inteligentny i bezwzględny oszust finansowy, przejął władzę niemal w całej Palestynie, oczywiście z klucza imperium rzymskiego. Wdzięczni cesarze obdarzyli go zaufaniem, a teraz chciał go zyskać wśród poddanych. Zorientowawszy się w napięciu między młodym Kościołem a Żydami, traktując religię narzędziowo, rozpoczął prześladowanie wyznawców Chrystusa. Ścięcie mieczem św. Jakuba, które spotkało się z aprobatą Żydów, pociągnęło za sobą uwięzienie św. Piotra. Kiedy został cudownie uwolniony, przyszedł do modlącego się za niego Kościoła i wypowiedział znamienne słowa: Teraz wiem na pewno, że Pan posłał swego anioła i wyrwał mnie z ręki Heroda i z tego wszystkiego, czego oczekiwali Żydzi.Tej cudownej opieki Pana Jezusa doświadczał i dał temu wyraz św. Paweł, mówiąc: Pan stanął przy mnie i wzmocnił mię, żeby się przeze mnie dopełniło głoszenie Ewangelii i żeby wszystkie narody je posłyszały; wyrwany też zostałem z paszczy lwa. Początki Kościoła ukazują jasny zamysł Jezusa na całą jego działalność, na rozumienie „władzy kluczy” oraz „zawiązywania i rozwiązywania”. Nie będzie pomyłką stwierdzenie, że Jezus oczekuje od ustanowionej hierarchii, służby odpowiedzialnej, kreatywnej i decyzyjnej, a od wiernych pobożności przekładającej się na codzienne życie. Po zamachu na papieża Jana Pawła II i cudownym uratowaniu Jego życia Sługa Boży bp Jan Pietraszko wygłosił kazanie, w którym dziękując Bogu, nawiązał do uwolnienia św. Piotra. Krytyczny Biskup, patrząc na wiarę Kościoła czasów apostolskich, ocenił postawę nas Polaków wtedy (rok 1981) gorliwie się modlących o życie Papieża. Warto te słowa zacytować: „Wielu ludzi w Polsce jest takich, że dałoby się posiekać na kawałeczki za Papieża, że skaczą do oczu w jego obronie, ale kiedy ten sam Papież zaczyna mówić, że Pan Bóg nakazał w przykazaniu swoim to i tamto, i że tego trzeba przestrzegać, to wtedy przestaje być bliski i ważny, i skutek jest taki, że ten naród, który cały prawie w masie uważa się za osobistego przyjaciela Papieża, to jest równocześnie naród obrzydliwie zapijaczony, naród nieporządny, niegospodarny marnotrawca. W ogromnej mierze przecież zmarnowaliśmy nasze rodziny. Bo to, że państwo ustanowiło rozwody cywilne, to jest sprawa jedna, a to, że wierzący rzucili się jak hieny na to prawo i wykorzystują je przy każdej sposobności, to jest inna sprawa. Zniszczyliśmy jedność, spoistość, godność i świętość polskiej rodziny. Zdeprawowaliśmy w ogromnej mierze naszą młodzież – w rozpuście. Uczymy ją niewierności w małżeństwie i na przyszłe życie. Uczymy ją – nieraz w aplauzie wielu rodziców i wielu wychowawców, tych małych wychowawców i tych wielkich wychowawców, których się nazywa wychowawcami narodu – i tumanimy siebie, że mamy wspaniałą młodzież. Sami siebie tumanimy, że jesteśmy wspaniałym narodem i piszemy to o sobie w gazetach i bardzo lubimy, jak za granicą o tym tak piszą, a to jest nieprawda. Nie jesteśmy wspaniałym narodem, nie mamy wspaniałej młodzieży. Jesteśmy wspaniałym materiałem na wspaniały naród, ale tylko materiałem i tylko tworzywem. A wiadomo: od materiału i od tworzywa do doskonałego dzieła, którym się można zachwycać, jest daleka droga i wielki wysiłek i wielka ofiara” (29 czerwca 1981).Może ten krótki fragment kazania Sługi Bożego sprzed tylu lat, pobudzi przynajmniej niektórych z nas do refleksji. Wybór papieża Leon XIV, stan Kościoła w Polsce i w świecie, napięcia w polityce globalnej, kompromitujący brak porozumienia narodowego w naszym polskim domu, dramat w naszych rodzinach, to chyba dostateczne powody zarówno do analizy postępujących procesów, jak i do powrotu do nauki Jezusa Chrystusa głoszonej przez Jego Kościół. Dzisiaj jeszcze raz Chrystus z całą mocą do każdego z nas mówi – klucze są jedne, a mysią dziurą do nieba się nie dostaniemy. Ks. Lucjan Bielas
Najważniejszy egzamin w naszym życiu
(Za 12,10-11;13,1; Ga 3,26-29; Łk 9,18-24) Ten dialog Jezusa z Jego uczniami jest absolutnie ponadczasowy. To swoistego rodzaju egzamin, który każdy uczeń musi przejść, aby zostać przy Mistrzu do końca. Pytanie pierwsze: Za kogo uważają Mnie tłumy? Trzeba wiedzieć, w jakim środowisku żyję jako uczeń Chrystusa. Trzeba znać różne opinie ludzi na Jego temat i różne ich reakcje na Jego działalność. Nie jest to zwykła ciekawość, to uświadomienie sobie jakości pola, na którym trzeba siać Jego słowo i głosić prawdę o Nim. Pytanie drugie: A wy, za kogo Mnie uważacie?Jest ono skierowane do każdego, który mieni się być uczniem Jezusa. Jest to weryfikacja samodzielnego myślenia, odporności na trendy tłumu, a przede wszystkim otwartości na światło Ducha Świętego. Bez tego uczeń nie jest w możności udzielić prawidłowiej odpowiedzi. Odpowiedź, jaką dał Jezusowi św. Piotr: Za Mesjasza Bożego, jest jedyną prawidłową i kwalifikuje do dalszego etapu egzaminu. Mogę sobie tutaj postawić pytanie – czy jest to też odpowiedź mojego serca? Część trzecia egzaminu jest znacznie trudniejsza. Weryfikuje ona wiedzę ucznia o Mesjaszu i skłania do rezygnacji z własnych wyobrażeń o Nim. Jezus zapowiada w tej części egzaminu swoją przyszłość: Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Mesjasz jest Bogiem, który w swej wszechmocy stał się człowiekiem we wszystkim, co ludzkie. Będąc Bogiem, poddał się ludzkiemu – musi, nic ze swej Boskości nie tracąc. Dlatego Jezus i tylko Jezus mógł zapowiedzieć swoje – zmartwychwstanie. Ta prawda przekracza ludzkie myślenie i ludzką logikę. Ta pokora umysłu wprowadza nas w następny etap.Czwarta część najtrudniejsza – egzamin życiowy ucznia Jezusowego: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Ta część egzaminu rozciąga się na całe życie ucznia. Jezus każe uczniowi naśladować Siebie i co najważniejsze – nie zostawia go samego. Po pierwsze uczeń powinien – zaprzeć się samego siebie, czyli wiedząc, kim jest Jezus i będąc otwartym na Jego pomoc wraz z Nim poznać wolę Ojca Niebieskiego i pragnąć ją wypełnić. Wyzwala to w uczniu rezygnację z ludzkich aspiracji, kopiowania wzorców tego świata, hołdowania jego atrakcjom i budowania własnych wizji życia, osadzonych na porównywaniu się z innymi i ludzkiej konkurencji. Rozeznanie misji swojego życia jest to rozeznanie swojego krzyża. Jezus za swoją misję, za swój krzyż, jest gotów oddać swoje życie. Jego uczeń powinien mieć taką samą dyspozycję. Ignoruje śmierć, bo wie, że za nią jest zmartwychwstanie z Chrystusem. Znakomicie oddał tę prawdę św. Paweł, który swój egzamin zdał celująco: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie (Ga 2,20).Zdaję sobie sprawę, że mówię teraz o wąskiej elicie wyznawców Chrystusa. Choć opisany egzamin wygląda na mocno skomplikowany, to tak naprawdę sprowadza się on po prostu do poznania Chrystusa i pokochania Go ponad wszystko i ponad wszystkich. Wtedy to stajemy się wraz z Nim prawdziwym pokarmem dla pozornie sytego, lecz nieubłaganie przemijającego świata. Ks. Lucjan Bielas
Czy ta pobożność jest jeszcze na dzisiejsze czasy?
(Rdz 14,18-20; 1 Kor 11,23-26; Łk 9,11 b-17) Jest nas coraz mniej w Kościele, również coraz mniej na liturgii, na nabożeństwach majowych, czerwcowych. Coraz mniej wiernych przystępuje do spowiedzi i do Komunii św. z okazji pierwszych piątków miesiąca. Coraz mniej osób bierze udział w procesjach Uroczystości Bożego Ciała. Oczywiście dotyczy to naszej Ojczyzny czy Europy. Na to zjawisko wpływa wiele czynników i to zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Można je poddawać głębokiej analizie, która zapewne do pewnego stopnia jest potrzebna. U wielu duszpasterzy rodzi się pokusa, aby z tych form pobożności rezygnować. Otwierają się przecież inne przestrzenie duszpasterskiej działalności. Szczególne miejsce mają tu media i różne formy komunikatorów społecznościowych, które rzeczywiście mogą i są znakomitym narzędziem ewangelizacji. Pytanie – czy zasadniczym? To pytanie szczególnie mocno wybrzmiało podczas światowej pandemii, kiedy to wielu duszpasterzy i wiernych, ku radości szatana, straciło zdrowy rozsądek. Pamiętam fragment wywiadu z polskim reżyserem filmowym Andrzejem Wajdą. Wyraził się nader sceptycznie o przełożeniu akcentów w duszpasterstwie Kościoła Katolickiego na media społecznościowe. Powiedział zdanie, które zrobiło na mnie wrażenie. Zwrócił uwagę, że siła przekazu Ewangelii leży w przekazaniu jej w osobistym spotkaniu – człowiek człowiekowi, świeczka świeczce. W sam raz Wajda wiedział, co mówi! Jestem przekonany, że te tradycyjne formy pobożności, oparte na spotkaniu ludzi wierzących, choćby się z natury rzeczy zmniejszyły, trzeba zachować. Przeszły one niejedną próbę czasu. Zachowane zawsze mogą się odrodzić.Dzisiaj w Uroczystość Bożego Ciała stawiam sobie pytanie o sens procesji Eucharystycznej ulicami naszych miast i wiosek. Nie zamierzam rozważać coraz liczniejszych form dezaprobaty, z jaką się spotykamy. Stawiam sobie pytanie o moje wewnętrzne przekonanie, o moją wiarę. Pomocą jest mi dzisiejsza Ewangelia. Nawiązuje do pewnej misji, jaką Jezus dał Dwunastu. Zaopatrzeni we władzę nad złymi duchami i władzę leczenia chorób zostali wysłani przez Niego, aby głosić królestwo Boże. Skutkiem tej akcji było zgromadzenie się wokół Jezusa tysięcy ludzi, którzy Go odnaleźli na pustkowiu. Potrzebne im było spotkanie z Nim, Jego słowo, moc Jego uzdrowienia. To było tak ważne i fascynujące, że zapomnieli o jedzeniu. Uczniowie widząc problem, zaproponowali odprawienie tłumów. I tak proponują i dzisiaj. Niech się rozejdą, niech sobie każdy sam radzi, my już zrobiliśmy swoje. W tym kontekście słowa skierowane do uczniów wybrzmiały ze szczególną mocą i brzmią do dzisiaj i brzmieć będą na zawsze: Wy dajcie im jeść. Oni popatrzyli na swoje mizerne zasoby, które przy tej ilości zgromadzonych osób, nie miały żadnego znaczenia. W Jego ręku nabrały jednak zupełnie innego wymiaru. Polecenie Jezusa biorę do siebie i tak jak już kiedyś napisałem, mogę to tylko jeszcze raz powtórzyć, oby z jeszcze większą wiarą: Ten, który aktem swej woli stworzył wszechświat, Ten, który aktem swej woli stworzył człowieka, Ten, który aktem swej woli stworzył mnie, Ten, który będąc Bogiem, uniżył się i aktem swej woli, za zgodą człowieka, sam stał się człowiekiem, Ten, który będąc Bogiem żył i umarł jak człowiek, Ten, który sam zmartwychwstał, Ten, który śmiertelną ludzką naturę wniósł do Nieba, nadając jej nową, wieczną perspektywę, Ten właśnie, wskazując na kawałek chleba, który ja trzymam w dłoniach, będąc Jego kapłanem, mówi moimi ustami: TO JEST CIAŁO MOJE i który podobnie wskazując na wino w kielichu, mówi: TO JEST KIELICH KRWI MOJEJ NOWEGO I WIECZNEGO PRZYMIERZA, KTÓRA ZA WAS I ZA WIELU BĘDZIE WYLANA NA ODPUSZCZENIE GRZECHÓW.Jeśli więc Bóg, który jest czystą miłością i dla którego nie ma nic niemożliwego, tak mówi, choć zmysły mówią mi inaczej, to ja Bogu wierzę ze wszystkimi tego konsekwencjami!I z tym przekonaniem i wiarą chcę uczestniczyć w Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Ks. Lucjan Bielas
Jaki jest adres Boga?
(Prz 8,22-31) (Rz 5,1-5) (J 16,12-15) Dzisiaj, kiedy prawa ludzkie zdominowały prawa Boskie, kiedy światem wstrząsają informacje o nowych wojnach, kiedy zabijanie nienarodzonych staje się prawem, kiedy rośnie skala społecznego niepokoju, kiedy milczą ci, którzy powinni mówić a mówią ci, którzy powinni milczeć, to właśnie dzisiaj Bóg Stwórca przez natchnionego autora Księgi Przysłów, zaprasza nas, abyśmy jeszcze raz popatrzyli na otaczający nas świat. Bóg zachęca nas do zachwytu nad pięknem stworzonego przez Niego świata. Nawet jedynie odrobinę myślącą istotę ludzką, zaprasza do zatrzymania się i do najbardziej fundamentalnej refleksji. Człowieku, popatrz, podziwiaj i pomyśl. Spróbuj dostrzec mądrość wpisaną w to, co widzisz. Punktów obserwacyjnych możesz mieć wiele. Inaczej będziesz postrzegał świat jako turysta, inaczej jako naukowiec, a jeszcze inaczej jako rolnik. Jest jednak jeden wspólny mianownik tej ludzkiej refleksji – podziw i szacunek dla mądrości Tego, który ten świat stworzył. To Jego prawa stoją na straży owego piękna. W natchnionym tekście Księgi Przysłów Bóg ujawnia człowiekowi coś, co jest Jego wewnętrzną tajemnicą coś, co nie jest dostępne dla ludzkiego poznania. Bóg mówi o radości, jaka jest w Nim o rozkoszy Mądrości stwarzania. Jest to bardzo ważna informacja, która wskazuje na fundamentalną prawdę o stworzeniu. Jest ono aktem miłości i Bóg informuje o tym człowieka, który jest adresatem tego aktu, i który może, jako jedyne stworzenie na ten akt odpowiedzieć nie tylko ludzkim podziwem, ale i miłością. Pamiętamy taką scenę z Ewangelii, jak to dwóch uczniów św. Jana Chrzciciela spotkawszy Jezusa, zapytało: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?Chodźcie, a zobaczcie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka. I tego dnia pozostali u Niego (J 1, 38-39). Tak, jak oni wtedy, tak i my dzisiaj, jesteśmy zaproszeni na spotkanie z Bogiem, który stał się człowiekiem i zamieszkał pośród nas. To dzięki temu wcieleniu Boga na kartach Ewangelii poznajemy prawdę, o Trójcy Przenajświętszej. Poznajemy prawdę o Bogu Ojcu, który tłumaczy moje ludzkie – jestem; prawdę o Synu Bożym, który nadaje sens mojemu, nie zawsze udanemu życiu i o Duchu Świętym, który czyni mnie pojemnym na to, co mi się w głowie nie mieści. Jest to prawda o Bogu, który ma jedną naturę i trzy osoby. Niepojęta jedność w troistości, w której każdy każdemu daje całego siebie i każdego w całości przyjmuje. To właśnie w tym wirze miłości jest pomysł na wszechświat, pomysł na człowieka i pomysł na mnie. To w tym wirze miłości jest pomysł na to, jak pogubionego w wolności człowieka na nowo stworzyć. Tę całą prawdą przyniósł w sobie Jezus Chrystus, w którym cała pełnia Bóstwa znalazła swoje miejsce. To przez Jego ludzkie życie, przez śmierć i zmartwychwstanie, przez wniebowstąpienie i zesłanie Ducha Świętego, Bóg objawia człowiekowi swoją Boską naturę.Z niezwykłą mocą docierają do mnie słowa Jezusa: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze. Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy (J 14,15-16.23b). Te słowa są dla mnie rewolucją. Miłość Jezusa, przejawiająca się nie w pobożnych deklaracjach, lecz w zachowaniu Jego przykazań jest otwarciem mojej osoby ludzkiej na zamieszkanie w niej Boga Trójjedynego. Kiedy jeszcze z wiarą przyjmuję Eucharystię, czyli Jezusa w Jego Bóstwie i w Jego Człowieczeństwie, to moje życie nabiera sensu i pokoju, który przekracza to, co doczesne. Bóg, który mieszka we mnie tu i teraz daje mi gwarancję na zamieszkanie w Nim na wieczność. Paradoksalnie, ta niepojętość Trójcy Przenajświętszej jest dla mnie jedyną racjonalną zasadą życia i budowania międzyludzkich relacji. Jest jedyną racjonalną logiką w pozbawionym logiki świecie, w którym człowiek chce przejąć rolę stwórcy i ustawodawcy swoich praw – praw człowieka. Warto, przy każdym znaku Krzyża Świętego, który czynimy na sobie, wypowiadając słowa: W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, postawić sobie pytanie: czy jest to znak świadczący o obecności Boga we mnie? Jeśli nie ma w nas pustki, a mieszka w nas Bóg, ta krótka modlitwa uaktywnia w nas nie inteligencję sztuczną, lecz prawdziwą, o której wspomina św. Paweł: A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Ks. Lucjan Bielas
Jak wejść we współpracę z Duchem Świętym?
(Dz 2,1-11; Rz 8, 8-17; J 14, 15-16. 23b-26) Całe moje życie jako w miarę świadomego katolika, szukam odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony mam świadomość jakiegoś ludzkiego potencjału, który w zderzeniu z życiowymi wyzwaniami, jest dalece niewystarczający. Z drugiej strony mam świadomość Boskiego potencjału, który jest do mojej dyspozycji, lecz ciągle mam wrażenie, że nie umiem go dobrze wykorzystywać.Dzisiaj, kolejna Uroczystość Zesłania Ducha Świętego w moim życiu. W 1966 roku przeżyłem w trakcie liturgii Sakramentu Bierzmowania spotkanie z Duchem Świętym. Niezatarte znamię tego sakramentu pozostało w mojej duszy na zawsze. W Uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 1977 roku odprawiłem Mszę św. Prymicyjną. Tak rozpoczęła się praca dla Chrystusa w Jego Kościele, pełnienie misji mojego życia. Praca pełna zarówno dobrych chęci, ale i błędów, zaniedbań, ludzkiej niedoskonałości i wyrzutów sumienia. Faktem jest, że stało się wiele dobra, które nie ode mnie pochodziło, ale przeze mnie przeszło dla innych. Mam tu jedną odpowiedź – to Duch Święty, to Jego moc.Jestem głęboko przekonany, że każdy z nas członków Kościoła Chrystusowego w chwili refleksji nad własnym życiem dojdzie do takiego samego wniosku. Różne koleje naszego życia, różne misje, różne wysiłki, ale też i różne grzechy i słabości, ale ten sam Duch Święty, który wiele dobra przez nas uczynił. To trzeba zobaczyć, nazwać i Bogu za to podziękować.Zaproszeni przez dzisiejszą liturgię do Wieczernika, jesteśmy świadkami tego, można powiedzieć – spektakularnego wylania Ducha Świętego na Apostołów. Spisane przez św. Łukasza Dzieje Apostolskie są księgą ukazującą działanie Ducha Świętego zarówno we wspólnocie młodego Kościoła, jak i w każdym indywidualnym jej członku. Łukasz tak jakby chciał wykrzyczeć chrześcijanom po wsze czasy – patrz na całość, zobacz działanie Ducha Świętego w świecie, we wspólnocie, a przede wszystkim w sobie. Wyzbądź się lęków i niepotrzebnych zahamowań. Wyjdź z atmosfery nieustannego krytykanctwa, czarnych myśli, niekończących się pretensji, oceniania innych, szukania winnych. Tracisz czas, siły i energię – nigdy tego nie odzyskasz!Zesłanie Ducha Świętego jest wydarzeniem wyjątkowym, lecz paradoksalnie wpisanym w naszą codzienność. Ono jest tu i teraz dla mnie!Jezus, który nas odkupił z niewoli grzechu, wstąpił do Domu Ojca Niebieskiego. Dzisiaj jeszcze raz przypomina nam sens swego Wniebowstąpienia i nowe warunki współpracy, jakie przez Niego, Trójjedyny Bóg z nami ustala i to do końca świata. 1. Miłość Jezusa, która nie jest jeno pobożnym uniesieniem, chwilową deklaracją, przekłada się na zachowywanie przykazań Bożych. Nie przypadkowo zesłanie Ducha Świętego miało miejsce w dniu święta Pięćdziesiątnicy, w którym pobożni Żydzi dziękowali Stwórcy za Dekalog. 2. Jezus składa jasną deklarację: Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze. Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Jezus jeszcze raz akcentuje, że wszystkie trzy osoby Boskie działają razem – Bóg jest jeden. Człowiek tak został stworzony, że może stać się mieszkaniem, dla Wszechmogącego Boga. 3. Przestroga, jaką daje nam Jezus: Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. a nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał. Nie ma innej drogi na ludzkie szczęście jak tylko Jezus. 4. To od Niego mamy zapewnienie, że Paraklet, czyli Obrońca i Pocieszyciel – Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem.Kluczowe jest w tym stwierdzenie, że Duch Święty wszystkiego nas nauczy i wszystko nam przypomni i to z gwarancją zgodności z nauką Jezusa. Nie ograniczy więc ten dar ludzkiej wolności, ale ułatwi mądre jej zarządzanie. Może więc warto tę dzisiejszą Uroczystość wykorzystać na chwilę refleksji. Przepatrzmy nasze sumienie i jego decyzje. Żyję Bożymi przykazaniami czy swoimi?Popatrzmy na naszą relację z Chrystusem i percepcję Jego Ewangelii w naszym życiu. A może napisałem już swoją wersje Ewangelii o to w swoim duchu?Wylanie Ducha Świętego jest w Kościele, ale czy ja w nim tak naprawdę jestem? Warto nad tym się nam zastanowić, albowiem tylko Duch Święty – światło Bożej miłości, moc Bożej miłości, mądrość Bożej miłości może wypełnić moją codzienność i nadać jej właściwy wymiar. Niech więc Bóg Trójjedyny zamieszka teraz we mnia, abym ja na wieczność zamieszkał w Nim. Ks. Lucjan Bielas
Co by było, gdyby Chrystus nie wstąpił do nieba?
(Dz 1,1-11; Hbr 9, 24-28; 10, 19-23; Łk 24,46-53) Gdyby zmartwychwstały Chrystus nie wstąpił do nieba, pokolenia mieszkańców ziemi przemijałyby, a On pewnie ukazywałby się tu i ówdzie w gronie wybranych osób. Krążyłyby o Nim opowieści, cytowano by aktualne Jego pouczenia o Królestwie Bożym. Dla naukowców byłby ciągle nierozwiązaną zagadką. Stworzony zaś przezeń Kościół żyłby wprawdzie Jego obecnością, ale mimo wszystko, byłby bardziej ziemski niż Niebieski. Więcej byłoby oczekiwania na Jego objawienia niż wysiłku w realizowaniu Jego woli. Można sobie też łatwo wyobrazić wielką samotność samego zmartwychwstałego Jezusa, który w swoje działalności byłby ciągle niejako zawieszony między niebem a ziemią. To tak trochę, jakby nieustannie wskazywał ludziom drogę do domu Ojca Niebieskiego, a sam jeszcze tam nie dotarł. Pożyteczne jest dla was, moje odejście (J 16,7)W tych słowach Jezus podczas swej mowy pożegnalnej, dał wyraz świadomości Boskiego zamysłu odkupienia człowieka, przekraczającego ludzkie odczucia. Dzisiaj już wiemy, że konieczna była dla nas Jego męka i śmierć, konieczne było dla nas Jego zmartwychwstanie i wniebowstąpienie, konieczne było dla nas zesłanie Ducha Świętego. Te wydarzenia tworzą logiczną całość, określoną Jego odejściem. Dzisiaj jesteśmy wraz z Apostołami świadkami ich pożegnania się z Jezusem. Obiecał im i nam chrzest Duchem Świętym, czyli chrzest, w którym zanurza nas śmiertelnych w życiu samego Boga. To o wiele więcej niż chrzest z wody św. Jana Chrzciciela. Jezus, wstępując do nieba, wnosi w Trójcę Przenajświętszą naszą ludzką naturę. Unaocznia nam prawdę, że od Boga wyszliśmy i do Boga wracamy. Dlaczego wniebowstąpienie? Jezus mógł pożegnać się z Apostołami na wiele różnych sposobów. Dlaczego wybrał uniesienie się w górę i niejako wymuszenie na nich i na nas wpatrywania się w niebo? Przez wieki ludzie wpatrywali się w niebo, wypatrywali gwiazd i szukali w ich układzie znaków swego przeznaczenia. Panował i u wielu nadal panuje pogląd, że jesteśmy poddani swoistego rodzaju fatum. Na tym złudnym przekonaniu osadzone są wróżby i horoskopy, a wyrazem takiego myślenia są pewne sformułowania językowe np. jak komu przeznaczone; co ma być, to będzie; widocznie tak miało się stać; jak w górze zapisane itp. Takie przekonanie charakteryzuje przede wszystkim tych, którzy są pozbawieni inicjatywy, lub też boją się odpowiedzialności. Panuje również i przeciwne przekonanie, które człowiekowi przypisuje niemal Boską wszechmoc. Są też i tacy, którzy utylitarnie traktują relację z Bogiem. I tak to pewna wdowa mieszkająca przy jednym z sanktuariów Maryjnych stwierdziła: „jestem zdrowa, mam dwie emerytury, więc po co się modlić?”.Wpatrywanie się w niebo za wstępującym doń Jezusem jest uznaniem, że tam, w Bogu Trójjedynym jest cel naszego życia, tylko dzięki Jezusowi osiągalny. Tam jest moje miejsce, moje mieszkanie.Zakorzeniony przez Jezusa w Bogu, wpatrując się w niebo, otrzymuję dary Ducha Świętego, odczytuję wolę Boga i mam moc kreatywnej i odpowiedzialnej współpracy. Wierząc tym, którzy uczestniczyli w spotkaniach ze zmartwychwstałym Chrystusem i byli naocznymi świadkami Jego wniebowstąpienia, oczekujemy Jego powtórnego przyjścia. Naprawi On wszelkie zło, które my, jako ludzie uczyniliśmy i dokona sprawiedliwego sądu. Jego powtórnego przyjścia będziemy wszyscy uczestnikami, niezależnie od naszych przekonań i chęci. W każdej Mszy św. jest uobecnione również wniebowstąpienie Pana Jezusa i przez wiarę jesteśmy tego wydarzenia świadkami. Może warto o tym pamiętać i aktywnie korzystać z tego wspaniałego wydarzenia. Ks. Lucjan Bielas
Mieszkanie dla Boga
(Dz 15, 1-2. 22-29; Ap 21, 10-14. 22-23; J 14, 23-29) W moim kapłańskim życiu przeżyłem wiele przeprowadzek. Zawsze było to dla mnie atrakcją, ogarnięcie nowej przestrzeni, wydzielenie miejsca na łóżko, na biurko, postawienie stołu… Meble były często gdzieś uratowane, czyli z tak zwanego odzysku, a więc i z jakąś swoją historią. Towarzyszy mi w owym „urządzaniu się” świadomość, że to ja kształtuję przestrzeń mieszkalną daną mi na pewien czas, ale też i ta przestrzeń ma wpływ na mnie i na moje relacje. W owym „urządzaniu się” dwie przestrzenie są dla mnie szczególnie ważne; pierwsza to miejsce rozmów z Bogiem, czyli mojej modlitwy; druga zaś, to miejsce spotkania z Nim w drugim człowieku, w końcu to jest istota odwiedzin u księdza.Tymczasem dzisiaj, do mnie do księdza, który by najchętniej zamknął się w swojej izdebce i uciekł od tych patologicznych kłótni i bezsensownego zgiełku, Jezus mówi: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Mówiąc krótko, Jezus składa mi dzisiaj poważną ofertę mieszkaniową. Chce wraz z Ojcem Niebieskim i Duchem Świętym przyjść do mnie i zamieszkać. Do mnie to nie znaczy u mnie, czyli w moim mieszkaniu. Do mnie to znaczy do mojego serca, do mojego umysłu do mojego życia, niezależnie od szeroko pojętych moich przeprowadzek. Stawiam sobie pytanie: Czy to jest możliwe?To w Jezusie po raz pierwszy w dziejach świata Trójca Przenajświętsza, nieskończony Bóg, „zmieścił się w człowieku”. Dlatego to właśnie Jezus ma prawo powiedzieć, że to i w moim wypadku jest możliwe. Wprawdzie nigdy nie będzie to tak doskonale, jak w Jego przypadku, ale kierunek jest właściwy. Obecność Boga Trójjedynego w moim sercu da mi poczucie bezpieczeństwa i napełni mnie prawdziwym pokojem, którego nikt, poza Bogiem, nie może mi zaoferować. Nie ma innego „lokatora” w moim sercu, który by, tak je, poszerzał, umacniał, przekształcał, bez jakichkolwiek niemądrych ograniczeń. W tym jest zawarte najważniejsze przesłanie dla mnie śmiertelnika – moje serce, które ma ograniczoną, czyli policzalną liczbę uderzeń podczas mojego ziemskiego życia, tak naprawdę nigdy nie przestanie działać.Co więc powinienem uczynić, aby tę Boską ofertę właściwie przyjąć? I tu Jezus stawia dwa konieczne do spełnienia warunki:– Pierwsze to umiłowanie Jezusa. – Drugie to przyjęcie Jego nauki. Oba te warunki tworzą jedną całość. Nie idzie tu o deklaracje i zapewnienia, kierowane do Boga w najwznioślejszych uniesieniach. Bóg chce wejść we mnie, abym ja wraz z Nim wyszedł do świata i powiedział całym sobą, bez kompromisu i układanek, to co On chce powiedzieć. Muszę więc mieć odwagę zrezygnowania z siebie dla Niego, po to, aby uratować siebie i innych. Konkretnie polega to na odejściu od takiego traktowania Boga, jak to znakomicie określa pewne niemieckie przysłowie: „Większość z nas pragnie z wielką ochotą służyć Panu Bogu, ale tylko jako Jego doradcy w naszych sprawach”. Tylko miłość do Jezusa i przyjęcie Jego nauki da mi właściwe spojrzenie na siebie i na otaczający świat.Tak tworzy On swoją społeczność na tym świecie, swój Kościół. Czytany dzisiaj fragment z Dziejów Apostolskich, w którym św. Łukasz, bez retuszu, opowiada o sporze, który mógł definitywnie zakończyć działanie Kościoła. Tymczasem, ci, którym Jezus tę wspólnotę powierzył i w których sercach zamieszkał Trójjedyny Bóg, problem przekształcili na szansę i otwarli nowe przestrzenie głoszenia Ewangelii pośród pogan.To tak oto właśnie już na tym świecie buduje się apokaliptyczne Jeruzalem, o którym mówi nam Duch Święty przez św. Jana Ewangelistę: I Miastu nie trzeba słońca ni księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boga je oświetliła, a jego lampą Baranek. Szczęście niebieskie to zupełnie inna kosmologia. Znamienne jest to, że wzbudzeni ze śmierci klinicznej często mówią o takim świetle i takim szczęściu, z którego trudno wrócić na ziemię. A jeśli tak to zawsze z pewną misją dla innych.Dziękuję ci Boże, że chcesz zamieszkać w moim sercu, obym tylko umiał Tobie przekazać do niego klucze. Ks. Lucjan Bielas
Po wyjściu Judasza
(Dz 14, 21b-27; Ap 21, 1-5a; J 13, 31-33a. 34-35) Jezus został w wieczerniku wraz ze swymi wiernymi uczniami. Judasz, w którego serce wszedł szatan, postanowił zainwestować w siebie. Na słowa Jezusa był już głuchy. To, co teraz powiedział Jezus do swoich uczniów, musiało być dla nich szokiem. Zapowiedział, że będzie jeszcze krótko z nimi, że tam dokąd On idzie, oni pójść nie mogą i że będą Go szukać. Powiedział to po trzech latach codziennego przebywania z Nimi, a pójście za Nim było warunkiem przynależności do Niego.Jezus wie, jaki obraz swojego życia im zostawił i wie, co dalej nastąpi. Dzieje się to wszystko podczas Ostatniej Wieczerzy, czyli pierwszej Eucharystii, kiedy to nastąpiło uobecnienie całego dzieła zbawczego Jezusa i pierwsze przeistoczenie chleba i wina w Jego Ciało i Jego Krew. Stąd jakże znamienne są słowa Jezusa: Syn Człowieczy został teraz uwielbiony, a w Nim został Bóg uwielbiony. Jeżeli Bóg został w Nim uwielbiony, to Bóg uwielbi Go także w sobie samym, i zaraz Go uwielbi. W tym teraz uczestniczyli przez wiarę w tym, co będzie, w Jego męce, w Jego śmierci, w Jego zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu.Jezus świadomy tego , że zostawił uczniom nie tylko obraz swojego ziemskiego życia, ale zostawia im całego siebie szczególnie w darze Eucharystii, wypowiada słowa, które wygenerują prawdziwą rewolucję na tym świecie: Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. To przykazanie jest wielką pomocą dla człowieka, dla każdego z nas. Sługa Boży bp Jan Pietraszko zauważył: „Człowiek zawdzięcza Panu Bogu to, k i m j e s t, ale sobie samemu i innym ludziom zawdzięcza to, j a k i m j e s t”. Zmartwychwstały Jezus, obecny Jezus, kochający nas Jezus, przy całym zachowaniu naszej wolności idzie jeszcze dalej. Sam stał się wzorem miłości, którym możemy się posługiwać, kształtując nasze relacje. Miłość bowiem jest zawsze budowaniem relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem. Wielu opuszcza wieczernik i rezygnuje z oferty Chrystusa. Uczą się miłości według własnych wyobrażeń, bądź od innych ludzi, a nawet od szatana, który też działa pod jej hasłami. Ta szkoła miłości, choć nosi znamiona piękna, okazuje się drogą do ludzkiego dramatu bezsensu życia, o czym boleśnie przekonał się Judasz. Mój Tato, patrząc na te nasze ludzkie wybory o ponadczasowym wymiarze, zwykł mawiać za Adamem Asnykiem, poetą czasów walki Polaków o niepodległość Ojczyzny: „W nienawiści i kłótni Wydzierają coś sobie,Aż zmęczeni i smutni, Idą przespać się w grobie”. (Siedział ptaszek na drzewie) Może więc warto o tym pamiętać i często popatrzyć na własne życie i nasze relacje z Bogiem i drugim człowiekiem, szczególnie podczas Uczty Eucharystycznej, podczas tego wyjątkowego spotkania z Jezusem. Wychodząc z tego spotkania z Nim, pamiętajmy o Jego słowach: Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.Uczeń Chrystusa innej wizytówki nie ma! Ks. Lucjan Bielas
Dodatek:
Siedział ptaszek na drzewie Siedzi ptaszek na drzewie I ludziom się dziwuje, Że najmędrszy z nich nie wie Gdzie się szczęście znajduje. Bo szukają do koła Tam, gdzie nigdy nie bywa, Pot się leje im z czoła, Cierń im stopy rozrywa. Trwonią życia dzień jasny Na zabiegi i żale, Tylko w piersi swej własnej Nie szukają go wcale. W nienawiści i kłótni Wydzierają coś sobie, Aż zmęczeni i smutni, Idą przespać się w grobie. A więc siedząc na drzewie Ptaszek dziwi się bardzo, Chciałby przestrzec ich w śpiewie… Lecz przestrogą pogardzą. Adam Asnyk (1838 – 1897) Klucz do wiary (Dz 10,34a-37-43; Kol 3,1-4; J 20,1-9) Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, kiedy to Jerozolima była spowita snem utrudzonych świętowaniem mieszkańców i tysięcy przybyłych pielgrzymów, Maria Magdalena, wbrew wszelkiej ludzkiej logice, udała się do grobu Chrystusa. Miała swoją logikę, którą może pojąć jedynie ten, którego umysł był zniewolony przez złe duchy i został z tych więzów uwolniony. Jezus swą Boską mocą przywrócił jej wolność, a ona w naturalny sposób przylgnęła sercem do swego Wybawcy. Stała pod Jego Krzyżem, była obecna przy składaniu Jego ciała w grobie. Utrata Jezusa była dla niej szczególnie dotkliwa, albowiem On dawał jej fundamentalne poczucie bezpieczeństwa. Ciemność owego poranka odpowiadała ciemności jej duszy. Teraz jej logika, logika serca, każe jej przyjść do grobu. Zastała otwarty grób, odsunięty kamień, brak straży. Zrobiła to, co można było zrobić najmądrzejszego: Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Uczniowie w swej męskiej logice traktowali grób Mistrza za sprawę zamkniętą. Informacja przyniesiona przez Marię Magdalenę, przy całym rutynowym niedowierzaniu kobiecie, była dla nich szokiem. Teraz oni pobiegli do grobu. Opis tego, co zastali dodatkowo sporządzony przez naocznego świadka jest dla nas bezcenny. Tym większe ma znaczenie, że Jan nie tylko przedstawia nam to, co zobaczył, ale również to, co się w nim samym zmieniło. Jest on wyjątkowym uczniem, albowiem przylgnął do Jezusa bardziej sercem niż intelektem. Jezus to akceptował, co jest też ważną wskazówką dla każdego z nas. Jeżeli kogoś kochasz, to łatwiej jest ci uwierzyć w to, co on przekazuje, nawet jeśli nie do końca rozumiesz. Jan był uczniem św. Jana Chrzciciela, wraz z Andrzejem odwiedzili Jezusa, aby zobaczyć, gdzie On mieszka. Powołany wraz z Szymonem Piotrem, Andrzejem i Jakubem na brzegu jeziora Genezaret był wiernym towarzyszem Chrystusa. Obecny z Piotrem i Jakubem na górze Tabor był świadkiem Przemienienia Chrystusa i uczestniczył w dyskusji z Piotrem i Jakubem na temat znaczenia słów: powstać z martwych, wypowiedzianych przez samego Jezusa. To było dla nich ciągle niewyobrażalne pojęcie. Niewątpliwie mocnym doświadczeniem było zobaczenie, jak z otwartego grobu, z którego wydostawał się nieprzyjemny zapach rozkładających się zwłok, na polecenie Jezusa, wyszedł żywy Łazarz. Wyszedł pomimo faktu, że cały był powiązany, a twarz jego była osłonięta chustą. Teraz Jan przybiegł wraz z Piotrem do grobu Jezusa. Straży, już nie było, pieczęcie złamane, kamień był odsunięty. Jan wszedł za Piotrem do wnętrza grobu – Ujrzał i uwierzył. Ciała Jezusa już nie było. Natomiast: ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Jakie więc nasuwają się wnioski:Gdyby ciało wykradziono, zabrano by i płótna.Jezusa nikt nie rozwiązywał, po prostu ciało zniknęło. To sugeruje już inną kategorię bytu. Chusta oddzielnie zwinięta na jednym miejscu – świadoma i celowa czynność Boga, który jest Panem porządku. Ujrzał i uwierzył – dotykamy w św. Janie pewnej fundamentalnej prawdy. Jest to dotknięcie relacji między miłością, poznaniem i wiarą. Znakomicie ujął to H. Urs von Balthasar: „Jeśli matka przez wiele tygodni uśmiechała się do dziecka, pewnego dnia jako odpowiedź otrzymuje jego uśmiech. Ona w sercu dziecka obudziła miłość, a kiedy obudziła dziecko do miłości, obudziła je do poznania”. I taka jest relacja między Jezusem a Janem, Jezusem a Marią Magdaleną i innymi, którym objawił się jako Zmartwychwstały i którym pozwala się takim poznać. Jest to bardzo osobiste spotkanie z Nim. Tu leży też odpowiedź na pytanie: dlaczego Zmartwychwstały Jezus nie udał się do arcykapłanów, do Heroda, do Piłata i nie robi spotkań na stadionach?Miłość jest więc kluczem do poznania Jezusa i do uwierzenia w Jego Zmartwychwstanie. Tego klucza nie można zgubić! Tracąc miłość, tracimy z biegiem czasu i wiarę. Nad tym aktem miłości nieustannie więc pracujmy. Jezus Zmartwychwstały jest bliski każdemu, który Go pragnie kochać. Pozwala nam tajemnicę Zmartwychwstania nieustanie zgłębiać. Bez niej nic nie ma w naszym życiu właściwego sensu. Jezu dziękuję Ci za to, że mnie kochasz pomimo mojej słabości, że pozwalasz mi na wzajemność, że pozwalasz mi na nieustanne poznawanie Ciebie i na udział w Twoim Zmartwychwstaniu. To zupełnie inne życie! Ks. Lucjan Bielas
Z Nim albo przeciw Niemu?
Niedziela Palmowa otwiera Wielki Tydzień, a jej charakterystyczna liturgia słowa, stawia nam, jej uczestnikom, twarde pytanie – po jakiej jesteś stronie?Uroczysta liturgia tej niedzieli rozpoczyna się od poświęcenia palm i procesji z nimi, co jest przypomnieniem uroczystego wjazdu Pana Jezusa do świętego miasta – Jeruzalem. Jezus szedł naprzód, zdążając do Jerozolimy. Gdy przybliżył się do Betfage i Betanii, ku górze zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: « Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie uwiązane oślę, którego nie dosiadał żaden człowiek. Odwiążcie je i przyprowadźcie. A gdyby was kto pytał: „Dlaczego odwiązujecie?”, tak powiecie: „Pan go potrzebuje” ». Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: «Czemu odwiązujecie oślę?» Odpowiedzieli: «Pan go potrzebuje».I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zboczy Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów zaczęło wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I mówili głosem donośnym:«Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach».28-40). Święty Łukasz tak redaguje swoją Ewangelię, aby ukazać działalność Jezusa Chrystusa, jako Jego drogę do świętego miasta Jeruzalem. To właśnie tutaj dokonał dzieła odkupienia świata i wyzwolenia człowieka z niewoli grzechu, a tym samym dał podwaliny pod nowe królestwo, królestwo miłości i pokoju. Jezus wpisał je w dzieje świata i dzisiaj po tylu wiekach nieustannie doświadczamy potęgi Jego królestwa. Nie mogą tego zaprzeczyć nawet ci, którzy Go serdecznie nienawidzą. Dlatego też Jezus, przed stoczeniem zwycięskiego boju z księciem ciemności, tak przygotował swój wjazd do Jerozolimy, aby nadać mu charakter królewski i ponadczasowy. Nigdy w dziełach takiego wjazdu nie było i już nie będzie. I nie idzie tu o wystawność i splendor, lecz o godność tego, który wjechał – Chrystusa, prawdziwego Człowieka i prawdziwego Boga.Słowa Psalmu, którym Jerozolima przywitała wjeżdżającego na oślęciu Jezusa: Błogosławiony, który przybywa w imię Pańskie, są w każdej Mszy świętej odmawiane w aklamacji: „Święty, Święty, Święty”, poprzedzającej modlitwę eucharystyczną. Teologię tego uroczystego wjazdu Chrystusa w odniesieniu do Eucharystii znakomicie ujął papież Benedykt XVI: „Jak Pan wjechał wtedy do Świętego Miasta na ośle, tak też Kościół widział Go przychodzącego ciągle na nowo, w uniżeniu, pod postacią chleba i wina. W świętej Eucharystii Kościół pozdrawia Pana jako tego, który teraz przychodzi, który wszedł do jego wnętrza. Równocześnie pozdrawia Go jako tego, który zawsze pozostaje Przychodzącym i przygotowuje nas na swoje przyjście. Jako pielgrzymi idziemy do Niego. On zaś jako Pielgrzym wychodzi nam naprzeciw i włącza nas w swe wchodzenie w kierunku Krzyża i Zmartwychwstania, do wiecznej Jerozolimy” (Jezus z Nazaretu).Liturgia słowa Niedzieli Palmowej zawiera, podobnie jak w Wielki Piątek, opis męki i śmierci Jezusa Chrystusa, a więc opis tych wydarzeń, które uobecniane są w konsekracji chleba i wina, a w których my przez wiarę uczestniczymy. Fenomenem liturgii Niedzieli Palmowej jest to, że jak żadna inna daje nam możliwość doświadczenia całego spektrum różnych ludzkich postaw wokół Jezusa. Jednocześnie Jego rzeczywista obecność na ołtarzu, pod postaciami chleba i wina jest mocnym wezwaniem do głębokiej refleksji i do dania konkretnej odpowiedzi na pytanie – po jakiej jestem stronie, teraz podczas liturgii, a później w moim życiu? Jestem z Nim albo przeciw Niemu? Ks. Lucjan Bielas
Miłosierdzie i sprawiedliwość w Jednym
(Iz 43,16-21; Flp 3,8-14; J 8,1-11) Do dzisiaj, nieustannie przyprowadzają schwytanych na gorącym uczynku. Ludzie tego świata i to nie tylko w polityce, w mediach, ale i w Kościele lubują się w łapaniu winnych. Tacy współcześni „łowcy głów” i to na masową skalę. Świat ogłupiał na fali łapania przestępców, stawiania zarzutów i przedziwnej zabawy w sprawiedliwość. Mówię zabawy, albowiem trudno to nazwać prawdziwą sprawiedliwością; zabawy, która niestety, często bywa śmiertelną . Św. Augustyn w De civitate Dei, rozliczając imperium Rzymian z jego prawie 1000-letnią historią, ukazuje budowanie państwa na niesprawiedliwości, które to paradoksalnie, będzie szczyciło się sprawiedliwym prawem. W człowieku bowiem jest głębokie pragnienie sprawiedliwości, lecz uwikłany w ludzkie słabości, często posuwa się do nieprawości, którą jeszcze obłudnie ogłasza, jako sprawiedliwość. Augustyn, który poznał Jezusa zarówno w Jego sprawiedliwości, jak i miłosierdziu, wie, e tylko w Nim jest prawo sprawiedliwe i sąd uczciwy.W tym odwiecznym bałaganie dzisiejsza liturgia słowa zaprasza nas do udziału w na pozór niewielkim incydencie, który ma kluczowe znaczenie w omawianym przez nas problemie. Jezus po całonocnej modlitwie ma Górze Oliwnej udał się o świcie do świątyni i tam nauczał. Wtedy to ówcześni strażnicy prawa i moralności, uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę schwytaną na gorącym uczynku, na cudzołóstwie. Jezusa nazywają Nauczycielem i oczekują od Niego wydania opinii, stwierdzając: W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Opisujący zdarzenie św. Jan zaznaczył jasno, że grzech kobiety był tylko pretekstem do zaatakowania Jezusa i wytoczenia Mu procesu. Powołanie się przez oskarżycieli na prawo mojżeszowe było niefortunne. Według tego prawa powinien był być ukamienowany również mężczyzna (Pwt 22,22-24; Kpł 20,10). Sami więc orędownicy prawa byli nieuczciwi. Wydawałoby się, na pierwszy rzut oka, że Jezus znalazł się w mało komfortowej sytuacji. Potwierdzając wyrok śmierci, podważyłby naukę o miłosierdziu, domagając się dla niej ułaskawienia, poważyłby prawo mojżeszowe. Będąc prawdziwym Bogiem, Jezus zna całą prawdę. Będąc inteligentnym człowiekiem, wie jak się zachować. Po pierwsze, nie podejmuje dyskusji z ludźmi złej woli, nawet jak są wykształconymi prawnikami. Po drugie, odwraca uwagę, aby dać przestrzeń do refleksji: Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. Po trzecie, zatomizował tłum, przekierowując sprawę na indywidualne sumienie każdego z uczestników wydarzenia: A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. Po czwarte powtórnie się pochylił i pisał na ziemi. Tajemnicą jest i musi pozostać to, co napisał. Pisał bowiem to, co jest wiedzą Boga, a nie człowieka. Pisał na ziemi i jednocześnie pisał w sumieniu każdego z oskarżycieli. Efekt okazał się piorunujący: wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Wzięli swoje grzechy na plecy i poszli do domu. Nic głupszego nie mogli zrobić.Kobieta nie uciekła, została z Jezusem gotowa usłyszeć Jego wyrok: Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz.Któż z nas jest bez grzechu? Zostać z Jezusem. Oddać Mu swój grzech. On pójdzie z nim na krzyż. Tylko On jest w stanie naprawić to zło, które ja uczyniłem, choćby to największe. Mnie zostaje jedno: idź, a od tej chwili już nie grzesz. Wiem, że jak od Niego nie odejdę to i w tym niegrzeszeniu On mi pomoże.I tak Jezus wszedł do historii prawa, jako jedyny Sędzia sprawiedliwy i miłosierny, albowiem wie wszystko o człowieku i kocha każdego człowieka, każdego z nas. Ks. Lucjan Bielas
Nieskończoność i granice miłosierdzia
(Joz 5, 9a. 10-12; 2 Kor 5, 17-21; 2 Kor 5, 17-21) We wszystkich naszych spotkaniach z Bogiem, musimy się liczyć z faktem ogromnej ilości po ludzku niepojętych paradoksów, które jednak w logice wszechmogącego Boga stanowią prawdy oczywiste. Przypowieść Jezusa zwana popularnie O synu marnotrawnym została opowiedziana przez Niego, jako odpowiedź na stawiane Mu zarzuty, że: przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Ma ona, jak i cała Ewangelia, swój ponadczasowy wymiar i dotyka każdego człowieka, którego stać na krytyczne myślenie o sobie. Tekst przypowieści, redakcyjnie dzieli się na historię dwóch synów, między których ojciec podzielił swój majątek. Obie historie mają wspólny zwornik i to właśnie w osobie ojca, do którego należy ostatnie słowo. Inicjatorem podziału majątku był młodszy syn: Ojcze, daj mi część własności, która na mnie przypada. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, ojciec nie musiał tego uczynić. Nie chciał jednak uczynić z syna niewolnika, choć ten dał jasny komunikat, że ojciec przestał się w jego oczach liczyć, a dom rodzinny stał się dla niego zbyt ciasny. Otrzymawszy jedną trzecią część majątku, bo taka przypadała na młodszego syna, pełen radosnych wizji o możliwościach jakie daje szeroki świat – wyjechał. Czy ta decyzja ojca była nieodpowiedzialna?Odpowiedź na to pytanie przynoszą nam dalsze losy młodszego syna. Odjechał on w dalekie strony, żył rozrzutnie i jeśli wierzyć starszemu synowi, roztrwonił majątek z nierządnicami. Kiedy stracił pieniądze i swoją godność, kiedy zaczął cierpieć głód, uświadomił sobie, że ojciec zaopatrzył go w majątek, którego stracić się nie da, a mianowicie, ideę Boga, który przebacza, ideę ojca, który jest miłosierny, oraz ideę domu, do którego mimo wielu błędów życiowych można skruszonym powrócić. Postanawia więc zabrać się (dosł. wstać) i wrócić do domu.Ojciec doskonale wiedział, co dał synowi, oprócz żądanych pieniędzy. Przez modlitwę nie stracił z nim kontaktu i to on pierwszy zauważył go wracającego, kiedy był jeszcze daleko. Swym aktem wybiegnięcia naprzeciw, rzucenia się na szyję i ucałowania go, stworzył przestrzeń do wyznania winy: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i wobec ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Ojciec, choć nie przywraca synowi majątku, to jednak przywraca mu to, co najważniejsze – godność syna. Czyni tak, albowiem ma świadomość, że godność dziecka Bożego, przywrócił pokutującemu synowi, sam Ojciec Niebieski. – był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się.W rodzeństwie bywa różnie. Radości z powrotu brata nie podzielił starszy syn. Wracając z pola, dowiedział się o uczcie, którą uradowany ojciec kazał wystawić z powodu szeroko rozumianego odzyskania utraconego dziecka. Kiedy nie chciał wejść do domu, ojciec wyszedł i tłumaczył mu. Znamienne jest to, co w odpowiedzi wyrzekł: Oto tyle lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu; ale mnie nigdy nie dałeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Starszy syn ani razu nie użył słów: „ojciec” i „brat”. Te relacje wygasły, albowiem centrum w jego sercu stanowił doczesny majątek. To właśnie ta doczesna wartość była inspiracją jego posłuszeństwa i pracowitości. Łatwo wpadł w pułapkę porównywania się, co zupełnie zabiło jego krytyczny osąd. Ciekawe jest tłumaczenie ojca, który starszego syna z jednej strony zapewnia o podziale majątku, z drugiej zaś próbuje ukazać wagę relacji z Bogiem, których ten nie brał pod uwagę. Brat marnotrawny nie tylko powrócił, ale przede wszystkim się nawrócił – czyli przed Bogiem – ożył, a to jest najważniejsze. Ojciec wychodzi, tłumaczy, ale decyzji swoich nie zmienia. Nie ulega presji złego humoru pozornie grzecznego syna. Zostawia mu wolność decyzji i drzwi otwarte. Chrystus celowo, zarówno dla swoich słuchaczy, jak i dla nas, tę mocno symboliczną przypowieść, zostawia otwartą. Granice nieskończonego miłosierdzia tworzymy sobie sami! Ks. Lucjan Bielas
Negocjacje na najwyższym poziomie
(Wj 3, 1-8a. 13-15; 1 Kor 10, 1-6. 10-12; Łk 13, 1-9) Wielcy tego świata, aby sprawnie nim zarządzać, dostarczają ludzkim masom absorbujących tematów, często z pogranicza życia i śmierci. Utrzymywany na odpowiednim poziomie strach przed kolejnym wirusem, czy też kolejnym konfliktem zbrojnym, dobrze osadzony w realiach, pozwala światowym matadorom, na w miarę sprawne zarządzanie naszą rzeczywistością. Za tym wszystkim kryją się negocjacje na różnych poziomach rządzących warstw. O niektórych z nich słyszymy, ale te najważniejsze pozostają w ukryciu. Część z nich ujawni historia, a wszystkie zobaczą światło już nie dzienne, ale Boże, na Sądzie Ostatecznym.Dzisiaj dowiadujemy się w liturgii słowa o dwóch najbardziej podstawowych negocjacjach w dziejach tego świata. Pierwsze negocjacje miały miejsce u podnóża góry Horeb. Stary już Mojżesz zostaje powołany przez Boga do wyprowadzenia Izraelitów z niewoli egipskiej. Mojżesz ma nie tylko osiemdziesiąt lat życia, ale na sumieniu zarówno zabójstwo Egipcjanina, jak i sprzeniewierzenie się władzy faraona. Zaopatrzony w imię Boga: Jestem, który jestem, a co za tym idzie w Jego nadprzyrodzoną obecność, zamanifestowaną podczas pustynnych negocjacji w „gorejącym krzaku”, ma udać się wpierw do zniewolonych rodaków, a następnie do samego faraona. Skuteczność tej misji wpisała się w dzieje świata i ma ponadczasowe znaczenie. Bóg zawarł przymierze z człowiekiem, wpierw na pustyni u podnóża góry Horeb, później na górze Synaj. Jego celem jest zagwarantowanie człowiekowi, który przyjmuje warunki Stwórcy – Dekalog – wolności i Bożego błogosławieństwa. Tak oto ze swej natury, owo przymierze jest powszechne i ponadczasowe. Bóg zawsze dochowuje zawartego z człowiekiem przymierza. Niestety człowiek często je łamie. Ponieważ przymierze człowieka z Bogiem jest oparte nie tylko na sprawiedliwości, ale przede wszystkim na miłości, Syn Boży Jezus Chrystus przyjął ludzką postać i zamieszkał pośród nas, aby być naszym rzecznikiem wobec Niebieskiego Ojca. Negocjacje, które prowadził Bóg z Mojżeszem, otwierały drogę do tych zasadniczych, tych Jezusowych. Albowiem On wyprowadził nas z największej niewoli, z niewoli grzechu i jest jednocześnie dla nas najpełniejszym objawieniem Ojca Niebieskiego. Przez Jego ludzką naturę, dotkniętą nieludzkim cierpieniem, mamy drogę do zjednoczenia z nieśmiertelnym Bóstwem. Czy z tej drogi do prawdziwej wolności korzystamy? Stwierdziliśmy na początku naszego rozważania, że świat jest manipulowany w makro wymiarze, przez ludzi złego ducha. W mikro wymiarze, tym najbardziej jednostkowym, zły duch również działa i któż z nas może powiedzieć, że jest bez grzechu? Nieszczęścia, które nas spotykają, są wezwaniem do refleksji i zarazem konkretnym pytaniem o Boży wymiar sprawiedliwości. Odpowiedź na nie często wykracza poza ludzkie możliwości i jest zarezerwowana wszechwiedzącemu Bogu. Dzisiaj Jezus, nasz rzecznik, informuje nas o tym, że nieustannie prowadzi negocjacje na najwyższym z możliwych poziomów, a dotyczą one każdego z nas indywidualnie: Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć”. Właścicielem winnicy jest Bóg Ojciec. Ogrodnikiem jest Jezus. A ja jestem figą, zasadzoną nie na ozdobę, ale po to, abym przynosił owoc. Jeżeli tego nie czynię, to ogrodnik – Jezus negocjuje ze swoim Ojcem. Wyprasza czas i sam staje się Bożym Nawozem. To On pod postacią chleba i wina najpełniej pragnie połączyć się ze mną, abym zaczął przynosić owoc i wypełnił moją misję figi.Kiedy nie przyjmę tego uniżenia się ogrodnika i kiedy czas minie, to na co będę mógł liczyć? Zakusy wielkich tego świata przy tych konsekwencjach są śmieszne. Przez nich mogę stracić życie, lecz przez własną głupotę – wieczność. Ks. Lucjan Bielas
Gdzie jest Góra Przemienienia?
(Rdz 15, 5-12. 17-18; Flp 3, 17 – 4, 1; Łk 9, 28b-36) Tak się złożyło w moim życiu, że nigdy nie byłem w Ziemi Świętej. Kiedy już miałem do niej pojechać wybuchła wojna. Wszystkie te miejsca uświęcone obecnością Boskiego Zbawiciela pozostają więc dla mnie w sferze jedynie duchowego doświadczenia, kształtowanego przez biblijne opisy. A może idzie tu o jeszcze coś więcej? Dzisiaj dzięki natchnionej relacji św. Łukasza, towarzyszymy Jezusowi, który wraz z wybranymi Apostołami, Piotrem, Janem i Jakubem udaje się na górę Tabor, aby się modlić. Jesteśmy świadkami Jego przemienienia, które było jedyną i niepowtarzalną w dziejach świata cudowną manifestacją przeniknięcia boskością natury ludzkiej. Było to coś nieporównywalnie więcej niż przemiana twarzy Mojżesza, którego bliskość z Bogiem była wyjątkowa. Bóstwo przenika nie tylko człowieczeństwo Jezusa, ale i Jego szaty, których to biel jest już przepowiedziana w Księdze Daniela (7,9). Znamienny jest fakt, że dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Grobu Mojżesza, przez którego Bóg dał Izraelowi Prawo, nie znaleziono. Natomiast prorok Eliasz został wzięty do nieba. Doświadczenie Jezusa przemienionego, rozmawiającego z nimi było szczególnie wymowne. Po pierwsze – Bóg Starego Przymierza i Ojciec Niebieski Jezusa Chrystusa, to ten sam Bóg. Po drugie – jest ciał zmartwychwstanie, które to nadaje sens naszemu życiu na ziemi. Nie miałoby ono miejsca, gdyby nie Jezus Chrystus, jednorodzony Syn Odwiecznego Ojca, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Manifestacja tej prawdy o Nim stanowi centrum całego wydarzenia na górze Tabor. Niezwykłym potwierdzeniem tak rozumianego wydarzenia, okazał się obłok, który wszystkich ogarnął. W Starym Przymierzu był to znak szczególnej obecności Boga. A z obłoku odezwał się głos: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! Ten to głos, podczas chrztu Jezusa w Jordanie, był przeznaczony przede wszystkim dla Niego, tak teraz zaś jest skierowany zarówno do trójki Apostołów – naocznych świadków, jak i do nas, świadków przez wiarę. Jest jeszcze jeden ciekawy i zastanawiający epizod na Górze Przemienienia, a mianowicie: Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwu mężów, stojących przy Nim. Gdy oni się z Nim rozstawali, Piotr rzekł do Jezusa: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Czy ten sen powodowany znużeniem i ocknięcie się w tak przyjemnej atmosferze i tak wybornym, ponadczasowym towarzystwie, nie jest zapowiedzią faktu, że po śmierci człowieka czeka na niego zmartwychwstanie? Jak na razie nie mam widoków na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, ale stając codziennie przy ołtarzu Pańskim i doświadczając uobecnienia Jego całego dzieła odkupienia, jestem w Ziemi Świętej, przez wiarę zaś, staję się świadkiem. Jak słusznie stwierdził kardynał Josef Ratzinger: „Ten, kto się modli, zaczyna widzieć”. A kiedy przyjmuję Komunię Świętą, moje serce i dusza i całe moje jestestwo, są otwarte na obecność Jezusa Chrystusa w Jego Bóstwie i w Jego Człowieczeństwie. To jest ten sam Jezus z Góry Przemienienia. I dźwięczy w mej duszy głos Ojca Niebieskiego, Boga Starego i Nowego Przymierza: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! I jest mi dobrze, i pełen nadziei, wiem, do czego ręce włożyć, i wiem, że nie jestem sam. To nie przypadek, że święty papież Jan Paweł II, dając Kościołowi tajemnice światła w modlitwie różańcowej, zaraz po tajemnicy Przemienienia Pańskiego, umieścił tajemnicę, która jest refleksją nad ustanowieniem Eucharystii.Na pytanie: gdzie jest Góra Przemienienia mam jedną odpowiedź, jest we mnie po przyjęciu Komunii Świętej. Jest we mnie po to, abym ja się przemieniał. Jest to jedyna droga, na wniesienie światła w coraz to większe ciemności otaczającego nas świata. Ks. Lucjan Bielas
Czego szatan zazdrości człowiekowi?
(Pwt 26, 4-10; Rz 10, 8-13; Łk 4, 1-13) Jednym z najwspanialszych darów, jaki otrzymał człowiek od Pana Boga to dar wolności. Wolność jest wyrazem ogromnego zaufania, jakim Bóg obdarzył istotę ludzką. Tylko wolny człowiek mógł odpowiedzieć Bogu miłością na Jego miłość. Pokochany przez Stwórcę i obdarzony przez Niego wolnością mógł wejść we współpracę z Nim w dziele stwarzania świata. Właśnie ten cudowny dialog miłości realizujący się w dziele stworzenia jest istotą raju. Czym jest więc wolność?Jest ona w swej istocie możliwością dokonania przez istotę rozumną odpowiedzialnego wyboru z pełną świadomością wszystkich jego konsekwencji. Wolność jest darem, który rozumne stworzenie uzdalnia do miłości. Świadome swojej wolności, może kochać i być kochanym. Ponieważ wolność jest darem Pana Boga płynącym wprost z Jego miłości, wybory, które są przeciw tej miłości z natury swojej, są skazaniem wybierającego na utratę daru wolności.Człowiek nie był pierwszą istotą stworzoną przez Boga, którą On pokochał i obdarzył wolnością. Pierwszymi byli aniołowie. To właśnie wolność została wykorzystana przez część z nich do buntu przeciwko Stwórcy. I tak wolną decyzją duchów czystych odrzucających miłość Boga powstało piekło, czyli świat zniewolonych na własne życzenie. Zbuntowany zaś anioł przekształcił się w szatana.Kiedy więc Bóg na obraz i podobieństwo swoje, stworzył człowieka, Szatan pozazdrościł mu właśnie daru wolności. Od samego początku robił wszystko i robi wszystko, co tylko jest w jego szatańskiej mocy, aby człowieka tej wolności pozbawić. Już w raju Adam i Ewa skuszeni przez szatana iluzją wolności, ulegli pokusie i wolność swą utracili. Ich grzech różnił się tym od grzechu szatana, że zostawił przestrzeń na Boże miłosierdzie. I tak, kiedy Jednorodzony Syn Boży przyjął postać człowieka i zamieszkał pośród nas, zmierzył się z szatanem i do swej odkupieńczej śmierci będzie z nim walczył. Walka ta trwa w każdym z nas, a ostateczne zwycięstwo będzie miało miejsce na końcu końców. Dzisiaj właśnie Jezus zabiera nas na miejsce pustynne, na praktyczne warsztaty. Chce nam pokazać, jak w naszej codzienności nie stracić naszej wolności i nie ulec szatańskiejiluzji. Genialność pokusy szatańskiej polega na tym, że diabeł, począwszy od raju, zachęca człowieka do tego, aby poprawił Pana Boga.Głodnemu Jezusowi, szatan rzekł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem. Innymi słowy, użyj swego Bóstwo, aby poprawić los swego człowieczeństwa. Tymczasem, kiedy Jezus będzie rozmnażał na miejscu pustynnym chleb, to nie weźmie do ręki kamienia, lecz weźmie chleb, który jest darem Boga i owocem ludzkiej pracy. Biednego Jezusa, który miał tworzyć Kościół, szatan stawia na górze i pokazując mu bogactwa całego świata, mówi: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je dać, komu zechcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Diabeł zaproponował Jezusowi drogę na skróty. Tymczasem Jezus nie oparł się na ludziach wielkiego biznesu, tworząc swój Kościół, lecz na tych, którzy wielbiąc Boga, w pocie czoła pracowali na swój chleb.I wreszcie, przebiegły diabeł postawił Jezusa na narożniku świątyni, domu Ojca Niebieskiego i rzekł: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół. Jest bowiem napisane: Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, żeby cię strzegli, i na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Szatan zacytował słowa Psalmu 91, 11-12. Wyciął to ze słowa Bożego, co było mu na rękę, aby Jezusa skłonić do działań wbrew woli Ojca Niebieskiego. Cud staje się tu symbolem wiary wymuszonej na człowieku przez spektakularne znaki, a przecież ma być ona wolną decyzją człowieka. Tymczasem następne słowa cytowanego Psalmu, przemilczane przez szatana zapowiadają jego zgubę: Będziesz stąpał po wężach i żmijach a lwa i smoka, będziesz mógł podeptać. Obnażając zamysł szatana oparty na manipulacji słowem Bożym, Jezus odpowiada cytatem z Księgi Powtórzonego Prawa: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego (6,16). Jest to ogromna przestroga dla tych, którzy we własnej pysze, posługując się Biblią, tworzą własne, lepsze kościoły. Praktyczne uwagi, aby nie utracić wolności: 1. Nie poprawiaj Pana Boga. 2. Modlitwa to pełne uwielbienia zjednoczenie się z Bogiem. Módl się razem z Jezusem. 3. Czytaj Pismo Święte, abyś lepiej poznawał wolę Ojca Niebieskiego na drodze swojego życia. 4. Staraj się jak najwięcej zapamiętać słów Boga, aby w chwili pokusy nie zostać bez odpowiedzi. 5. Post to świadoma rezygnacja z tego, co jest dobre, aby świadomie nie robić tego, co jest złe. Jak nie będziesz regularnie ćwiczył swojej woli, stracisz swoją wolność. Ks. Lucjan Bielas
Mów z serca albo milcz!
(Syr 27, 4-7; 1 Kor 15, 54b-58; Łk 6, 39-45) Przez ostatnie niedziele liturgia słowa koncertuje się wokół Kazania na równinie, które Jezus skierował do swoich uczniów. W ostatniej jego części posłużył się bardzo sugestywnymi obrazami, aby ci, którzy teraz Go słuchają, tak otwarli się na Jego naukę, aby później to oni stali się skutecznymi jej głosicielami. Negatywnymi przykładami takiego nauczania byli i można powiedzieć, są do dziś, faryzeusze. Mając przed oczyma ich postawę, rady Boskiego Mistrza wybrzmiewają w uszach słuchaczy, ze szczególną ostrością.Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo. Jezus zakończył Kazanie na równinie, które skierował do swoich uczniów. Dziś przemawia tymi samymi słowami do tych, którzy tworzą Jego Kościół, do biskupów, kapłanów, diakonów, kaznodziejów, do katechetów, a przede wszystkim do rodziców. Formułuje ponadczasową zasadę głoszenia Jego nauki: Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta. Wiedza jest ważna, ale nie przepuszczona przez serce nie ma żadnego znaczenia. Zły duch ma wiedzę większą niż człowiek i potrafi ją znakomicie rozgłaszać. Papież Benedykt XVI zwrócił uwagę na fakt, że poziom znajomości Biblii u szatana jest tak wysoki, że mógłby na uniwersyteckich wydziałach biblijnych, zdobywać dowolne tytuły naukowe. Zauważmy, że Jezus zawsze zabraniał złemu duchowi przemawiać, albowiem mimo tego, że wiedzą przewyższał innych, to nie mówił tego z serca.Kiedyś usłyszałem zdanie, które obrazuje pewną mądrość: „miłości od czasu do czasu należy się pranie, jak przetrwa, to zostanie”. I tak co pewien czas Pan Bóg dopuszcza takie pranie kaznodziejów, katechetów i wychowawców katolickich. Cesarz rzymski Julian zwany Apostatą był wychowany w Kościele Katolickim. Początkowo zafascynowany przekazywaną mu wiarą, odwrócił się od Chrystusa. Jednym z powodów takiej jego decyzji był fakt, że głosili mu ewangelię biskupi i kapłani, którzy mieli wprawdzie imponującą wiedzę, wspaniałe księgozbiory, ale w sercu zamiast Chrystusa mieli karierę dworską. Mogli oni wprawdzie o Jezusie mówić, ale nie byli Jego świadkami. I tak Julian wychowywany w wierze Chrystusa nigdy Go nie poznał. Kiedy w roku 361 został cesarzem, natychmiast ogłosił się poganinem i rozpoczął prześladowanie Kościoła, podziwiając i nienawidząc go jednocześnie. W 362 roku wydał pierwszą w dziejach świata ustawę szkolną weryfikującą nauczycieli pod kątem przekonań religijnych. Uznał, że w szkole, która wyrastała z greckiej kultury, nie mogą uczyć nauczyciele chrześcijańscy, którzy nie wyznają tej wiary co Homer, Hezjod, Sokrates, Platon, Arystoteles i inni. Zdaniem cesarza, uczenie przez nauczycieli chrześcijańskich o tych postaciach i ich twórczości, co gorsze branie za to wynagrodzenia, jest nieuczciwe. Dla Juliana było to tak ważne, że podjął się osobiście weryfikacji nauczycieli. W ten sposób szkoła stała się wyznaniową religii pogańskiej. Rodzice chrześcijańscy siłą faktu, nie mogli posyłać do niej swoich dzieci. Ta ustawa była szokiem dla chrześcijan. Trzeba było wiele spraw na nowo przemyśleć. Mamy tego wspaniałe świadectwo zostawione przez kolegów szkolnych cesarza Juliana z Aten, św. Grzegorza z Nazjanzu i Bazylego Wielkiego. Cesarz Julian zginął 25 czerwca 363 roku podczas wyprawy przeciwko Persom. Jego śmierć przerwała prześladowania, a co zatem idzie, wdrażanie w życie ustawy szkolnej. Zdumiewającym jest fakt, że zarówno forma prześladowania Kościoła Chrystusowego wymyślona przez cesarza Juliana, jak i nieszczęsna ustawa szkolna nieustannie i to w różnych formach odżywają. Aktualny stan szkolnictwa z dominującą „religią LGBT” ma wiele cech wspólnych z pomysłami cesarza Juliana. Sytuacja, w jakiej znalazł się Kościół we współczesnej rzeczywistości, każe nam wszystkim odpowiedzialnym za przekaz nauki Zbawiciela, postawić sobie zasadnicze pytanie: czy ten ewangeliczny przekaz płynie z głębi naszych serc, czy tylko z głowy. Jeżeli tylko z głowy, to lepiej nam zamilknąć.
Ks. Lucjan Bielas
Miłość, która uprzedza sprawiedliwość
(1 Sm 26, 2. 7-9. 12-13. 22-23; 1 Kor 15, 45-49; Łk 6, 27-38) Duchowość świata pogańskiego była bardziej nastawiona na cnotę sprawiedliwości. I tak np. w dialogu Fedon, Platon (+ 348/47) opisując przygotowanie Sokratesa do śmierci, daje wyraz wiary, że sprawiedliwy, umierając, udaje się do zmarłych, którzy są lepsi niż żyjący na tym świecie i do bogów mądrych i dobrych. Cnota sprawiedliwości wiedza i cnotliwe życie prowadzi do wyzwolenia duszy człowieka od tego, co cielesne. Platon w swoich pismach sąd nad duszą, która jest z natury swej nieśmiertelna, zostawia bogom. Jasno mówi o karze dla złych, ale też o możliwości oczyszczania duszy, takiej trochę dobrej, a trochę złej, przez przyjęcie cierpienia i pokuty. Przewiduje również karę wieczną.Ciekawym głosem pośród starożytnych pogan jest żyjący w VIII wieku przed Chrystusem, jeden z wychowawców starożytnej Grecji – Hezjod. Pozbawiony majątku przez swojego brata Persesa, który przy podziale spadku przekupił sędziów, nie tylko nie żywił do niego trwałej urazy, ale przebaczył mu i starał się go pouczać o wartości pracy i sprawiedliwości (Prace i dni). Ten ludzki gest Hezjoda przebaczenia bratu, niejako wybiega przed sprawiedliwość, na której straży stali pogańscy bogowie. Owa elita myślicieli starożytnych, których nie sposób teraz wyliczać, miała swoje miejsce w Bożym planie zbawienia. Szczególna zaś rola przypadła w tym czasie Narodowi Wybranemu, przed którym Bóg otworzył nadprzyrodzone możliwości poznania siebie. Aby dopełnić swego objawienia, to właśnie w tym narodzie Bóg stał się jednym z nas z przesłaniem dla całej ludzkości. Dzisiaj Jezus Chrystus, wcielony Bóg dotyka istoty owego przesłania – pierwszeństwo miłości przed sprawiedliwością. Jest to dotknięcie samej istoty wiary. Bóg stwarza świat i człowieka z miłości i dla miłości. To ona nadaje wszystkiemu sens i nie zaprzecza w niczym sprawiedliwości. Kiedy Jezus, po modlitwie na górze wybrał dwunastu, zszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Wobec zgromadzonego tłumu szczególnie do nich zwrócił się z trudnym przesłaniem, które, niejako stawiało na głowie zwyczajne ludzkie pragnienie szczęścia. Jeżeli pójdziecie za Mną, to musicie być gotowi na to, że będziecie biedni, że będziecie głodni, że towarzyszyć wam będzie nienawiść otoczenia i to ze względu na Mnie, Jezusa. Taka gotowość uczyni was prawdziwie szczęśliwymi, błogosławionymi, a nagroda czeka na was w niebie. Słysząc te słowa, wypowiedziane wtedy do uczniów, ale też dzisiaj do mnie, czuję, jak bardzo weryfikują one moją wiarę w Bóstwo Chrystusa, wiarę w Jego zmartwychwstanie. Tylko na jej gruncie jestem w stanie przyjąć ową logikę życia.Dzisiaj Jezus na bazie tej samej nadziei w nagrodę wieczną w niebie, oczekuje ode mnie jeszcze czegoś więcej, a mianowicie, abym miłował moich nieprzyjaciół; dobrze czynił tym, którzy mnie nienawidzą; błogosławił tym, którzy mnie przeklinają; modlił się za tych, którzy mnie oczerniają. Uderzony w jeden policzek, abym nadstawił drugi, a proszącemu o pożyczkę, udzielał jej, nie oczekując zwrotu.Te słowa Jezusa, to nie słowa filozofa, który daje światu kolejny pakiet teoretycznych rozważań. Są to słowa praktyka, słowa Boga, który będąc człowiekiem, sam zderzył się z biedą, odrzuceniem, nienawiścią, cierpieniem, poniżeniem i niesprawiedliwą karą. Cała Jego postawa jest wykładnią Jego słów. Jeżeli więc nie będę czytał Ewangelii Jezusa Chrystusa i nie będę żył nią na co dzień, nigdy nie zrozumiem prawdy, że miłość uprzedzać powinna sprawiedliwość. Uporczywym działaniem szatana jest to, że usiłuje on przekonać człowieka do priorytetu sprawiedliwości. Tymczasem każdy z nas, kiedy krytycznie sięgnie do swego życiowego doświadczenia, musi uczciwie stwierdzić, że okazane dobro drugiemu człowiekowi, różnymi drogami i to zwielokrotnione powróciło do niego. Czujemy, że to czuwający nad nami Bóg chce być naszym dłużnikiem i często już teraz wyrównuje swoje rachunki dobra. Zgodnie z tą właśnie logiką Sługa Boży, bp Jan Pietraszko napisał: „jest rzeczą prawdziwej mądrości, kiedy człowiek żyje i postępuje tak, by uczynić sobie Boga swoim dłużnikiem i kiedy przenosi przez próg wieczności swoje niezapłacone czyny dobre, swoje wycierpiane policzki, swoje niezwrócone pożyczki. Jest to bowiem znakiem, że się Pan Bóg nad nim pochyli i rozpozna w nim podobieństwo do siebie tak, jak ojciec rozpoznaje w dzieciach podobieństwo własne”. Ks. Lucjan Bielas
Błogosławiony czy przeklęty? Kościół trzeba reformować przede wszystkim w swoim sercu.
(Jr 17, 5-8; 1 Kor 15, 12. 16-20; Łk 6, 17. 20-26) Toczą się różnego rodzaju dyskusje na temat aktualnej sytuacji Kościoła Chrystusowego i jego przyszłości. Mają one jedynie wtedy sens, kiedy dyskutantom i reformatorom towarzyszy świadomość faktu, że jest to Kościół Jezusa Chrystusa, a nie jedna ze światowych korporacji. Skuteczność owych reform przede wszystkim zależy od obecności Chrystusa Zmartwychwstałego w sercach, w umysłach i w życiu reformatorów. W przeciwnym wypadku hasła reform będą jedynie pustym gadaniem. Czy jest to dzisiaj możliwe?O zdolności człowieka w otwarciu się na Boga mówi prorok Jeremiasz i to w czasach gigantycznego kryzysu wiary Narodu Wybranego. Jego sformułowania są celne i bardzo dosadne. Zestawia on dwie postawy człowieka, które mają absolutnie ponadczasowy wymiar: Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Taki człowiek jest podobny do krzewu na stepie, który nie ma korzenia i nie ma przyszłości. Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi. Tylko taki człowiek ostoi się w trudnych czasach, zachowa spokój i wyda owoce.600 lat później słowa Jeremiasza nabrały nowej mocy. Wyrażona w nich mądrość została jeszcze bardziej sprecyzowana przez Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który przyjąwszy postać człowieka, wyraził ją całym swoim ludzkim życiem, swoją śmiercią, a przede wszystkim swoim zmartwychwstaniem. I trudno nie zgodzić się ze św. Pawłem, który właśnie w zmartwychwstaniu Chrystusa widzi sens naszej wiary. Św. Łukasz przytacza słowa Chrystusa, którymi On sam pomaga nam nazwać pewne procesy i dzięki temu podejmować kluczowe decyzje zarówno w naszym osobistym życiu, jak i w życiu społecznym. Warto więc nam dzisiaj uchwycić istotę Jego nauczania.I tak Jezus na pierwszym miejscu paradoksalnie stawia wartość ubóstwa. Człowiek, który jest nasycony dobrami tego świata, albo ich nieodpartym pragnieniem, nie ma w swoim sercu miejsca na Boga. To właśnie tutaj w ludzkim sercu, Bóg chce budować swoje królestwo, Chrystus chce budować swój Kościół. Znakomicie ujął to niespełna 50 lat temu Sługa Boży bp Jan Pietraszko: „Człowiek, któremu życie oszczędziło łez, którego życie nigdy nie upokorzyło, który szedł od przyjemności do przyjemności, który nie był prześladowany, ani spotwarzany w życiu, ten człowiek jest tak nasycony swoim powodzeniem, że nie ma w sobie przestrzeni, w której Bóg mógłby być jego bogactwem i jego szczęściem”.Dobra tego świata mają to do siebie, że przychodzą i odchodzą, a po odejściu zostawiają bolesną pustkę. Stąd też, zdaniem Sługi Bożego – „Trzeba mówić dzisiaj o tych błogosławieństwach i o tych groźbach Chrystusowych dlatego, że i nas samych, ludzi wierzących, usiłuje przekonać mądrość tego świata i w dużej mierze zdobyła nas sobie już dla siebie, ustawiła nasze myślenie na taki tor, że błogosławieni i szczęśliwi są ci, którzy uniknęli ubóstwa i głodu, którzy uniknęli łez i płaczu, i prześladowania i cierpienia”. Zwykliśmy takie życie nazywać pełnym sukcesu. Dlatego też słowa Chrystusa dzisiaj do nas wypowiedziane, traktujemy z dużym dystansem. Zgoła nie przyjmujemy do wiadomości, że człowiek biedny, zasmucony, głodny, znieważony, jest człowiekiem błogosławionym, czyli szczęśliwym. Dalej bp Jan stwierdza: „Stąd też pojawia się coraz częściej pośród nas wierzących pojęcie człowieka wierzącego, ale nie praktykującego. Człowieka, który jakoś wierzy i w jakiegoś Boga swojego, ale nie wierzy w Boga Ewangelii. Nie wierzy w ewangelicznego Chrystusa i przede wszystkim nie wierzy Chrystusowi. Jego rad, Jego przestróg, Jego napomnień słucha z dystansem, z przymrużeniem oka i w tej swojej połowiczności stwarza taką sytuację, że Bóg jest tylko co najwyżej stróżem, wszechmogącym stróżem jego stanu obecnego, jego stanu posiadania. Jest stróżem jego powodzenia, jego kariery, stróżem jego radości i jego potrzeb doczesnych”. Znakomicie ujął to św. Paweł, stwierdzając, że utrata tego wymiaru wiecznego i sprowadzenie Chrystusa tylko do doczesności, czyni takich Jego wyznawców, godnymi politowania. Rzecz znamienna, że właśnie owi politowania godni, są najbardziej krzykliwymi sędziami Kościoła, i wyjątkowo gorliwymi jego reformatorami. Postrzegają go bardziej jako korporację w kryzysie, którą trzeba po ludzku postawić na nogi z zastrzeżeniem, żeby Chrystus był jej milczącym szyldem. Niestety, wielu, katolików i wielu też duchownych zdaniem Sługi Bożego, bpa Jana „zwinęło swoje sztandary”, umilkło, schowało się, aby uniknąć poniżenia. Tacy Kościoła też nie zreformują. Zreformuje go tylko sam Chrystus Zmartwychwstały, przez tych, którzy przyjmą Go z wiarą, ignorującą bogactwo, gotową na biedę, na łzy, na nienawiść, na odrzucenie i pogardę. Tylko taka postawa chrześcijanina oparta na nadziei życia wiecznego pozwala znajdować właściwe rozwiązania na ziemi. Proszę cię Panie Jezu, abym wraz z Tobą naprawił Kościół przede wszystkim w moim sercu.
Ks. Lucjan Bielas
Łowcy ludzi
(Iz 6, 1-2a. 3-8; 1 Kor 15, 1-11; Łk 5, 1-11) Nie będzie to opowieść o Dzikim Zachodzie, o szybkich rewolwerowcach, którzy w zamian za nagrody, dostarczali majestatowi prawa, żywych lub martwych przestępców. Będzie to opowieść o ustanowieniu instytucji łowców ludzi, którzy szukają pogubionych i dostarczają ich w ręce miłosiernego Boga. Ową instytucję łowców, ustanowił sam Bóg wcielony – Jezus Chrystus. Raz ustanowiona działa i będzie działała w szybko zmieniającym się świecie, do końca jego istnienia. Domaga się ona prawdziwie twardych facetów, nieustannie powoływanych, szkolonych i weryfikowanych przez samego Szefa. Dzisiaj chcemy dotknąć tajemnicy ich werbunku. W tym celu wraz ze św. Łukaszem udajemy się nad brzeg palestyńskiego jeziora o długości 21 kilometrów, a szerokości 13 kilometrów, zwanego – Genezaret. I oto pojawił się pewien wędrowny nauczyciel, Jezus Chrystus, któremu towarzyszyły tłumy ludzi chcących słuchać słowa Bożego. Zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Kiedy zakończył nauczanie, zwrócił się do właściciela łodzi z poleceniem, które było dla doświadczonego rybaka na jeziorze Genezaret, zupełnie absurdalne: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! Wymowna jest reakcja Szymona: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Korzystając z relacji św. Jana Ewangelisty, wiemy, że nie było to ich pierwsze spotkanie. Owi rybacy spotkali Jezusa nad rzeką Jordan, gdzie byli uczniami św. Jana Chrzciciela, z najwyższą uwagą traktując jego wezwanie do nawrócenia. To właśnie Jan przekazał ich Jezusowi, jako Temu, który jest oczekiwanym Mesjaszem (J 1,35-42). Ta wtedy przyjęta wiara, będzie poddawana później kolejnym weryfikacjom. Teraz wejście Jezusa do łodzi i to na pozór absurdalne polecenie stanowi kolejną próbę zawierzenia. Szymon przełamał się wbrew swemu zawodowemu doświadczeniu. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skutek był taki, że obie łodzie napełnili rybami tak, że się prawie zanurzały. O wielkości połowu może świadczyć wielkość łodzi. Miały one prawie 9 metrów długości i 2,5 metra szerokości. To był niewątpliwie połów ich życia. Znamienna jest reakcja Szymona, który przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym. Jest to scena, która ma swoją głęboką wymowę. Szymon daje jasny wyraz temu, co działo się w jego głowie, kiedy Jezus wydał z pozoru absurdalne polecenie. Wypłynął na głębie bez przekonania. Tymczasem wydarzyło się coś, co powaliło jego osobiste, całożyciowe doświadczenie zawodowe. Bóg wkroczył ze swoją wszechmocą w Jego codzienność. Filozof, Rudolf Otto, zwrócił trafnie uwagę na podobieństwo reakcji Szymona Piotra do Izajasza, który doświadczywszy chwały Boga, powiedział: Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów! Prorok oczyszczony z grzechu podejmuje decyzję i odpowiada Bogu: Oto ja, poślij mnie! W tym geście trzymania Jezusa za nogi i wyrażenia swej grzeszności mieści się u Szymona decyzja taka, jaką podjął Izajasz. I tak to odczytał Ten, który przenika ludzkie myśli i serce: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. Spektakularny sukces firmy rybackiej nie był ważny: wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim.Dotykamy dzisiaj dla nas niepojętej tajemnicy spotkania człowieka z Jezusem. Ma ono swój życiowy kontekst, a dotyka głębi duszy. Generuje ludzkie decyzje, których świat nie rozumie i które świat podziwiając, nienawidzi.Tylko takie spotkania czynią świadków Jezusa Chrystusa. Spotkanie z tymi świadkami i wysłuchanie ich, czyni kolejnych świadków Jezusa. I tak nie urzędnicy instytucji, lecz świadkowie są prawdziwymi łowcami ludzi. Korzystając z dosłownego tłumaczenia greckiego, można powiedzieć, że Szymon Piotr i inni rybacy będą chwytać żyjących (żywych) ludzi, by prowadzić ich do nowego życia. Pamiętajmy o fakcie, że powołanie świadków, dotyczy nie tylko biskupów i kapłanów, ale każdego z nas! Czy więc kiedyś poczułem się powołany przez Chrystusa? Ks. Lucjan Bielas
Jeśli spotkałeś świadka i wysłuchałeś go, sam stałeś się świadkiem
(Ml 3, 1-4; Hbr 2, 14-18; Łk 2,22-40) To zdanie wypowiedział uczestnik jednej z dyskusji, które wprowadzały do oficjalnej uroczystość obchodów 80. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Otwarło ono moją głowę, na niezwykłe spotkania i nadzwyczaj cenne wypowiedzi ocalałych, którzy to dożywszy sędziwego wieku w znakomitej kondycji, dzielili się wspomnieniami wydarzeń ze swojego życia, a szczególnie z obozowej rzeczywistości, którą dane im było przeżyć. Zarówno uczestnicy tej uroczystości fizycznie obecni w niezwykłym namiocie spotkania rozpiętym w bramie wjazdowej do obozu w Brzezince, jak i telewidzowie w wielu krajach świata, mogli usłyszeć głos świadków, zobaczyć ich osoby i stać się świadkami tamtych wydarzeń. To świadectwo, wpisane w dzieje ludzkości jest bezcenną przestrogą, która nie może umrzeć, a świadkowie nie mogą zamilknąć. I tak jak kiedyś z różnych stron świata, przywożono więźniów na to miejsce natychmiastowej, bądź powolnej zagłady, tak teraz głos ocalałych z tego miejsca poszedł w różne strony świata. Głos pamięci, przestrogi i głębokiej refleksji nad tym, co było i nad tym, co jest. Z wyboru niemieckich nazistów, na tym skrawku polskiej ziemi zamordowano ok. 1 miliona Żydów (90% ofiar obozu). Siłą faktu dominowała podczas uroczystości refleksja nad Narodem Wybranym, nad jego wczoraj i dzisiaj. Nade wszystko i we wszystkim przewijało się pytanie o człowieka; Kim jest? Do czego jest zdolny? Jaka jest jego przyszłość? W tym właśnie czasie i na tym właśnie miejscu szczególnie wybrzmiały słowa modlitw wypowiedziane zarówno przez rabina, jak i przez duchownych innych wyznań. Dla mnie zaś osobiście mieszkańca miasta Jaworzna, w którym w 1943 r. umieszczono obóz filialny Auschwitz dla 5000 więźniów, funkcjonujący do 1956 roku na usługach następnego totalitaryzmu sowieckiego, te uroczystości rocznicy wyzwolenia Auschwitz miały wyjątkowe znaczenie. Wyrastałem w bezpośredniej bliskości obozu pośród opowieści świadków o zbrodniach i zbrodniarzach. I tak sam stałem się świadkiem, którego od lat dziecięcych nurtuje gąszcz pytań. Nie przypadkowo uroczystości, święta i czytania mszalne wpisują się w rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Ci, którzy to dostrzegają, wychwalają wszechmogącego Boga, za te przesłania, które nie tylko pozwalają nam zrozumieć nasze tu i teraz, ale też są przygotowaniem do współpracy z Nim w budowaniu przyszłości. Nie przypadkowo po 27 stycznia przypada 2 lutego, Święto Ofiarowania Pańskiego. Rozważamy opisane przez św. Łukasza wydarzenie, które zarówno w życiu Świętej Rodziny miało istotne znaczenie, jak i nam dzisiaj daje wiele do myślenia. Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Postąpili zgodnie z przepisem prawa, albowiem kobieta w połogu była uważana za rytualnie nieczystą, czyli nie mogła wejść do świątyni przez 30 dni po obrzezaniu syna (Kpł 12,4). Rodzice Jezusa, będąc ubogimi, mogli złożyć jako ofiarę oczyszczenia kobiety, parę synogarlic albo dwa młode gołębie (ludzie bogatsi składali jednorocznego baranka i młodego gołębia lub synogarlicę). Św. Łukasz w swej opowieści kładzie nacisk na fakt, że Jezus był synem pierworodnym. Według prawa należał więc do Pana i obowiązkiem Rodziców było przedstawienie Go w świątyni, aby dokonać przepisanego przez prawo wykupu (zob. Wj 13,2-12; Lb 18,15). Dotyczyło to głównie tych rodzin, które mieszkały w pobliżu Jerozolimy. Tymczasem Rodzice Jezusa przynieśli Go do świątyni, lecz o wykupie Ewangelista nic nie wspomina, co wydaje się zupełnie logiczne. Najświętsza Maryja Panna i św. Józef mieli bowiem świadomość, że Jezus jest synem Ojca Przedwiecznego i takim już zostanie. Jego wykup byłby po prostu bezsensem. Ta właśnie świadomość Maryi i Józefa została wzmocniona przez Ducha Świętego, który właśnie w tym momencie posłał do świątyni, starego człowieka imieniem Symeon, który wrósł w jej mury, który doświadczył jej świętości i zgnilizny, który zachował pobożność i prawość i który oczekiwał Mesjasza. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Słowa wypowiedziane przez Symeona w chwili, gdy wziął małego Jezusa w objęcia, streszczają całą Jego misję: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. Błogosławiąc Świętą Rodzinę, powiedział do Maryi: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Tekst Symeona mocno wpisuje się w dzisiejsze uroczystości wyswobodzenia obozu Auschwitz-Birkenau. Symeon jest świadomy wyboru Izraela i jego misji. Jest świadomy faktu, że dzieło Mesjasza obejmuje całą ludzkość i nadaje wszystkiemu właściwy sens. Tylko zmartwychwstały Mesjasz, nada cierpieniu i śmierci sens i znaczenie. Tylko zmartwychwstały Mesjasz, Sędzia sprawiedliwy naprawi wszelkie zło i dopełni sprawiedliwości. Tylko On dokona tego, co po ludzku jest niemożliwe. Bez Jezusa Chrystusa KL Auschwitz-Birkenau będzie tylko pamięcią, przestrogą, ale nie będzie przebaczeniem, miłością i nadzieją. Tu widzę bardzo ważne zadanie Kościoła Katolickiego, który ucząc się od prorokini Anny winien wiedzieć komu i jak przekazać prawdę o Jezusie. Czy tak czyni? Czy my, którzy stanowimy Kościół Chrystusowy, nie chowamy głowy w piasek? Wysłuchaliśmy głosu świadków i sami staliśmy się świadkami. Przede wszystkim zaś jesteśmy świadkami Chrystusa Zmartwychwstałego. Bycie świadkiem zobowiązuje. Ks. Lucjan Bielas
Teofil
(Ne 8, 2-4a. 5-6. 8-10; 1 Kor 12, 12-30; Łk 1, 1-4; 4, 14-21) Jest to piękne imię pochodzenia greckiego, którego popularność w naszych czasach, niestety maleje. Oznacza „kochający Boga” lub „kochany przez Boga”. Przez Ewangelię wg św. Łukasza imię Teofil nabrało szczególnego znaczenia. W okresie Bożego Narodzenia bardzo często sięgaliśmy do informacji zebranych i zapisanych przez lekarza pochodzącego z Antiochii Syryjskiej, imieniem Łukasz, który był uczniem św. Pawła Apostoła i jednym z jego najwierniejszych towarzyszy. Tradycja Kościoła przypisuje mu autorstwo zarówno Ewangelii, jak i Dziejów Apostolskich. W czytanym dzisiaj fragmencie Ewangelii św. Łukasz odsłania nam nie tylko motywy, dla których podjął się napisania tego dzieła, a także ujawnił metodę, którą posłużył się w pracy nad nim. Spotkał on bowiem w swoim życiu wielu naocznych świadków Ewangelii Chrystusa, którzy zarówno Jego słowa, jak i doświadczenie wydarzeń z Nim związanych nieśli w swoich sercach i umysłach. Oni to zgodnie z Jego wolą nie tylko opowiadali o tym, lecz czynili to z gorliwością charakteryzującą naocznych świadków. I tak to właśnie w Łukaszu zrodziła się potrzeba, którą ujął ciekawym stwierdzeniem: Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono. I tak oto lekarz, o sposobie myślenia historyka, postanawia po pierwsze, zbadać dokładnie wszystko; po drugie, od pierwszych chwil; po trzecie, opisać po kolei; i wreszcie określa adresata swojego dzieła – dla ciebie dostojny Teofilu. Intrygujący jest adresat – dostojny Teofil. Możliwe, że był to cieszący się szacunkiem nawrócony poganin, możliwe, że była to symboliczna postać, za którą kryją się wszyscy czytelnicy tejże Ewangelii, a może i jedno i drugie. Nie bez znaczenia jest tu samo imię – Teofil, co znakomitym komentarzem opatrzył św. Ambroży: „Jeśli Boga kochasz, dla ciebie jest napisana; jeśli dla ciebie jest napisana, przyjmij dar ewangelisty i podarunek przyjaciela zachowaj pilnie w głębi serca” (Wykład Ewangelii według św. Łukasza). Imię Teofil wskazuje też na fakt, że głównymi adresatami Ewangelii, są nawróceni poganie. Łukasz przedstawia im Chrystusa, jako centrum dziejów całej ludzkiej społeczności. W Dziejach Apostolskich przedstawia życie pierwotnego Kościoła, skupiając się przede wszystkim na działalności św. Piotra i św. Pawła. Kościół Chrystusowy w jego oczach jest przeniknięty nadprzyrodzoną opieką Ducha Świętego. To właśnie ten Duch jest najwyższą gwarancją Kościoła, a świadomość tego daje Łukaszowi nadzwyczajne poczucie bezpieczeństwa w redakcji tekstu. Autor nie boi się prawdy i wie, jak ją przedstawić. Dzieje Apostolskie to nie jest dzieło akademika, lecz prawdziwego historyka, który widzi działanie Pana Wszechświata na tej ziemi, odkrywa Jego logikę i nie boi się jasno i bez skrępowania o tym pisać, nie trwożąc się, że ktoś zarzuci mu nienaukowe podejście. Można spokojnie zaryzykować stwierdzenie, że ten, kto nie przepracuje tekstu Dziejów Apostolskich, będzie miał gigantyczne problemy ze zrozumieniem Kościoła Chrystusowego i to zarówno w jego historii, jak i dzisiaj. W pisaniu zaś Ewangelii zamysłem redakcyjnym Łukasza jest ukazanie dziejów Chrystusa zmierzającego z Nazaretu do świętego Jeruzalem, w którym ma dopełnić się Jego dzieło odkupienia ludzkości. I tak dzisiaj Ewangelista zaprasza nas do Nazaretu, na początek Jezusowej drogi, do synagogi, w której to On obecny swoim zwyczajem na szabatowym nabożeństwie ogłasza uroczyście, że jest zapowiadanym przez proroka Izajasza, Mesjaszem. Przeczytane wtedy przez Niego słowa proroka właśnie w Roku Jubileuszowym, warto przemyśleć: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana. Św. Łukasz bez zahamowani opisał gwałtowną reakcję ziomków Jezusa na to Jego stwierdzenie. Wyprowadzili Go za miasto, aby strącić z urwiska. On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się (Łk 4,30). I tak Jezus, dopełniwszy dzieła odkupienia, przechodzi w swoim Kościele przez wieki, pomimo faktu, że ciągle chcą Go zabić. Jeśli chcesz spotkać Jezusa, zrozumieć Go i pójść z Nim, to musisz być Teofilem – musisz pozwolić się pokochać przez Boga i odpowiedzieć Mu miłością. Sam rozum to zbyt mało. Najważniejsza jest droga serca, a innej drogi nie ma! Ks. Lucjan Bielas
Czy Kościół Chrystusowy jest już trupem w szafie historii świata?
(Iz 40, 1-5. 9-11; Tt 2, 11-14; 3, 4-7; Łk 3, 15-16.21-22) Świat zmienia się dynamicznie. Wielu uważa, że jesteśmy u schyłku czwartej rewolucji przemysłowej, zwanej cyfrową, a u progu piątej, w której będzie dominowała sztuczna inteligencja zintegrowana z ludzką codziennością. Nawet najbardziej genialne jednostki chylą czoła wobec maszyn, którym ludzkość stopniowo oddaje kontrolę nad tym światem. Czyni to dla poprawy dobrobytu, polepszenia stanu zdrowia, kontroli urodzin, usprawnienia komunikacji itp. Po raz pierwszy w dziejach świata człowiek zaproszony przez Stwórcę do rozmnażania się i czynienia sobie ziemi poddaną, przekazuje to zadanie na stworzone przez siebie maszyny. Nikt nie jest w stanie określić ostatecznych skutków tego procesu. Wielu ma uzasadnione wątpliwości, czy sama ludzkość sobie nie zaszkodzi. Przemiany wydają się nieodwracalne. Dążenie jednostek najbogatszych do wszechpotężnej kontroli, wygodnictwo wielu, bezkrytycznie poddających się przemianom oraz bezradność ogromnej rzeszy biednych i niepotrzebnych, sprawia wrażenie, że świat nieuchronnie, z gigantyczną prędkością zmierza w jednym kierunku. Są też i tacy, którzy w obawie przed tym, co nowe próbują stworzyć wokół siebie złudnie bezpieczny skansen. Najwięcej jednak jest chyba takich mieszkańców naszego globu, którzy żyjąc chwilą obecną, niewiele się nad tym zastanawiają. U wielu chrześcijan, szczególnie młodych, pojawia się pewnego rodzaju zwątpienie. Czy Jezus Chrystus i Jego Kościół, ma w tej rzeczywistości jeszcze coś do powiedzenia? A może jest już tylko uparcie odkurzanym eksponatem w muzeum historii tego świata? Z tymi naszymi refleksjami zaproszeni jesteśmy nad brzeg rzeki Jordan na spotkanie z dwoma mężczyznami, którzy wpisali się i dalej wpisują się w dzieje tego świata. Jednym z nich jest Jan, zwany Chrzcicielem, albowiem nawoływał ludzi do zmiany myślenia, do odejścia od grzechu, od zła do rozeznania misji swojego życia i czynienia dobra. Udzielał im chrztu nawrócenia, udzielał mądrych rad i zapowiadał przyjście Tego, który dokona oczyszczenia grzechów, zapowiadał Mesjasza. Jan doskonale wiedział, o Kim mówi. I kiedy przyszedł nad Jordan jego krewny, ów drugi mężczyzna, Jezus Chrystus i poprosił go o chrzest, ten wzbraniał się, wiedząc, że to On jest Mesjaszem, jedynym człowiekiem, który sam nie mając grzechu, nawrócenia nie potrzebuje. Tymczasem Jezus wymógł na Janie chrzest. Był to z Jego strony gest akceptacji misji Jana i akt solidarności z tymi, którzy mieli odwagę przyznać się do swego grzechu, nazwać go i podjąć próbę przemiany życia. To właśnie dla nich Bóg stał się człowiekiem i pośród nich zamieszkał, aby oni, byty z natury krótkoterminowe, mogli zamieszkać w Bogu. W tym to momencie stało się coś nadzwyczajnego. Jak zaznaczył św. Jan Ewangelista, tylko Jezus i Jan mieli tego świadomość: A gdy (Jezus) się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił nad Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: „Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie”. Głos Ojca Niebieskiego, pełen miłości i całkowitej akceptacji Syna, zstąpienie Ducha Świętego, w postaci cielesnej niby gołębica, którego język ludzki nie jest w stanie opisać (Benedykt XVI). To doświadczenie Boga Trójjedynego, jakże bardzo było potrzebne Janowi w jego misji. Z jakim przekonaniem i z jaką stanowczością dawał o Jezusie świadectwo swoim uczniom: On jest Synem Bożym (J 1,34); Oto Baranek Boży (J 1,36). Jaki musiał być wtedy wyraz jego twarzy, ton jego głosu. Jaki był wyraz twarzy Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa, pochylonych nad Dzieciątkiem Jezus, kiedy przybyli pasterze, kiedy przyjmowali Mędrców. Jaki był ton ich opowieści o tym Dzieciątku i o Bogu, dla którego nic nie jest niemożliwego. Dziękuję Bogu dzisiaj za to niebo otwarte, za te twarze świadków, za ich wiarygodne opowieści. Dziękuję za doświadczenie Stwórcy, za doświadczenie Ducha Świętego, którego opisać się nie da, za Jezusa Chrystusa, który bierze moje grzechy i idzie z nimi na swój krzyż. Dziękują za mój krzyż, za moją misję, która wpisuje się w to wielkie dzieło Boga. Dziękuję za to Źródło prawdziwej i nieskończonej inteligencji, w Którym mogę spokojnie położyć nadzieję i nie tylko nie bać się przemian, lecz nimi zarządzać, tak jak Bóg tego ode mnie oczekuje. Zaraz po opisie chrztu Chrystusa w rzece Jordan, ewangelista Łukasz, umieścił Jego rodowód sięgający Adama. Zdaniem Benedykta XVI, Łukasz zaznaczył, że Jezus na stałe wpisał się w dzieje tego świata. Tylko współpraca z Nim, wszechmogącym Bogiem Stwórcą i Odkupicielem jest gwarantem prawdziwego rozwoju świata po wsze czasy. Świadomy tego stawiam sobie pytanie: jaki jest wyraz mojej twarzy i ton mojego głosu, kiedy mówię o Chrystusie, kiedy dotykam Jego obecności? Ks. Lucjan Bielas
Dwa królewskie domy
(Iz 60,1-6; Ef 3,2-3a.5-6; Mt 2,1-12) To były już ostatnie lata panowania króla Heroda. Do Jerozolimy przybyli Mędrcy ze Wschodu. Pochodzili prawdopodobnie z Persji i byli nie tylko znawcami ciał niebieskich, lecz szli w swych dociekaniach głębiej, chcąc poznać Tego, który je stworzył. Bóg, czytając ich szczere umysły i serca zaprosił ich na spotkanie ze swoim Synem, który to mając Boską naturę, przyjął naturę człowieka, aby uwolniwszy ludzkość z niewoli grzechu, naprawić relację między stworzeniem a Stwórcą. Wyruszyli prowadzeni przez osobliwą gwiazdę, która miała dwa wymiary. Jeden określony przez naukę, jako koniunkcja Jowisza i Saturna i wyglądała jak jedna jasna gwiazda nazwana – supernową. Miało to miejsce dokładnie w czasie narodzin Chrystusa. Ponieważ dla Boga nie ma nic niemożliwego, to owo gwiezdne zjawisko dla wędrujących Mędrców miało wymiar bardzo indywidualny, można powiedzieć osobistej nawigacji. Gwiazda była więc nie tylko zjawiskiem na niebie, lecz dla nich zjawiskiem prowadzącym do celu. Ich pielgrzymka miała podwójne znaczenie. Pierwszy wymiar to dotarcie do miejsca narodzin Mesjasza, którego nazywali „królem żydowskim”. Drugi wymiar to wewnętrzna pielgrzymka, w której każdy z nich wiedzę o Stwórcy i stworzeniu, przekuwał na osobistą relację z Bogiem, który jest miłością. Ewangelia mówi o wizycie Mędrców w dwóch królewskich domach. Pierwszy z nich to był pałac Heroda Wielkiego w Jerozolimie. Postawili proste pytanie: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Wywołało ono osobliwy skutek: Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Kim był Herod Wielki? Nie był Żydem, lecz pochodził z idumejskiej rodziny arystokratycznej, która przyjęła judaizm. Niezwykle inteligentny i bezwzględny polityk, wszelkimi możliwymi sposobami zmierzający do władzy. Postawił na sojusz z Rzymem i wiedział znakomicie, z którym liderem, zmieniającej się nieustannie sceny politycznej Imperium utrzymywać relacje i na jak długo. Z namaszczenia Rzymu był wpierw namiestnikiem Galilei (47-37 p.n.e.), potem królem Żydów (37 – 4 p.n.e.). Herod był znany w Imperium z ambitnych projektów budowlanych, uciążliwych podatków, chorobliwego lęku o władzę, instrumentalnego traktowania wiary i brutalności nawet względem własnej rodziny. Ze strachu przed spiskiem, kazał zabić swą żonę , którą kochał, teściową i trzech synów. Obraz Heroda, który daje św. Mateusz, jest absolutnie spójny z obszernym jego wizerunkiem pozostawionym nam przez Józefa Flawiusza. Spolegliwość arcykapłanów i uczonych w Piśmie jest zrozumiała, jako że Herod był w trakcie spektakularnej przebudowy świątyni, lecz z fatalnym zamysłem swojej, a nie Bożej chwały. Zmanipulowanie Mędrców, przyszło mu łatwo, jako że miał to we krwi. Trzeba było interwencji samego Boga, aby ich uratować przed popełnieniem dużego błędu. To, co zapewne wynieśli, opuszczając dom króla Heroda, to doświadczenie sprawnego aparatu zarządzania i całkowitego braku miłości. Po opuszczeniu strasznego dworu władcy Żydów ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Ona szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Przed Mędrcami otwarły się drzwi pałacu Króla Wszechświata. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. Te drzwi, to doświadczenie miłości w tej Świętej Rodzinie. Musiało ono być dla Mędrców szokiem, spotęgowanym przez wcześniejsze doświadczenie pałacu Heroda. Ta cudowna relacja miłości między Maryją a Józefem spotęgowana przez obecność wcielonego Syna Bożego była dla Mędrców powalająca. Można powiedzieć – że doświadczyli obecności Boskiej miłości przez ludzkie relacje i dali temu osobliwy wyraz uzewnętrznionym aktem wiary: otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. Wewnętrzna pielgrzymka Mędrców zakończyła się sukcesem. Spotkali Mesjasza, uwierzyli i zawierzyli Bogu. On przemówił do nich przez sen, co jest oznaką bliskości, zaakceptowanej przez nich posłuszeństwem Jego woli. Pielgrzymka Mędrców ze Wschodu i ta zewnętrzna i ta wewnętrzna wpisuje się w Rok Jubileuszowy. Przechodzić musimy przez różne domy, różnych władców. Ważne, by do właściwego trafić, a może taki właśnie zbudować. Ks. Lucjan Bielas
Czy Jezus może urodzić się we mnie?
(Syr 24,1-2.8-12; Ef 1,3-6.15-18; J 1,1-18) Przed wielu laty w alpejskiej chacie w okolicach Rauris nad wiadrem z ziemniakami siedziało kilku mężczyzn. Każdy miał w ręce nóż i wszyscy obierali ziemniaki. Tego to dnia bowiem na nich przypadł dyżur kuchenny. Rozmawiali, co może kogoś mocno dziwić, o znaczeniu Ewangelii w codziennym życiu człowieka. Dzisiaj, mogę powiedzieć, miałem to szczęście być jednym z nich. Po latach pamiętam z tych naszych wywodów właściwie tylko jedną wypowiedź. Jej autorem był, niestety już nieżyjący, prof. Stanisław Grygiel. W pewnym momencie Profesor, przerwał swoją pracę i w jednej ręce trzymając ziemniak, a w drugiej zaś nóż, z całym przekonaniem, patrząc na mnie, głosem stanowczym stwierdził: „Ewangelia to światło, które oświeca całe nasze życie”. Tekst wydaje się prostym stwierdzeniem oczywistej prawdy, ale wtedy w ustach tego doświadczonego mężczyzny, wybrzmiał z niesłychaną mocą. Wszyscy czuliśmy, że za tymi słowami stoi cały Stanisław Grygiel, z całym swoim przekonaniem, całym swoim życiem. Można wiele medytować na temat prologu Ewangelii św. Jana. Można podziwiać głębię spojrzenia na preegzystencję Jezusa w Bogu. Jezusa, który jest Jego Słowem, Jego światłem i Jego życiem. Jezusa, który jest Bogiem. Można i trzeba wyrażać wiele słów wdzięczności Bogu za to, że każdemu człowiekowi daje konieczne światło potrzebne do tego, aby przejść przez mroki życia. Jednakże dzisiaj chcemy z całą świadomością podziękować Bogu Trójjedynemu za to, że jednorodzony Syn Ojca Niebieskiego za sprawą Ducha Świętego przyjął postać człowieka i zamieszkał pośród nas. I tak Bóg w ludzkim ciele stał się Słowem dla człowieka, które to usłyszane i przyjęte staje się światłem w jego życiu. Nadaje mu bowiem właściwy sens. Nie ma żadnego innego słowa w interpersonalnych relacjach, które by miało taką wartość i taką moc. Dzisiaj św. Jan Ewangelista zachęca nas do otwarcia się na Jezusa, do przyjęcia Go nie tylko w naszych umysłach, jako mądrość najwyższą, lecz przede wszystkim do przyjęcia Go w naszych sercach. Nie chodzi więc o to, byśmy powiedzieli Jezusowi – zgadzam się z Tobą, ale byśmy powiedzieli – Jezu kocham Cię. Światło, które Jezus przynosi od Boga, rozbłyska w nas na drodze poznania, ale rozpala się na drodze miłości. Cały pierwszy list św. Jana Apostoła jest znakomitym komentarzem do jego Ewangelii, a szczególnie do jej Prologu. Jan wskazuje na miłość, jako na najskuteczniejsze narzędzie poznania Boga: Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego, jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała (1J 4,7-12). Nasza miłość do Jezusa może nas tak przeniknąć, że On w nas się rodzi i przez nas przemawia. On jest w naszej codzienności, w naszym zachowaniu, w naszych relacjach. To właśnie odkryli pasterze w betlejemskiej stajni i mędrcy ze Wschodu, kiedy spotkali się z Maryją i Józefem i wcielonym Słowem Boga, które całym sobą przyjęli. To Bóg narodził się w nich, a Oni w Bogu. I o tym świetle mówił prof. Stanisław Grygiel przy obieraniu ziemniaków w alpejskim Rauris. Postawmy więc sobie fundamentalne pytania: Czy ja rodzę się w Jezusie? Czy Jezus rodzi się we mnie i w moich relacjach z bliźnimi? Ks. Lucjan Bielas