Ks. Lucjan Bielas

 
 

MODLITWA DLA INTELIGENTNYCH I SKUTECZNYCH

RÓŻANIEC

Ten tytuł, to nie tani chwyt reklamowy. Taka jest prawda. Rzecz dotyczy bowiem modlitwy trudnej, a zarazem praktycznej; na pozór monotonnej, ale tak naprawdę pogłębiającej wiarę, wiedzę i inteligencję człowieka. Skuteczność tej modlitwy jest nieograniczona. Oczywiście zależy ona w pierwszym rzędzie od wiary tego, który się modli. Nie bez znaczenia jest też specyficzna struktura Różańca, ale nade wszystko działa wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.
Różaniec jest modlitwą wpisaną w  życie Jezusa i Maryi od Zwiastowania aż do jej ukoronowania przez Syna na Królową Nieba i Ziemi. Dwadzieścia tajemnic - to przede wszystkim punkty refleksji, które nie tylko są zakorzenione w Piśmie Świętym, ale znakomicie wpisują się w nasze codzienne życie. W tak pojętej modlitwie odmawianie Różańca to nie przysłowiowe „klepanie zdrowasiek”, ale traktowanie ich, jako cudowne tło do prowadzenia medytacji związanej z daną Tajemnicą. Nie jest to łatwe, ale za to jest niezmiernie owocne. Po pierwsze trzeba nieustannie pogłębiać swoją znajomość Nowego Testamentu, a głównie tych fragmentów, które są związane z poszczególnymi Tajemnicami. Po drugie, dokonywać aplikacji tych tekstów w nasze życiowe sytuacje. I tak np. podczas odmawiania Tajemnicy Zwiastowania, przypominamy sobie jej ewangeliczny opis i możemy np. rozważać misterium wcielenia Syna Bożego, ale również uczyć się od Maryi odwagi podejmowania życiowej misji, umiejętności stawiania Bogu pytań, postawy służebnicy Pańskiej, a od Anioła Gabriela trudnej sztuki uczciwej negocjacji.
Tak pojęty Różaniec jest prawdziwą szkołą życia i jedną z najskuteczniejszych modlitw, ponieważ przywołujemy w niej, jako nauczycielkę i wstawienniczkę Tę, którą sam Jezus dał nam za Matkę.
Jednym z najbardziej skutecznych Polaków w historii naszego narodu był św. Jan Paweł II. Osobiście związany z modlitwą różańcową, każdemu, kto go odwiedzał, dawał w prezencie Różaniec. Tenże Papież widział w różańcu szczególnie skuteczne narzędzie w walce z szatanem. W naszych trudnych i niejednokrotnie niezrozumiałych sytuacjach warto i o tym pamiętać.
Mamy również możliwość dedykowania poszczególnych dziesiątków Różańca w różnych intencjach. Przez nie, to nasze tu i teraz, łączymy z przesłaniem poszczególnych Tajemnic, co sprawia, że stają się one mądrością i mocą.
Tak byłoby idealnie, ale proza życia jest często inna. Zmęczenie, gonitwa myśli, zabieganie, sprawiają, że często nasza modlitwa różańcowa jest bardziej lub mniej okaleczona. Nieraz sprowadza się tylko do modlitwy ust. Bóg jednak widzi naszą intencję, naszą dobrą wolę, przyjmuje nasz wysiłek i czas, który na pewno nie jest czasem straconym.
 
Jeżeli coś powstało we Francji po rewolucji i wojnach napoleońskich i zjednoczyło na modlitwie niemal od razu 2,5 mln ludzi, a skuteczność tego nie zmalała do dziś, to trzeba na to zwrócić uwagę.
 „Żywy Różaniec” jest wspólnotą osób, które w duchu odpowiedzialności za Kościół i świat
i w wielkiej prostocie otaczają modlitewną opieką tych, którzy najbardziej jej potrzebują i są wskazani zwłaszcza w Papieskich Intencjach Apostolstwa Modlitwy. Modlitwa różańcowa, powszechnie znana i wielokrotnie polecana przez papieży, zyskała popularność dzięki wspólnotowej formie modlitwy, zainicjowanej przez sługę Bożą Paulinę Jaricot w Lyonie w 1826 r. Założone przez nią Stowarzyszenie Żywego Różańca zatwierdził papież Grzegorz XVI konstytucją Benedicentes Domino w 1832 r. W Polsce praktyka Żywego Różańca stała się znana już pod koniec XIX wieku.   /…/ Stowarzyszenie to nosi nazwę „Różańca”, gdyż jego członkowie, podzieleni na grupy po dwadzieścia osób, odmawiają go codziennie, każdy jedną dziesiątkę, a także dlatego, że każda grupa składa się z tylu osób, ile jest tajemnic w różańcu.  Stowarzyszenie nazywa się „Żywym”, gdyż liczba osób, które się nań składają, niejako wprawia je w działanie poprzez ciągłe recytowanie modlitw, które czerpią swą skuteczność z rozważania tajemnic Jezusa i Maryi, czy to w celu nawrócenia grzeszników, czy doskonalenia sprawiedliwych. Zwie się je „Żywym”, gdyż ci, którzy go tworzą, są zastępowani przez kolejnych, gdy ci umierają, bądź gdy zeń odchodzą. (Statut Stowarzyszenia „Żywy Różaniec”)
Dwadzieścia osób, z których codziennie każda odmawia dziesiątek Różańca, połączone wspólną wiarą i intencją modlitwy, tworzą swoistego rodzaju wspólnotę religijną. Jest to najwyższy rodzaj ludzkich relacji, albowiem zwornikiem jest sam Bóg, a nie miejsce, sympatie, upodobania itp. Taka wspólnota, uczciwie potraktowana przez każdego jej członka, daje poczucie bezpieczeństwa we wszystkich sferach życia. Uczciwie, to znaczy z pełną otwartością na Boga i bliźniego. To, co jednostkę może przytłoczyć, powalić, zniszczyć, to dla dwudziestu osób nie stanowi aż tak wielkiego problemu. Dotyczy to różnych ludzkich spraw
z materialnymi włącznie. Trzeba oczywiście pamiętać, że miłość wychodzi naprzeciw rzeczywistym potrzebom, a nie banalnym zachciankom.
Praktyczne uwagi dotyczące funkcjonowania Żywego Różańca Lotników.
 
Stanowimy  grupę 20 osób, z których każda przez miesiąc odmawia codziennie jeden dziesiątek Różańca, rozważając przypadającą na nią w tym miesiącu, tajemnicę. I tak codziennie wspólnie odmawiamy cały Różaniec w jego 20 tajemnicach. Z pierwszym dniem nowego miesiąca następuje zmiana tajemnic, czyli przesuwamy się do następnej tajemnicy. Przez Whats App, na którym jest utworzona „grupa różańcowa”, otrzymujemy od koordynatora przypomnienie tajemnicy oraz spis intencji. Przy odmawianiu „swojego dziesiątka” wzbudzamy ogólnie intencje, o które współbracia z Róży prosili, albo noszą je w sercu. Jeśli jest intencja, którą pragniemy wyjawić, to przesyłamy do osoby koordynującą różę.
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 19-20).

 

 

 

                                                                         Ks. Lucjan Bielas

 

Kontakt dla odważnych

Ks. Lucjan 602 76 54 67

Tajemnica Grobu Nieznanego Żołnierza.
Kiedy dojrzała decyzja o wybudowaniu w Warszawie, Grobu Nieznanego Żołnierza drogą uroczystego losowania pobojowiska wybrano Lwów. 29 października 1925 roku, na Cmentarzu Orląt Lwowskich otwarto trzy groby. Wydobyto trzy trumny z ciałami bezimiennych żołnierzy. Wyboru jednej z nich miała dokonać Jadwiga Zarugiewiczowa, matka Konstantego, który był  jednym z obrońców Lwowa, i śmiertelną ofiarą wojny polsko-bolszewickiej, a którego grobu nie udało się odnaleźć. We wskazanej przez nią trumnie znajdowały się zwłoki młodego żołnierza, którego wiek, lekarz obecny przy ekshumacji określił, na 14 lat. Miał przestrzeloną głowę i nogę. Był ochotnikiem, ponieważ nakryciem jego głowy była maciejówka z orzełkiem, a nie jak w regularnym wojsku, rogatywka. Ekshumowane ciało w nowej sosnowej trumnie zostało uroczyście przewiezione do Warszawy, gdzie miało spocząć w przygotowanym Grobie Pomniku Nieznanego Żołnierza.
2 listopada 1925 roku, ze wszystkimi honorami w asyście najwyższej rangi oficjeli, została w katedrze warszawskiej przy trumnie nieznanego żołnierza ze Lwowa, odprawiona Msza św. Eucharystię sprawował kard. Kakowski,  natomiast kazanie wygłosił ks.  Antoni Szlagowski. Do historii przeszły wypowiedziane wtedy słowa:
Kim jesteś ty? Nie wiem. Gdzie dom twój rodzinny? Nie wiem. Kto twoi rodzice? Nie wiem i wiedzieć nie chcę i wiedzieć nie będę, aż do dnia sądnego. Wielkość Twoja w tem, żeś nieznany.
W bratniej, wspólnej mogile zagubił imię, zagubił rodzinę, spadło z niego, co osobiste, z grobu narodził się na nowo, z grobu, gdyby z matki-ziemi, wyszedł nieznany, zapomniany, bezimienny [...]
Czymże na Boga jesteś, szary żołnierzu, zapomniany, bezimienny?
Ty jesteś odwieczny geniusz bojowy narodu, zowiesz się Męstwo, ty jesteś niespożyta, niezmożona moc ideałów narodowych, zowiesz się Poświęcenie. Ty jesteś wszech zwycięska niepodległość ducha narodowego, zowiesz się Wolność.
Nazywasz się Milion, bo miliony złożyły w tobie swe ukochania i swe katusze. Nazywasz się Milion, a imię twoje czterdzieści i cztery, a życie twoje trud trudów, sława, sława, sława.
Grób Nieznanego Żołnierza jest do dziś niesłychanie mocnym znakiem  historii naszej Ojczyzny, oddania i miłości Polaków, a także i wiary.
Dlaczego i wiary?
W jednej z moich prywatnych rozmów z ks. Stanisławem Bizuniem, byłym wykładowcą katechetyki i wicerektorem rektorem Seminarium Duchownego we Lwowie i można powiedzieć bardzo wiarygodnym świadkiem opisanych wydarzeń dotyczących ekshumacji, stwierdził, że w kieszeni nieznanego młodego żołnierza znaleziono jedną jedyną rzecz – różaniec.

 

 
 
Czy można być dziś sprawiedliwym?
Jest sprawiedliwość Boga, jedyna i prawdziwa. Tylko On jest sprawiedliwy, jako że tylko On ma pełnię danych o nas wszystkich.
Ta sprawiedliwość jest związana z całą prawdą. Bóg z miłości nas stworzył i nieskończenie każdego kocha, dlatego jest całkowicie bezstronny. Nie ma sprawiedliwości bez miłości.
Jest sprawiedliwość uczonych w Prawie doktorów. Im stróże prawa bliżej są Boga i Jego sprawiedliwości, tym lepiej dla nich i dla
tych, których sprawy rozstrzygają. Jeśli rządzi zaś nimi egoizm i materializm, zaopatrzeni w wiedzę stają się najgorszymi przestępcami.  Mając bowiem w ręku literę prawa, zatracili jego ducha. Ponieważ pełnią w społeczności rolę arbitrów i wzorców, ich odpowiedzialność jest zdecydowanie większa. Jezus ostrzega nas: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych
w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
Jest sprawiedliwość tłumów, wyrażana krótkim – „dziś wszyscy tak robią”; - „czasy się zmieniły i dziś nikt tak nie postępuje”.
Punktem odniesienia tej sprawiedliwości jest otaczający nas świat z szeroko rozumianą modą, której trzeba koniecznie ulec.
Jest też sprawiedliwość moja, budowana na zasadzie:  „ja uważam”; „moim zdaniem”, Ta sprawiedliwość, powstała na subiektywnym doświadczeniu życiowym, ma na celu moje doczesne dobro i wygodę, niezależnie od tego, jaką cenę poniosą inni i jakich metod trzeba będzie użyć, aby osiągnąć własne cele.
Dziś, a może szczególnie dziś, Jezus domaga się od nas trwania w Bożej sprawiedliwości. Mamy udział w niej przez zachowywanie Bożych przykazań i to nie według swojego widzimisię, ale tak jak On to widzi. A On chce, aby nasza droga do sprawiedliwości rozpoczynała się w naszych sercach, czyli w naszych decyzjach sumienia. Zabójstwo zaczyna się w gniewie i braku przebaczenia, cudzołóstwo, w myślach nieczystych, krzywoprzysięstwo i kłamstwo w braku uporządkowanej relacji z Bogiem, Dobrem Najwyższym. To wszystko zaczyna się więc w naszych głowach i naszych sercach.
Jak przejść przez świat tak różnych ludzkich sprawiedliwości będąc umocowanym w Bożej?
Po pierwsze to codzienne rachunki sumienia. Każdy dzień to  jak projekt, który powinno się mądrze otworzyć i zamknąć.  Tu jest najgłębszy sens modlitwy porannej i wieczornej. Niewielu niestety to rozumie. Wieczorem zaś warto w modlitwie przeprowadzić sensowny rachunek sumienia. Warto niejako ze skanować dzień opierając się o Boże prawo i zobaczyć siebie w Jego prawdzie i Jego miłości.
Po drugie, to bezwarunkowe przebaczenie wszystkiego wszystkimJak się tego nie robi systematycznie,  nie będzie
się nigdy wolnym i sprawiedliwym człowiekiem.
Podając swoim uczniom tekst podstawowej modlitwy Ojcze nasz, Jezus akcentuje w bardzo mocny sposób przebaczenie winowajcom: …i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili (Mt 6,13). Podkreślając rangę przebaczenia, dodaje z całą stanowczością: Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień (Mt 6,14-15). Rzecz więc idzie o najważniejsze – od naszego przebaczenia winowajcom (nie dobrodziejom) zależy nasza relacja z Ojcem Niebieskim (por. przypowieść o nielitościwym dłużniku
Mt 18,23-35). Tak więc dotykając Bożej sprawiedliwości, dotknijmy przez przebaczenie również Jego miłosierdzia.

                                                                                                                     Ks. Lucjan Bielas

 
 
Potęga mniejszości.
Kiedy w Norymberdze 10 września 1934 roku kończył się wielusettysięczny  VI zjazd partii NSDAP, w 19 miesięcy po przejęciu
 władzy, jej przywódca Adolf Hitler wygłosił porywające przemówienie. Zawarł w nim bardzo ciekawe spostrzeżenie. Na początku
parta liczyła 7 członków, ale były dwa fundamentalne założenia. Po pierwsze jasny i jedynie prawdziwy światopogląd
narodowego socjalizmu, po drugie bezkompromisowe działanie w kierunku przejęcia władzy przez partię, jako jedynej siły i
jednoczącej siły w Niemczech. Dał zaraz też do zrozumienia, że przy pomocy tych dwóch narzędzi, mniejszość, pozostając
dalej mniejszością,  może zarządzać większością, jako że najbardziej cenne wartości są w mniejszości gotowej
do poniesienia największych ofiar.
W niepodważalną prawdę o roli mniejszości w społeczeństwie został włożony diabelski światopogląd i podłe cele,
a w konsekwencji największy dramat ludzkości.
Chrystus dziś zaprasza nas do budowania Jego mniejszości, na Jego zasadach, a nie szatańskich. Hitler kiedyś,
ochrzczony, tę mniejszość opuścił, aby budować swoją. Przegrał, ale diabeł za wygraną jeszcze nie dał i problem istnieje do dziś.
Zastawiony stół, a na nim świecznik i paląca się lampa. Wkoło oświetlone, pełne wyrazu twarze. I sól, by to, co podano, miało
smak. I Jezus, który mówi do swoich uczniów:
Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na
wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Jesteście solą, a nie zupą. Wystarczy jej odrobina, aby potrawa nabrała smaku. Jak ważna jest sól, by konserwować
pożywienie tak potrzebne dla życia. Sól jednak ma swój określony czas – zwietrzała nie nadaje się już do niczego.  
Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia
pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu.
Jesteście światłem dla świata – czyli nie tylko dla swoich. Światło jest uniwersalne, jest dla wszystkich. Wystarczy niewielki
płomyk, który złamie ciemność, a ludziom umożliwi działanie i komunikację. Ale musi płonąć i być wzniesiony. I trzeba
pamiętać, że światło też ma swój czas.
Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.
Niewielu ma być światłem dla wielu. Światłem, a nie pożarem. Nie można koncentrować uwagi na sobie jak fajerwerki czy
sztuczne ognie, bo nic z nich nie pozostaje. Tak jak soli samej jeść się nie da – nikt też nie wychwala soli, tylko potrawę – tak
też i nie podziwia się światła, tylko dzieła, które w nim się dokonują. I tak wychwalany jest Bóg, a nie światło i sól. On
jest źródłem światła i On nadaje soli smak.
A „świecić” i „solić” uczeń Jezusa może tylko przez dobre uczynki. Z jednej strony widoczne jak miasto na górze,
z drugiej wykonywane jak niepozorna służba świecy i soli. Jest to genialne porównanie Jezusa, który przez całe swoje
wcielenie pokazał, jak to ma wyglądać w życiowej praktyce. Tego porównania światła i soli nie wolno od Niego oderwać.
Aby było wszystko jasne od samego początku, Jezus oznajmił swoim uczniom prawdę, aktualną do dzisiaj: Każdy
Jego uczeń jest powołany zarówno do bycia w mniejszości, jak i do bycia liderem, bycia jak światło i sól.

 

                                                                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Warto dobrze się zestarzeć
Rodzice Jezusa, w końcu nie głupi, mogli sobie powiedzieć, skoro mamy prawdziwego Boga we własnym domu, to po co
nam świątynia? Po co nam przepisy prawa, kiedy to  Ustawodawca jest na naszych dłoniach? Wielu bez takiego argumentu
w ręku, dochodzi do przekonania, albo po prostu z lenistwa tak żyje,  że ani świątyni, ani przepisów religijnych nie potrzebują.
Tymczasem Maryi i Józefowi nie przewróciło się w głowie.  Znali prawo i postanowili zgodnie z jego literą udać się do Jerozolimy,
do Świątyni, aby uczynić to wszystko, co Bóg przez Prawo polecił.  A tu doszło do spotkania, które młodej matce Maryi utkwiło
na całe życie w głowie i w sercu. Kiedy wraz ze św. Józefem byli w Świątyni, aby ofiarować Niebieskiemu Ojcu pierworodnego Syna, Duch Święty przyprowadził dwoje staruszków: Symeona i Annę. Są nieraz takie staruszki, których ze świątyni wyrzucić się nie
da. Przez lata wrastają w nią, a przede wszystkim wrastają w relację z Tym, który jest Gospodarzem tej przestrzeni.  Różne trudne koleje życia, nieraz własne życiowe błędy, leżą u początków tej relacji. Tak bardzo w Bogu pokładają nadzieję, że nawet trudne doświadczenie brudów tego świętego miejsca i gorszącej postawy sług, nie jest w stanie ich zrazić. Ich można zasmucić, ale nie zgorszyć, urazić, ale nie wyrzucić. Niektórzy, ze sług świątynnych widzą w nich tylko stały dopływ grosza, wprawdzie niewielkiego,
ale stały. Tolerują ich, ale ich nie słuchają i czasu dla nich nie mają. Nieraz nawet ich nie widzą, zapominają, że są, bo są stale,
jak filar w świątyni. Bóg jednakowoż o nich pamięta, Bóg ich kocha, prowadzi i strzeże.
Sprawiedliwego i pobożnego Symeona, starca, który wyczekiwał Mesjasza, Bóg przyprowadził do Świątyni właśnie wtedy,
 gdy Rodzice wnieśli Jezusa. Wziął dziecko w ramiona i pod wpływem Ducha Świętego wypowiedział słowa, które są genialną
syntezą misji Jezusa i określeniem sensu ludzkiego życia: "Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według
Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie
pogan i chwałę ludu Twego, Izraela".
A zwracając się do Maryi, dodał słowa, które musiały Nią mocno wstrząsnąć, bo  precyzowały jej życiową misję: "Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz
przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu".
Te słowa są powtarzane w modlitwie wieczornej Kościoła przez wszystkich odmawiających liturgię godzin w tzw. komplecie.
U progu ciemności nocy, niepewni światła poranka w Jezusie widzą światło, które nigdy nie zgaśnie.
Warto może o mądrości starca Symeona pamiętać, a kiedy Bóg da jeszcze jeden dzień, to wzorem prorokini Anny, pierwszej
apostołki, z mobilnością języka starszej damy, mówmy o Nim wszystkim.

 

 

                                                                                             Ks. Lucjan Bielas                                      

 

 

Sieci
 Sean Parker, współtwórca Facebooka w jednym z wywiadów opisując intencje towarzyszące powstawaniu tej sieci komunikacyjnej i sposób programowania przez nią społeczności, stwierdził między innymi: „Bóg jeden wie, co stanie się mózgami naszych dzieci”.
Facebook jest komunikatorem, którym posługuje się w skali miesiąca prawie 2 miliardy ludzi, z których każdy poświęca dziennie
ok. 50 minut swego najbardziej intensywnego czasu. A przecież, to tylko jeden z komunikatorów, to tylko jedna z zarzuconych na nas sieci.Jesteśmy spętani różnego rodzaju sieciami reklam, finansów, komunikacji, informacji. Jesteśmy spętani sieciami struktur gospodarczych, politycznych, społecznych i całym ogromem drobniejszych pajęczyn. Im bardziej siedzimy w jakiejś sieci, tym mocniej słyszymy, że jesteśmy w wymarzonej dla nas sytuacji, która gwarantuje nam najwyższego rodzaju bezpieczeństwo i wolność.
Tymczasem prawda jest inna. Straciliśmy wolność, tożsamość i tracimy czas i pieniądze. Wiemy, że całkowicie nie możemy z tego wyjść. Co możemy więc zrobić, aby zachować siebie, nie zgubić celu życia i nie pozbawić się skuteczności działania?
 Scena znad brzegu Jeziora Genezaret, opisana w dzisiejszej Ewangelii,  przeszła do historii świata. Jezus nawołujący do zmiany sposobu myślenia, rozpoczynając budowę królestwa niebieskiego na ziemi, przychodzi do niewielkiej firmy rybackiej. Ci, którzy ją stanowili Piotr i jego brat Andrzej, Jakub i jego brat Jan, usłyszeli od Niego niezmiernie proste słowa zaproszenia: „Pójdźcie za Mną,
a uczynię was rybakami ludzi”. Skuteczność tych słów i moc przekonująca Tego, który je wypowiedział, okazała się ogromna.
Zostawili swoje sieci, swój wykonywany zawód i swoje domy.  Zostawili swoje sieci i te dosłownie rozumiane i te w przenośni, które dawały im dotychczasowe fundamentalne poczucie  bezpieczeństwa i poszli za Nim. Będąc wcześniej uczniami Jana Chrzciciela, pokazali, jak bardzo zależy im na stworzeniu relacji z Bogiem. Jezus zaprasza ich dokładnie do zbudowania jej i do pomocy innym
w jej budowaniu. Jest w tej Ewangelii niesłychanie mocna symbolika sieci. Zostawili więc te rybackie, a mają tworzyć nowe, aby
łowić ludzi, nie dla siebie, dla swoich interesów, lecz dla Boga.
Ta sieć wolności tworzy się przez pójście za Nim. Przez posiadanie go w zasięgu wzroku, w polu widzenia. Słuchać Jego głosu
i być Mu posłusznym.
Ta relacja to podstawowy węzeł sieci. Jest nią Królestwo niebieskie. Jedynie bezpieczna sieć, w której paradoksalnie będziesz prawdziwie wolny. Przez doświadczenie człowieczeństwa Jezusa stworzyć relacje z Jego Bóstwem.
 Chcesz mi teraz powiedzieć, że tego nie rozumiesz, że to wygląda na  kolejną  manipulację, a tego masz już dosyć. I chcesz mi
jeszcze powiedzieć, tak jakbym o tym nie wiedział, że w Kościele Chrystusowym jest dość ludzkich sitw i matactw. Jeśli jednak stworzysz prawdziwą relację z Jezusem, to pamiętaj, przebijesz się przez wszystko! Dla Niego przecież nie ma rzeczy niemożliwych!
„I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu”.

 

 

                                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

  

 
Śmiertelni i nieśmiertelni
W raju, po grzechu Adam i Ewa poczuli, że są nadzy, a słysząc kroki nadchodzącego Boga, szukali kryjówki w krzakach
(por. Rdz 3, 7nn).  Nie ma takich „krzaków”, z których grzesznik, wcześniej, czy później nie będzie musiał wyjść, stanąć
przed Stwórcą w całej swej okazałości i skonfrontować się z Prawdą.
Dzisiejsza Ewangelia rozpoczyna się od znamiennych słów: „Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: "Oto Baranek
Boży, który gładzi grzech świata”. To zupełnie nowa sytuacja.  Jan tak jak my wszyscy, potomek Adama i Ewy, wie doskonale,
kim jest Ten, który do niego podchodzi. Wie, że jest to Mesjasz, Syn Boży, który zapowiadany przez ofiarę paschalnego baranka
dokona dzieła odkupienia. Tak więc człowiekowi, który wyjdzie z „krzaków” swojej hańby, Jezus odbierze grzech, pod warunkiem,
że grzesznik na to Mu pozwoli. Tym samym przywróci mu godność i da mu nowe życie, które jest poza kategorią śmierci.
Stwierdzenie Janowe: „ja Go przedtem nie znałem” zdaje się sugerować, że choć od dzieciństwa znał wyjątkowość swojego
Krewnego, to jednak Jego Bóstwo i moc Jego chrztu zostały mu objawione później. Widać ewolucję, która przez poznanie i osobiste spotkanie prowadzi do konkretnej życiowej postawy: „Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”. Dał je do końca,
do swojej śmierci.
W życiu każdego z nas następują różnego rodzaju procesy. Lepiej, czy gorzej widzimy kroczącego w naszym kierunku Jezusa. Nieraz
się przed Nim chowamy, uciekamy, rzucamy w Niego kamieniami, kpimy, udajemy, że jest nam kompletnie obojętny i niepotrzebny. Grzech jest jednak grzechem i żaden uczony, nawet ten legendarny amerykański, sumienia nam nie wyczyści. Żaden informatyk z grzechu nas nie „odwirusuje”. Śmierć zaś jest śmiercią i nawet najbardziej zadziorny buntownik bogiem się nie stanie, choć teksty
głosi takie, jakby nim był.
Szczęśliwy ten światopoglądowy bokser, który tknięty łaską nawrócenia, którą zdecyduje się przyjąć, zdobędzie się na odwagę zmiany swojego życia. A świadomy swojego chrztu w Duchu Świętym, uklęknie na Mszy św. a kiedy ujrzy podniesioną Hostię i usłyszy słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata…” powie tak po prostu szczerze, jak niedowierzający Tomasz „Pan mój i Bóg mój”
(J 20,28).
 

 

                                                                                                Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Jezus jest największym i najświętszym grzesznikiem w dziejach świata.
Chrzest Pana Jezusa w Jordanie jest tym momentem, w którym Jezus bierze na Siebie wszystkie grzechy wszystkich okresów całego świata. Bierze na siebie i moje grzechy i ten pierworodny i wszystkie inne z całego mojego życia.
Dlaczego to, ten moment?
Chrzest Janowy był chrztem nawrócenia, był dla grzeszników i jego siła tkwiła w tym, co miało się dokonać przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Jezus Jest prawdziwym Człowiekiem i prawdziwym Bogiem i Jego ofiara „bilansuje” grzechy,
bo On tak chciał.  Jan nie wiedział, jak Jezus tego dokona, ale wiedział, że to Jezus jest Zbawicielem. Wiedząc z Kim ma do czynienia,
 z całą ludzką logiką wzbrania się przed chrztem Jezusa. Ten jednak decyduje inaczej.
Przez wejście w wody Jordanu i przyjęcie chrztu Janowego Jezus, który był jedynym człowiekiem sam z siebie bezgrzesznym, przyjął
 na siebie grzechy nas wszystkich. Wypełniły się tak słowa proroka Izajasza: „Pan włożył na Niego nieprawości nas wszystkich”.
Ciekawego spostrzeżenia dokonał Sługa Boży, ks. bp Jan Pietraszko. Nigdzie w Ewangelii nie mamy wzmianki o tym, że Chrystus się śmiał. Tłumaczy to faktem, że człowiek, który ma świadomość grzechu się nie śmieje. Grzech, jak pisze, „jest przerażająco smutny”
i „kładzie się cieniem na naszej świadomości”. On wziął to wszystko na siebie i dlatego możemy o Nim powiedzieć, że jest największym i najświętszym grzesznikiem w dziejach świata.
Ojciec Niebieski nie zostawia Syna samego. W momencie chrztu, w momencie ludzkiej decyzji  Jezus ma doświadczenie otwartego
nieba i niesamowitego wsparcia Boga, który jest Trójjedyny. Przez swoje dzieło wprowadzi do Boskiej rzeczywistości naszą ludzką naturę. To niesamowita scena, tak bardzo dla nas śmiertelników ważna. Jezus i tylko Jezus wprowadzi mnie słabego śmiertelnika w nieskończoną Boską naturę. Jakże ważny, w tym kontekście jest mój chrzest, przełożony na życie, będące jego świadomą aprobatą.
Tak buduje się przez Jezusa relacja z Bogiem, dająca najwyższej rangi poczucie bezpieczeństwa i zapewniająca  nadzwyczajną skuteczność, nawet tam, gdzie po ludzku jest już tylko mur.
Warto o tym pomyśleć w czasach, kiedy tylu biedaków, którzy przez chrzest zaokrętowani są w Kościele, płynąc po falach tego świata, nagle stwierdza, że: nie podoba im się kapitan, oficerowie są do niczego, zasady żeglugi przestarzałe, współpasażerowie denerwujący, kadłub dziurawy, a więc bezsens dalej w tym tkwić. I zamiast  ratować okręt i wraz z jego właścicielem Jezusem, intensywniej się o niego zatroszczyć, zagniewani i wzburzeni bardziej niż otaczające morze, wyskakują za burtę w nadziei, że sami jakoś i gdzieś dopłyną, że wystarczy im ludzkiej wiedzy i ludzkich sił.  
Szkoda: zapominają o tym, że Kościół jest jedynym okrętem na morzu tego świata, który nie zatonie i jedynym, który dopłynie do portu.

 

                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Rozum, serce, wiara.
 Musieli być z bardzo daleka i bardzo zakręceni w nauce, bo radośnie weszli w paszczę lwa, w obszar bezpośredniego zagrożenia ze strony jednego z najniebezpieczniejszych ludzi swojej epoki, Heroda Wielkiego. Pytać króla, który władzę przedkładał ponad wszystko i był dla niej gotowy zabić dosłownie każdego o to, gdzie narodził się nowy król żydowski, było szczytem braku orientacji. Może jednak właśnie to, ich uratowało? Musiało też być coś niezwykłego w owych „Mędrcach ze Wschodu”, skoro zostali przyjęci w tak niezwykły sposób przez żydowskiego władcę, który z byle kim się nie liczył. Niezmiernie inteligentny Herod wiedział jak się zachować w dość nietypowej sytuacji,  kogo zapytać i w jaki sposób zastawić pułapkę, której skuteczność była niemal gwarantowana.
To nie tylko głód wiedzy, fascynacja zjawiskiem, pragnienie poznania naukowej prawdy, ale jeszcze coś więcej kazało Mędrcom opuścić Jerozolimę i udać się w dalszą podróż. Prowadzeni nie tylko gwiazdą, która znów się pojawiła, ale i słowem Bożym odczytanym przez uczonych w Piśmie docierają do Betlejem, gdzie miał przyjść na świat Mesjasz. „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę”. To, co się wydarzyło, było już poza rozumem. Doświadczenie tego domu zwaliło ich z nóg. Upadli oddając Dziecięciu Boską cześć. Złożone zaś dary świadczą o ich przekonaniu, że mają do czynienia z Bogiem, Królem, Kapłanem i Ofiarą. Bóg, widząc ich ogromny trud, pokorę intelektu i czyste serce dał im łaskę wiary, która przekracza wszystko. Pan Wszechświata wchodzi z Mędrcami w nową relację. Kieruje do nich swoje słowo, którego wypełnienie będzie gwarantem ich bezpiecznej podróży do ojczyzny.
Kiedy odprawiam Mszę św. i biorę do rąk konsekrowaną Hostię, proszę Ojca Niebieskiego o wiarę Mędrców. Pragnę, aby tak jak oni zobaczyli Boga w  Dziecięciu, zobaczyć Boga pod postacią chleba. Pragnę zawsze słuchać Jego nakazów i chodzić Jego drogami i tak właśnie prowadzić innych  na drodze do wspólnej Ojczyzny, z której wszyscy wyszliśmy i do której wszyscy zdążamy.

 

                                                                                     Ks. Lucjan Bielas

 
 
Słowa, których diabeł nie wypowie.
Choć Egipt nie wypracował spójnej teologii, to mity powstałe w tej cywilizacji zawierały istotne przesłania dotyczące relacji człowieka ze Stwórcą.  I tak np. starożytny Egipcjanin wierzył w ukrytą moc twórczą każdego słowa. W micie o bogu-stwórcy Ptahu z Memfis wyrażano wiarę, że to, co pomyślało jego serce, „język urodził”. Natomiast najwyższe bóstwo słoneczne Re słowem powołało do istnienia innych bogów. Owo słowo uważano za bóstwo oddzielne, zwane Hu. Dlatego też w społeczności Egiptu, pisarz zajmował wyjątkowe miejsce jako ten, który w słowie zawierał moc.
Może teraz łatwiej będzie nam zrozumieć początek Ewangelii według  św. Jana:
„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”.
W umysłach starożytnych na pewno nie chodziło tu o grę słów, lecz o bardzo konkretną stwórczą rzeczywistość, stwórczą moc zawartą w słowie.
Jakie to Słowo, jaka to Moc?
Bóg jest Miłością, i tak Go rozumie św. Jan. Bóg mówi sam w sobie, w trzech Osobach: Ja Ciebie kocham. Ojciec do Syna, Syn do Ojca, Ojciec do Ducha… Ta Miłość jest nieskończona i nie zamyka się w Bogu. Bóg, stwarzając świat, stwarzając człowieka, stwarzając mnie, krzyczy: Ja ciebie kocham!
A kiedy w swej wolności zawodzimy, wszechmocny Bóg ogranicza się do człowieka Jezusa Chrystusa. Jego imię  Jeszua znaczy  „Jahwe jest zbawieniem”.  I jako prawdziwy człowiek dalej Bóg krzyczy: Ja ciebie Kocham i jestem gotów oddać swoje ludzkie życie dla Ciebie.
A ja? A ja, co na to?
A ja wstydzę się Bogu powiedzieć, że Go kocham, bo co o mnie inni powiedzą?
Dziecku boję się powiedzieć, że go kocham, bo - pedofil.
Kobiecie boję się powiedzieć, że ją kocham, bo…
Mężczyźnie boję się  powiedzieć, że go kocham, bo…
Nawet sam sobie boję się powiedzieć, że siebie kocham, bo…
To nic, że nieraz takie przychodzą myśli, obawy, zahamowania. A ja i tak wiem, że jestem kochany i wolny i dlatego, pomimo wszystkich obaw i lęków, w tym świecie tak bardzo manipulującym słowem i jego mocą, krzyczę na całe gardło:
Kocham Boga i Was wszystkich, a nawet moich wrogów, bo wiem, że to jedyna możliwość uczestniczenia w Boskiej mocy stwórczej.

 

                                                                                     Ks. Lucjan Bielas              

 
100 centymetrów
Zdrowia, stu lat życia i wszelkiej pomyślności, życzymy sobie przy różnych okazjach, również i na Nowy Rok.
Kiedyś przyszedł do mnie mój przyjaciel, Janusz, nasz znakomity jaworznicki hydraulik.  Janusz wyciągnął z kieszeni roboczego kombinezonu metr stolarski, rozłożył go i powiada: popatrz Lucjan 100 centymetrów, jak 100 lat życia.  Tyle sobie życzymy. Tak sobie życzymy, przytaknąłem. Lucjan, ile mamy przeżyte? Obaj byliśmy po pięćdziesiątce, no to odcinamy. Jaka jest średnia wieku mężczyzny w Polsce? Wystarczy spojrzeć na nasze jaworznickie nekrologi. Odcinamy. Co nam zostało do zagospodarowania? Niewiele.
W kilka lat po tej rozmowie Janusz zmarł. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie, porządkował swoje ziemskie sprawy, a czułem, że jest już w innej rzeczywistości, u progu Domu Ojca Niebieskiego.
Życzenia mamy piękne, ale trzeba być odpowiedzialnym realistą i mając jeszcze parę centymetrów w ręce, nie czas na durne pomysły i głupią gadaninę. Dlatego też dziś, u progu Nowego Roku chcemy zobaczyć cel i dobrać właściwe środki.  Zwykle świadomi ziemskiego kresu patrzymy w niebo. Tymczasem Stwórca dał nam swojego Syna. Wraz z Najświętszą Maryją Panną i św. Józefem patrzymy w dół, na małe bezradne Dzieciątko, potrzebujące nieustannej obecności i pomocy drugiego człowieka. Wraz z nimi wierzymy, że będąc z Nim, wcielonym Słowem Boga, towarzysząc w Jego wzroście, współpracując w Jego działalności, uczestnicząc w Jego ofierze, będziemy mieli udział w Jego wieczności. Tak po prostu jest, że Jego obecność w naszym życiu niczego nie komplikuje. Wszystkiemu zaś nadaje właściwe znaczenie i jest źródłem fantastycznego poczucia bezpieczeństwa, niezależnie ile centymetrów mamy jeszcze w ręce.
 

                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 
Rodzina z Głową
Józef był głową Świętej Rodziny. To do niego Anioł Pański zwraca się we śnie: „Wstań, weź dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał dziecięcia, aby Je zgładzić”. Józef nie dyskutuje, wie, co ma robić i dlaczego. Nie czekał rana, wstał, zabrał dziecię i Jego Matkę i jeszcze nocą wyruszył do Egiptu. Niebezpieczeństwo musiało być niezwykle poważne, natomiast hasło „Herod” było dostatecznie mocne. Tak rozpoczął się ok. trzyletni okres wędrówki i pobytu Świętej Rodziny w kraju faraonów, wtedy jak cały Basen Morza Śródziemnego, przynależnym do Rzymu.
Józef miał zawód, który pozwalał utrzymać rodzinę wszędzie, był cieślą.  W  oczach starożytnych Greków do najważniejszych fachowców budowlanych należał cieśla – tékton.  Zarówno Homer, jak i żyjący kilka wieków później Platon, ukazywali pracę cieśli, począwszy od wycinki drzew i obróbki drewna, aż po skomplikowane prace przy budowie okrętów, łodzi i oczywiście domów, z ich konstrukcją dachową. Cieśla, według Greków, był człowiekiem o ponadprzeciętnej inteligencji, pracował z drewnem, które uchodziło za materiał niezwykle szlachetny, a przy tym opiekę sprawowała nad nim sama Pallas Atena.
O niezwykłych umiejętnościach cieśli wspomina Księga Mądrości, której natchniony autor krytycznie  ocenia oddawanie talentu i pracy na rzecz obcych bóstw. I choć głowa cieśli jest pełna znakomitych pomysłów, a jego ręce niezwykle sprawne, wyrzeźbione przez niego bóstwo nie jest w stanie pomóc mu w najbardziej podstawowych życiowych problemach (Mdr 13,11-19).
W sam raz, to niebezpieczeństwo nie groziło Józefowi. Charakter pracy cieśli sprawiał, że był on wolnym człowiekiem, który zaopatrzony w narzędzia i świadcząc usługi o wysokiej jakości, pracę mógł znaleźć wszędzie. Całą nadzieję złożył jednak w Bogu, którego Słowo Wcielone, Jezus, zostało właśnie Jemu powierzone.
W Egipcie, szczególnie w Aleksandrii, była duża emigracja żydowska. Dzięki położeniu miasta i posiadaniu portu handlowego, jego mieszkańcy mieli spore możliwości zarówno gospodarczego, jak i intelektualnego rozwoju. Mieli dobrą relację z Jerozolimą, w której posiadali swoją synagogę i  szczodrze obdarowywali Świątynię. Czy Józef z Maryją i Jezusem tam dotarł? - Tego nie wiemy. To, co możemy z całą pewnością powiedzieć, w Ich przypadku, była to emigracja polityczna, a nie zarobkowa. I co bardzo ważne, rodzina była razem. Kiedy więc tylko Bóg, po śmierci „tych, którzy czyhali na życie Jezusa”, polecił Mu wracać, Józef uczynił to natychmiast. „Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w okolice Galilei. Przybył do miasta zwanego Nazaret i tam osiadł”. Ta krótka notatka Ewangelisty, dla historyka starożytnego jest znacząca. Czasy po śmierci Heroda, inteligentnego tyrana były bardzo napięte społecznie, ekonomicznie i religijnie. Młody 18-letni tetrarcha, Idumei, Judei i Samarii (Cesarz nie zaakceptował jego królewskiej godności) nie radził sobie i po 10 latach nieudolnych rządów, został odwołany i skazany na banicję. Ten czas, zbliżony do stanu wojennego  pochłonął tysiące ofiar śmiertelnych.
Józef wracał z Egiptu zapewne na początku panowania Archelaosa.  Miał świetną orientację i uzasadnione obawy. Podjął to, co Bóg mu polecił. 
Jest rzeczą znamienną, że Bóg, troszcząc się o Rodzinę swojego Syna, rozmawiał z Józefem, a nie z Maryją. Uszanował „oprogramowanie faceta”, bo takim go stworzył. I co najważniejsze – Bóg się na nim nie zawiódł!
Paradoksalnie tzw. dzisiejsze czasy są bardzo podobne do czasów Świętej Rodziny i to zarówno w kwestiach religii, ekonomii jak i polityki. Zmieniła się tylko technologia. Jedno jest pewne: społeczeństwo z rodzinami pozbawionymi głowy, nie ma szans na przetrwanie.
                                                                           

                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas

 

 

 

 
Chciałbym być jednym z nich.
Bóg nie jest wieczną samotnością, tylko wirującą przestrzenią Miłości, przestrzenią dawania i brania jednocześnie: Ojciec, Syn i Duch Święty. W tej przestrzeni Miłości jest pomysł na ten świat, jest pomysł na człowieka. A kiedy z tego wiru Miłości człowiek wypadł, bo sam tak zadecydował, to w tym wirze Miłości jest pomysł, aby go nie zostawić samego. Wszechmogąca Miłość sprawiła, że Bóg stał się człowiekiem, Odwieczny stał się przemijającym, Wszechmocny stał się bezbronnym, a wszystko po to, abyśmy Go poznali i pokochali.
Stawiam sobie pytanie: kim chciałbym być w tę Bożonarodzeniową noc?
Odpowiedź mam jasną – pasterzem!
Tym, który czuwa w nocy, bo poważnie i odpowiedzialnie traktuje swoją pracę. Tym, który umie być z innymi. Tym, który poważnie traktuje Boga i Jego słowo. Tym, który gdy niebo się otwiera i Anioł mówi o narodzinach Zbawiciela w Betlejem i o Niemowlęciu owiniętym w pieluszki i złożonym w żłobie, nie zadaje niepotrzebnych pytań, tylko zbiera innych i idzie. A kiedy doświadczywszy otwartego nieba, przekracza próg otwartych drzwi stajenki i znajduje Maryję, Józefa i Niemowlę w żłobie, mówi o tym, co go spotkało i słucha innych i cieszy się i chwali Boga. A potem taki właśnie wraca do swoich zajęć. I dalej mówi i dalej słucha i dalej cieszy się i dalej chwali Boga.

 

 

                                                                                                      Ks. Lucjan Bielas

 
 
Małżeński trójkąt
 
Według prawa żydowskiego, w sytuacji wskazującej na zdradę żony, a dotyczyło to również roku po zaślubinach, a przed
zamieszkaniem razem, mąż miał do dyspozycji dwa narzędzia odwetowe. Pierwszym, najłagodniejszym był list rozwodowy, którym oddalał wiarołomną żonę. Sytuacja społeczna oddalonej i jej dziecka nie były do pozazdroszczenia. Drugim narzędziem, o wiele
bardziej radykalnym,  była pewna forma sądu Bożego, zwana próbą gorzkiej wody. Podejrzana o niewierność narzeczona  musiała
w obecności kapłana,  wypić obrzydliwy napój, którego główny składnik, oprócz wody, stanowił  pył zebrany z podłogi Świątyni.
Jeżeli kobieta po wypiciu zwracała go lub zachorowała, winę jej uznawano za bezspornie dowiedzioną, co równało się wyrokowi
śmierci (por. Lb 5,11-31).Tymczasem Józef, kiedy zastał swą Małżonkę brzemienną, zapanował nad emocjami i znalazłszy trzecie wyjście, postanowił potajemnie Ją opuścić. W opinii ludzi, to on uchodziłby za męża, który nie dotrzymawszy czystości przedmałżeńskiej i ucieka przed konsekwencjami. Taki czyn niewątpliwie uchroniłby Maryję od zniesławienia i napiętnowania w opinii społecznej miasteczka. Józef pokazał, swą decyzją, klasę zapanowania nad sobą, miłości do Boga i Maryi, oraz przewidywania skutków swoich decyzji. Czynnikiem, który niewątpliwie bardzo pomógł Józefowi w podjęciu prawdziwie męskiej decyzji, była sama Małżonka. O klasie Maryi można powiedzieć, cytując błogosławionego malarza Fra Angelico: „zbyt piękna, żeby ją pożądać”. Ten wybitny artysta, uchodzący za eksperta w dostrzeganiu i ukazywaniu piękna, określił w ten sposób typ urody kobiety, który powstaje dzięki obcowaniu
z Bogiem, czystym pięknem i dobrem. Józef,  doświadczając takiego piękna swej Małżonki w chwili próby, na jaką został wystawiony,  
nie zdobył się na to, by podejrzewać Ją o zdradę. W tej przysłowiowej kwadraturze koła zaistniałej sytuacji postąpił sprawiedliwie, zawieszając sąd.Możemy się tylko domyślać, co działo się w Jego głowie i w Jego sercu. Wynik jest nam znany. Ten, który znał całą prawdę o Józefie, Bóg Ojciec powierzył mu swojego Syna i Jego Matkę. Bóg, przez anioła, zaprosił Józefa do wypełnienia powierzonej mu misji: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. Pan Bóg wyszedł naprzeciw męskiej logice Józefa i dał  odpowiedź na najważniejsze pytania: skąd jest to dziecko? I jaka jest Jego misja? Ponieważ Józef jest przedstawicielem nas grzeszników, dlatego określenie celu przyjścia Syna Bożego, jako wybawiciela z grzechów, było dla Niego czytelne.
Niezmiernie ważne są słowa anioła: „nadasz imię Jezus”. Bóg w nich darzy Józefa ogromnym zaufaniem, przekazując Mu ojcowską władzę nad Synem Bożym. Józef wziął swoją Małżonkę, a wraz z Nią poczętego Jezusa, do siebie. Warto zauważyć, że  w opinii miasteczka, byli jako ci, którzy nie dochowali czystości. Józef pokazał, że świetnie rozumie, kiedy z ludzką opinią należy się liczyć,
a  kiedy nie. Tak od momentu wyjścia Adama i Ewy z raju, powstał pierwszy sensowny związek małżeński, małżeński trójkąt: mężczyzna, kobieta i Bóg. Rozbity przez grzech, teraz zaistniał na nowo – Maryja, Józef i Syn Boży Jezus. Każdy sakramentalny związek jest takim trójkątem, ponieważ jest zaproszeniem Jezusa do małżeńskiej miłości. I tak powstają trójkąty: Jacek, Irena
i Jezus; Katarzyna, Stanisław i Jezus, Tomasz, Oliwia i Jezus...
W czwartą niedzielę Adwentu tuż przed wigilijnym wieczorem może warto postawić sobie pytanie, czy to rozumiemy? Jeśli
nie, to mamy kłopot, a jeszcze większy kłopot mają dzieci.
                                                                    
                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
 
 
Prawdziwy mężczyzna
 
Jest to najbardziej deficytowy „towar” we współczesnym świecie. Mam głębokie przekonanie, że byłoby w naszej rzeczywistości
o 80% mniej głupich pomysłów, idiotycznych rozmów i skandalicznych postaw, gdyby byli prawdziwi mężczyźni. Dotyczy to całego przekroju społeczeństwa na czele z Kościołem. Na tyle długo żyję, a przecież głupi nie jestem, że mogę takie spostrzeżenie jasno
wyrazić. Wydaje mi się, że szkoda czasu na podejmowanie prób zdefiniowania prawdziwego mężczyzny, trzeba go po prostu spotkać, poznać i postanowić takim właśnie być.   Dziś Pan Jezus przedstawia nam swojego krewnego Jana zwanego Chrzcicielem, z którym podął znakomitą współpracę przy projekcie tworzenia Bosko – ludzkiej korporacji, zwanej Kościołem. Dysponuje ona nieograniczonym kapitałem początkowym wypracowanym przez Chrystusa na krzyżu i Jego gwarancją, iż przetrwa wszystkie burze dziejowe. Żadna
 inna instytucja takiej gwarancji nie ma. U jej zarania jest dwóch prawdziwych mężczyzn,  a nie trzciny na wietrze, nie
karierowicze - władzy, wygody i pieniędzy chciwych. Każdy z nich był świadomy swojej misji, każdy był gotowy wypełnić
 ją, aż do śmierci. Nie konkurowali ze sobą, nie porównywali się, lecz idealnie współpracowali w idealnym zjednoczeniu z Ojcem Niebieskim. Na szczególną uwagę zasługują słowa Chrystusa, wypowiedziane do uczniów, których uwięziony Jan Chrzciciel wysłał
z zapytaniem:  „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Możemy spokojnie przypuszczać, że to
pytanie nie było w głowie Jana, lecz odczytał je w głowach swoich uczniów. Jezus, nawiązując do księgi Izajasza, odpowiada, nie Janowi, ale przybyłym uczniom:  „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”.Przy tej okazji Chrystus wskazuje wielkość Jana, tak swoim współczesnym, jak i nam, mówiąc -  „On jest
tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela”.  Jezus kończy swoją wypowiedź zdaniem, które może w nas rodzić pytania:   „Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”. Zdanie to, staje się bardziej zrozumiałe wtedy, kiedy to uświadomimy sobie różnicę między chrztem Janowym a Chrystusowym. Jan, będąc ostatnim prorokiem Starego Przymierza, przygotowuje powierzonych mu ludzi na przyjście Mesjasza. Jego chrzest w wodach Jordanu jest chrztem nawrócenia, zmiany sposobu myślenia polegającej na życiu według prawa Bożego. Chrzest Jezusa na bazie owego nawrócenia idzie dalej. Jest to chrzest Duchem Świętym i jako taki staje się źródłem nowego życia w  zjednoczeniu ze Stwórcą, które daje śmiertelnemu człowiekowi, wieczną perspektywę i nieograniczone możliwości. W takim znaczeniu Jezus widzi w Janie największego spośród zrodzonych z niewiasty,
w każdym zaś ochrzczonym Duchem Świętym, zupełnie nową relację między człowiekiem a Bogiem.
Jan Chrzciciel rozeznał swoją misję i z prawdziwie męską odpowiedzialnością wszedł we współpracę z Chrystusem. Stawiam sobie pytanie: czy stać mnie na to, aby z męską odpowiedzialnością wejść we współpracę z Chrystusem, dysponując zdecydowanie
większymi możliwościami niż św. Jan?
 

                                                                                      Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Dwie kobiety i Bóg
 
Pond 10 lat temu na jakimś spotkaniu lotniczym miałem przyjemność poznać niezmiernie sympatycznego starszego pana. Przedstawił się jako Antoni Tomiczek i choć wtedy niewiele mi to mówiło, to jednak jego górnośląski akcent od razu wzbudził moją sympatię. Po chwili rozmowy odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z niezmiernie poukładanym mężczyzną, a na dodatek dowiedziałem się, że z ostatnim żyjącym wtedy lotnikiem  majorem pilotem 301 Dywizjonu Bombowego „Ziemi Pomorskiej im. Obrońców Warszawy”. Pan Antoni chyba czuł wtedy potrzebę, aby opowiedzieć mi o kluczowych wydarzeniach w swoim życiu, a ja byłem  wdzięczny Bogu za to, że mogłem poznać tego niezwykłego człowieka i posłuchać opowieści o jego niezwykłych losach.  Na samym początku naszej rozmowy Pan Antoni wyjął portfel i pokazał mi wizerunki dwóch kobiet. Pierwszym wizerunkiem  był obrazek Najświętszej Maryi Panny.  Jeszcze przed wojną, jako młody pilot, otrzymał go od  biskupa polowego gen. Józefa Gawliny. Przez całe życie miał go ze sobą, a wizerunek Maryi pozwałam mu, przez Nią budować taką wewnętrzną relację z Bogiem, która w najtrudniejszych chwilach pozwalała zachować mu poczucie bezpieczeństwa i zimną krew, co było bardzo ważne zarówno dla niego, jak i dla innych. Dotyczyło to szczególnie lotów, podczas których samolot był ostrzeliwany przez artylerię przeciwlotniczą i dziurawiony jak sito.
Drugim wizerunkiem kobiety w portfelu Pana Antoniego, było zdjęcie zmarłej żony Emilii. Pokazując je, opowiedział historię związaną z ich miłością. Jeszcze przed wybuchem wojny postanowili się pobrać i doszło do zaręczyn. Rozłąka trwała całą okupację. Po wojnie, kiedy latał w Transport Command w Siłach Powietrznych Wielkiej Brytanii dowiedział się, iż w Polsce Mileńka (tak nazywał narzeczoną) wciąż na niego czekała i wówczas podjął decyzję o powrocie. Zderzenie z  rzeczywistością socrealizmu było dla niego twarde. Choć o lataniu nie było mowy, to jednak miłość nadawała prozie ówczesnego życia właściwe znaczenie.
 
Na całe życie zostanie mi w pamięci tamto spotkanie. Pogodna twarz starszego mężczyzny, jego opowieść o miłości dwóch kobiet,
a w perspektywie Bóg, źródło wszelkiej miłości.
Dziś w adwentowy wieczór wspomnienia Matki Bożej Loretańskiej patronki lotników, wspominam pana Antoniego i stawiam sobie pytanie: czy jeszcze są gdzieś takie Tomiczki?
 
 
                                                                                                               Ks. Lucjan Bielas
 
 
Nie do pojęcia, ale do uwierzenia!
Tajemnica niepokalanego poczęcia Najświętszej Maryi Panny jest w ujęciu Benedykta XVI, źródłem wewnętrznego światła,
nadziei i pociechy. Pośrodku naszych nieraz bolesnych doświadczeń życiowych, trudnych prób, niemal niepokonalnych przeciwności, Maryja Matka Jezusa Chrystusa, kieruje do każdego z nas fundamentalne przesłanie, które może pomóc w uporządkowaniu naszego życia. - Łaska Boża jest większa od grzechu, a miłosierdzie Boże jest większe od zła i co więcej, może ono każde zło przemienić na większe dobro, jeśli tylko na to Bogu pozwolimy.
Na różne sposoby i to każdego dnia, zło stara się nas otoczyć, będąc obecne w różnych wydarzeniach i naszych relacjach. Kiedy zastanowimy się głębiej, to stwierdzamy z całą pewnością, że  zło ma swoje zakorzenienie w chorym i poranionym sercu człowieka,
które nie jest w stanie samo z siebie uwolnić się od niego.
Biblia mówi nam o upadku aniołów;  nieposłuszeństwie człowieka i jego twardych konsekwencjach. O śmierci, cierpieniu, a przede wszystkim o dziedziczeniu braku przyjaźni z Bogiem.  Mówi nam Biblia o Bożym planie uratowania człowieka i jego realizacji przez
Syna Bożego Jezusa Chrystusa, zrodzonego z niewiasty Maryi, którą wszechmogący Bóg zachował od konsekwencji grzechu dziedzicznego.W przyjaźni z Bogiem, ale wolna w swej ludzkiej decyzji, Maryja podjęła współpracę z Nim nie tylko w dziele stwarzania przez swe macierzyństwo, ale i dziele odkupienia, przez swe posłuszeństwo. Wraz ze swoim Synem, Wcielonym Słowem Boga, tworzą zupełnie nowy model najbardziej sensownego i kreatywnego działania człowieka zarówno w przestrzeni stwarzania, jak i w przestrzeni odkupienia od wszelkiego zła.
Kiedy o tym myślimy – to głowa mała. Warto więc postawić sobie parę pytań, które pomogą w uporządkowaniu naszego myślenia
i naszych serc:
- Czy zdarzyło mi się kiedyś doświadczyć czegoś, co po ludzku było niemożliwe, a się stało?
- Czy wierzę w to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych?
- Czy umiem Bogu zadawać pytania i cierpliwie czekać na odpowiedź?
- Czy wiem, że wątpienie jest staniem w miejscu, a pytanie uczy pokory i otwiera myślenie?
- Czy stać mnie na najbardziej kreatywną postawę w życiu: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”?
W raju, po grzechu Ewy, Adam miał wybór. Mógł zostać z Bogiem i bez Ewy albo z Ewą i bez Boga  - wybrał Ewę. I tak zgubił wszystkich. Przy Zwiastowaniu, Maryja wybrała Boga i postawiła Go w swym sercu przed Józefem. Dzięki temu uratowała Józefa i nas – uratowała wszystkich. 
Bądź pozdrowiona Maryjo!
 
                                                                               Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
 
Między czuwaniem a wolnością
 
Przesłaniem dzisiejszej Ewangelii jest po raz kolejny przypomnienie nam przez Jezusa, że On przyjdzie i że trzeba być gotowym na Jego przyjście. Być może, że dla niektórych osób, poruszanie tego tematu jest zbyt mało atrakcyjne, albo też zbyt częste. Jednak już sam fakt, przyjścia Jezusa Chrystusa, zarówno ten historyczny, jak i ostateczny, stanowi  absolutnie centralne wydarzenie w naszym chrześcijańskim życiu. Sprawia on, że myślenie i mówienie o tych wydarzeniach, jest  jak najbardziej uzasadnione i konieczne.  Jako istoty stworzone z miłości i do miłości, a co zatem idzie do wolności, możemy oczywiście, to Jego przyjście zupełnie zignorować. Jednak rozumne stworzenie ignorujące Stwórcę, musi liczyć się z konsekwencjami takiej decyzji.
Nie czekamy na kogoś, szczególnie w naszych czasach, który się nie zapowiedział, nie ustalił dnia i godziny wizyty. Na dzwonki niezapowiedzianych nie reagujemy, drzwi takim nie otwieramy, telefonów, gdy wyświetla się nieznany numer, nie odbieramy. Im jest ktoś ważniejszy na tym świecie, to tym bardziej dba o ustalanie terminów i sieć swoich kontaktów.
Tymczasem Jezus mówi dziś do mnie i do wszystkich i również tych najbardziej odgrodzonych i zabezpieczonych –  spotkamy się, czy ci się to podoba, czy  też nie, to my się spotkamy. I nie jest to ważne, że usunąłeś Mnie z listy swoich  znajomych. Nie jest ważne, że nawet na niej nigdy nie byłem. I tak przyjdę do ciebie. I tak się spotkamy.
Ludzie, zachłyśnięci swoją codziennością, zapominają o Mnie, o swoim Bogu, który jest nieskończoną miłością. Zapominają o prawach, które im dałem i ustanawiają swoje. Przypominam ci słynne wydarzenie w dziejach świata, jakim był potop. Drwili z mojego sługi Noego wtedy, kiedy budował łódź tam, gdzie nie było wody. On był Mi posłuszny i to go uratowało, to uratowało mu życie.
Krąży po tym świecie złodziej – szatan, zabiera on tych, którzy odeszli ode Mnie. Pozwalam mu na to, bo ty masz prawo do wyboru i możesz powiedzieć Mi – nie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak jak on powiedział Mi  - nie, ze wszystkimi konsekwencjami. W jednym domu, przy jednej pracy, przy sąsiednich biurkach, będą i Moi i jego słudzy, ale tylko do pewnego czasu.
Czuwaj!
Pytasz: - co to znaczy?
Spróbuj się na chwilę wyłączyć z twojej bieganiny, z twoich rodzinnych i zawodowych problemów i wyzwań. Oderwij się od Internetu, od komórki i Facebooka. Popatrz w lustro, popatrz w pesel, popatrz na gwiaździste niebo, popatrz w swoje serce i tu możemy się spotkać. Dokładnie tu. Przecież wiesz, że cię kocham. Wiesz, że tobie daję Siebie i dlatego ta miłość jest tak wymagająca, bo inna być nie może. Jeśli traktujesz moją miłość poważnie, przełóż ją na swoje życie. Mogę cały czas być z tobą, rozmawiać z tobą, pomagać ci, a nawet przez Eucharystię być w tobie – Ja Bóg w tobie człowieku. Uwierz w to, pokochaj Mnie. 
Czuwaj i bądź wolny
                                                                                                                         Ks. Lucjan Bielas
 
 
Bóg mówi – „dziś”, diabeł mówi – „jutro”.
 
Śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu, która miała miejsce najprawdopodobniej 7 kwietnia 30 roku, to jedno z wydarzeń, obok jego zmartwychwstania i wniebowstąpienia, które uobecniają się w każdej Mszy św. Wszechmogący Bóg, który jest poza czasem,  wyjmuje je niejako z tamtego czasu i tamtej przestrzeni i uobecnia, czyli dzieją się „dziś”. My,  uczestnicząc we Mszy św., przez swoją wiarę jesteśmy świadkami tamtych niepowtarzalnych, a przez Boga uobecnionych  wydarzeń.
W dzisiejszą Uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata nasza obecność, pod Jego krzyżem, czyli  przy Jego tronie, ma szczególne znaczenie. To znaczenie jest tym większe, że scena ukrzyżowania Pana, przez wieki, mimo zmienności wydarzeń, nic nie traci ze swej aktualności. Każdy z nas może na Golgocie odnaleźć siebie. Może pośród oskarżycieli, może pośród krzyżujących żołnierzy, może w tłumie, który stał i patrzył, może z Maryją, Janem i kobietami, a może przy którymś z łotrów?
W centrum tej ponadczasowej sceny jest Jezus na swoim krzyżu, tak jak zaznaczyliśmy, na swoim tronie.  Jest krzyż, tronem króla ziemskiego, który będąc prawdziwym człowiekiem, tak bardzo ukochał swoich poddanych, że życie swoje oddał za nich. Paradoksalnie napis umieszczony nad Jego głową w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: „To jest król żydowski”, tę prawdę akcentuje.
Jezus jest nie tylko prawdziwym człowiekiem, lecz jest również prawdziwym Bogiem, Stwórcą i Panem wszelkiego stworzenia. Na tronie krzyża wtedy, kiedy Jezus - człowiek z miłości oddaje za nas  swoje ziemskie życie,  Jezus - Syn Boży z miłości daje nam swoje życie wieczne. Ten moment i to miejsce uobecniane w każdej Mszy św. jest istotą dzisiejszej uroczystości.
Nieprzypadkowo ewangelista św. Łukasz akcentuje reakcję dwóch złoczyńców, których powieszono obok Jezusa. Jeden z nich Mu urągał, drugi zaś karcąc swego towarzysza, wyznał swoją winę i rzekł: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Ten dobry łotr, bo tak wpisał się w historię świata, mimo że sam oskarżony i miał nie lada problem, trzeźwo ocenił postawę współoskarżonego Chrystusa. I wtedy kiedy wielu się pogubiło, on się odnalazł. Znakomicie ujął to św. Ambroży, który zauważył, że łaska, którą otrzymał, przewyższyła, to o co prosił. Od Jezusa usłyszał zapewnienie, które dla każdego z nas jest marzeniem życia: „Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju”.
         Ten jedyny i prawdziwy król – Jezus Chrystus, daje nam zawsze więcej niż to, o co Go prosimy. I to daje zawsze „dziś”, choć często tego nie widzimy.
 
                                                                                                                                        Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
„Nauczycielu, kiedy to nastąpi?”
 
(Łk 21.7)
W pierwszej chwili wydawać by się mogło, że Jezus, odpowiadając na to pytanie, nawiązuje do końca świata. Pojawią się fałszywi mesjasze, będą wybuchać wojny i konflikty, uczniów Jezusa będą prześladować, a religijne rozłamy będą dotykały wiele rodzin.   
Natura będzie obfitować w kataklizmy, a wszystkiemu będzie jeszcze towarzyszył głód i zaraza.
Kiedy się jednak głębiej zastanowimy nad słowami Jezusa, a historia świata jest nam odrobinę znana, to dojść możemy do wniosku,
że niemal każde pokolenie doświadczało i doświadcza  za swojego życia dramatycznych wydarzeń, o których wspomina Jezus. Dotyczy to  zarówno zawirowań politycznych, niepokojów społecznych, kataklizmów natury, jak i podziałów dotykających życie rodzinne.
Gdzie mądrość i siła, aby w tym wszystkim się nie pogubić?Jest rzeczą znamienną, że Jezus zaczyna swój wywód od spotkania z ludźmi wpadającymi w zachwyt nad świątynią, nad jej architekturą W odpowiedzi na ten akt podziwu, dla tego miejsca, Jezus  zapowiada,
że nie pozostanie tu kamień na kamieniu. My wiemy, że w roku 70 proroctwo Jezusa się spełniło. Późniejszy cesarz Tytus, niejako
wbrew zwyczajowi Rzymian, zburzył świątynię, która do dziś nie została odbudowana. Wraz ze zburzeniem świątyni skończyło się kapłaństwo w narodzie Wybranym. Nie ma ofiar i nie ma kapłanów. Wielowiekowa tradycja, sięgająca wyjścia Narodu Wybranego z niewoli egipskiej, została przerwana.  Kapłanem jest tylko Jezus Chrystus w wybudowanej przez siebie świątyni, a jest nią Kościół. Jego ofiara zapowiadana przez świątynię jerozolimską i krew baranków, jest zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy świata i to od każdego człowieka zależy, jak z tej ofiary skorzysta. Na świcie nie ma innej recepty na zło i grzech.Obecność Jezusa i działanie Ducha Świętego, którego nam daje, pozwala nie tylko w sądach dawać świadectwo o Nim, ale i w każdej innej trudnej sytuacji. Kiedy więc słyszymy o wojnach, kataklizmach i głodzie, nie popadajmy w zwątpienie. To On zwyciężył świat, to On jest jedynym w pełni skutecznym ratunkiem na naszą ludzką głupotę. Stało się dziś między nami modne odrzucanie Jezusa, a my grzeszni mamy jeszcze pretensje do Pana Boga, oskarżając Go, że jest przyczyną zła. I tak powstał tragikomiczny obraz współczesnego człowieka, który z jedną nogą w grobie, a drugą na skórce z banana, grozi paluszkiem wszechmogącemu Stwórcy.  Grzech jest głupotą, ale jeszcze większą głupotą jest odrzucenie Boga, który z miłości nas stworzył, z miłości nas odkupił, a tych, którzy do Niego się zwracają, nie zostawia bez pomocy. Jesteśmy codzienne zalewani niezliczoną ilością informacji o wojnach, kataklizmach i przeróżnych dramatach w większości będących dziełem człowieka, zachowujmy spokój. Zachowujmy go również, kiedy świat nas oskarża o wszystkie możliwe nieprawości. Nie traćmy wiary, kiedy
w naszych rodzinach „głowy się psują”. Zawierzmy Chrystusowi, który daje wytrwałym gwarancje: „włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”.
                             Zachowajmy więc przed Panem dobrą fryzurę!

 

                                                                               Ks. Lucjan Bielas

 
 
Jedynie sensowna odpowiedź
 
Saduceusze byli członkami religijno – politycznego stronnictwa, gromadzącego w dużej mierze przedstawicieli klasy kapłańskiej. Byli bogaci, wpływowi, ugodowi względem rzymskiego okupanta. W swych religijnych poglądach kwestionowali wiarę w aniołów i zmartwychwstanie. Kiedy Pan Jezus znakomicie uporał się z pułapką zastawioną na Niego w pytaniu o konieczność płacenia podatku, karząc sobie przynieść monetę podatkową - denara, właśnie saduceusze wystąpili z kolejną, tym razem teologiczną łamigłówką.
Kazus był wymyślony na bazie prawa mojżeszowego, które miało na celu zabezpieczenie losu wdowy. Kiedy umierał bezpotomnie mąż, jego brat powinien ją pojąć za żonę. I tak siedmiu braci po kolei umiera, przejmując po kolei wdowę i nie zostawiając potomstwa. Pytanie saduceuszy dotyczy jej losu przy „ewentualnym” zmartwychwstaniu.
Odpowiedź Jezusa jest ponadczasowa i dotyczy tych wszystkich, którzy, choć niby wierzący, to jednak w ziemskich układach i zabezpieczeniach pokładają swoją ufność, a o życiu pozagrobowym myślą w kategoriach: zobaczymy…; jakoś to będzie…; pozwólmy
się zaskoczyć… 
Jezus wyprowadza cały problem poza ziemską logikę i ziemskie układy. Nie można w kategoriach tego świata myśleć o relacjach
w Domu Ojca Niebieskiego, bo to, byłoby po prostu, prymitywne.
Druga część odpowiedzi Jezusa jest szczególnie dla nas ważna: „A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzaku, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją”. Chrystus znakomicie nawiązał do niekwestionowanego, przez saduceuszy, dialogu Mojżesza z Bogiem, przemawiającym do niego z gorejącego krzaka na pustyni. 
W Jego wypowiedzi kluczowe jest stwierdzenie, że wszyscy żyją dla Boga. Jeżeli bowiem każdy z nas, to sobie tak do spodu uświadomi
i weźmie poważnie do serca, odpadną mu wątpliwości co do zmartwychwstania. Życie zaś, będzie układał w kategorii miłości, która
jest czymś daleko więcej niż tylko uczucie, czy też ziemskie relacje.  Jest doświadczeniem miłości Boga i odpowiedzią bezgranicznego zaufania.
 
Może w kolejną listopadową niedzielę warto się nie tylko nad tym zastanowić, ale Bogu dać sensowną odpowiedź – Ojcze żyję dla ciebie.
 
 
                                                                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas
 
 
Kazus Zacheusza
 
Rzecz dzieje się w jednej z najstarszych miejscowości na świecie, w Jerychu.  Był to czas, kiedy to sława Jezusa była już na tyle wielka, że poprzedzała Jego przyjście. Zacheusz, przełożony celników był człowiekiem niewątpliwie znakomicie poinformowanym, we wszystkim, co działo  się w lokalnej społeczności. Kiedy przez miasto przebiegła wieść o pobycie Jezusa, Zacheusz postanowił działać. Był Żydem i zapewne myślał o dobrej relacji z Bogiem.  Był celnikiem, czyli przedstawicielem ówczesnych poborców podatkowych zbierających bez litości pieniądze podatkowe dla rzymskiego okupanta, a przy tej okazji nieuczciwie zagarniających grosz do swojej sakiewki.  Kolaborant, zdrajca, oszust kochający pieniądze, znienawidzony przez ludzi, ale w głębi duszy  człowiek, który szukał rozwiązania dla swego pogmatwanego życia. To niemożliwe, aby był kierowany tylko zwykłą ciekawością. To musiało być coś więcej. Szef celników, jak mały chłopczyk pobiegł, wyprzedził tłum i wspiął się na sykomorę. Chrystus widział nie tylko ten chłopięcy wyczyn, ale przede wszystkim pogubione serce Zacheusza i jego chęć znalezienia wyjścia z niesłychanie trudnej życiowej sytuacji.
Wystarczyło jedno zdanie Chrystusa: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.   On natychmiast znalazł się na ziemi i uradowany przyjął Mistrza nie tylko do swego domu, ale przede wszystkim do swojego serca.  Obecny Jezus uwolnił rozwiązanie wewnętrznego dramatu gospodarza, który już wcześniej musiał mieć wszystko przemyślane i policzone. Nie miał jednak odwagi, aby to nazwać i wprowadzić w życie. Znakomicie świadczą o tym jego słowa: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.
Obecność Jezusa pozwoliła przełożonemu celników, zdrajcy, oszustowi i kolaborantowi, podjąć właściwą decyzję. Jezus jej nie narzucił, nic nie kazał, nic nie wyliczał, po prostu wydobył ją z jego głowy i serca, jak akuszer pomógł ją „urodzić”.
Kolejne zdanie Jezusa jest bardzo ważne, zarówno dla Zacheusza, jak i dla wszystkich którzy podważali sens wizyty Jezusa u miejscowego grzesznika:  „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. To zdanie jest jednocześnie uzasadnieniem naszego domniemania o tym, co działo się w sercu i głowie Zacheusza przed spotkaniem z Jezusem. W tym stwierdzeniu Syn Boży informuje nas, jak ważna jest w naszych sprawach zawodowych i domowych, pełnych kazusów Zacheusza, Jego obecność, uwalniająca mądrość i odwagę.  
Otwierający drzwi Chrystusowi muszą zawsze liczyć się z tym, że świat prymatu użyteczności, a nie dobra, nie będzie takiej postawy rozumiał i będzie nią gardził. Tym jednak nie należy się przejmować, albowiem przy otwartych drzwiach Królestwa niebieskiego wszystko inne, to przysłowiowy – Pikuś.
 
 
                                                                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas

 

 
Oprogramowanie na świętość
 
Uroczystość Wszystkich Świętych to dzień szczególnego uświadomienia sobie rzeczywistości, którą w naszym wyznaniu wiary określamy mianem „świętych obcowania”. W pędzie codzienności, to tak bardzo nam umykająca prawda, z którą konfrontacja w momencie ciężkiej choroby, śmierci czy starości, dla człowieka nieprzygotowanego może być bolesna, a nawet kompletnie niezrozumiała.
Dzisiaj jest znakomita okazja, aby przystanąć i popatrzeć na rzeczywistość, do której wszyscy jesteśmy stworzeni. Ziemia jest w pewnym sensie latającym w kosmosie grobowcem, na którym  pojawiają się nieustannie nowe istoty, niektóre nawet rozumne, które po chwilowym życiu trafiają do ziemskiej mogiły. Jedna tylko mogiła jest pusta, albowiem ten, który w niej został złożony, zmartwychwstał. Jest nim Jezus Chrystus, prawdziwy człowiek istotom ludzkim we wszystkim równy i jednocześnie prawdziwy Bóg, Stwórca wszystkiego. Jego grób to brama do świętych obcowania, boskiej rzeczywistości, przeznaczonej dla istot rozumnych, które na miłość Stwórcy odpowiedzą miłością. Brama jest jedna i to ciasna, dodatkowych furtek nie ma, a system kontroli jest doskonały. Rzeczą znamienną jest fakt, że choć jest ciasna, to jednak każdy, który wykaże się gotowością, przez nią przejdzie. Ojciec Niebieski, tak bardzo pokochał nas, mimo wszelkich grzechów i ułomności, że nie tylko czeka na nas, ale wysłał Syna, aby nas przeprowadził. Innego przewodnika nie ma.
Z tym większym skupieniem odczytuje dziś Kościół słowa samego Chrystusa, który daje bardzo konkretne rady i obiecuje pomoc, dla każdego, kto pragnie przejść przez Jego grób do życia wiecznego. Mają one wspólny klucz zawarty w słowie „Błogosławieni”. Błogosławiony to nie ten, któremu wszystko się udaje, który ma zdrowie i szczęście do pieniędzy. Błogosławiony to ten, który w zderzeniu ze światem chciwości, korupcji i brutalnych zwyczajów podejmuje drogę Bożych przykazań i Ewangelii. Po ludzku jest głupi i skazany na zagładę, a mimo to, podejmuje decyzję miłości Boga ponad wszystko i ponad wszystkich. Wtedy Ojciec Niebieski daje swoje błogosławieństwo, czyli swoją pomoc, każdemu taką, jaka jest potrzebna, można powiedzieć dedykowaną.  Celem jest niebo.
Samuraje byli znakomitymi rycerzami, albowiem uczyli się ignorować swoje życie doczesne. Strach bowiem przed jego utratą był wyrokiem śmierci w walce. Podobnie prowadzi nas Jezus, zachęcając, abyśmy tak jak On zignorowali wartości tego świata, ale dla nieba, a wtedy we wszystkim staniemy się skuteczni i spełnieni, czyli po prostu – święci.
 
 
                                                                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
Jak ufać sobie?
 
Takich, którzy uważają się za sprawiedliwych, a innymi gardzą, spotykamy na co dzień wielu.  Życie z nimi jest trudne, a zmiana ich sposobu myślenia wydaje się niemożliwa. Tacy samo kanonizujący się święci. Mając jednak odrobinę krytycyzmu wobec własnej osoby, to i w sobie samych odnajdujemy mniej lub więcej elementów  wspomnianej postawy. Jesteśmy niewinni, sprawiedliwi, budujemy swoje dobre samopoczucie na wymienianiu  własnych zasług i na porównywaniu się z innymi. Zwykle nasze wywody kwitujemy stwierdzeniem: „gdyby inni byli tacy jak ja, to świat…”.
Pan Jezus nie zachował się biernie wobec postawy dufnych w sobie, uważających się za sprawiedliwych,  a innymi gardzących. Opowiedział im i nam przypowieść, która mocno zapada w umysły i serca. Jako Syn Boży i Sędzia był jedynym, który wypowiadając te słowa, nadał im właściwą rangę. Rzecz bowiem dotyczy tego, co dla nas grzesznych jest najważniejsze, a mianowicie usprawiedliwienia.
Dwóch modliło się w świątyni, każdy w sanktuarium swej duszy, czego świadkiem był już tylko Bóg, a byli to: faryzeusz i celnik. Pierwszy przeglądnął się w sobie, a nie w Bogu. Prawdy więc o sobie nie poznał, natomiast akcentował niekwestionowane swoje zasługi, których prezencja odbywała się na tle zdzierców, oszustów i celników. Zupełnie umknęło mu to, że tak jak każdy jest grzesznikiem. Pełne fałszu w jego ustach było podziękowanie Bogu, którego poinformował o swoich dobrych uczynkach, oczekując w głębi duszy słusznej nagrody.
Zupełnie inną postawę przyjął celnik. Na tym świętym miejscu pozostał z dala. Zewnętrzna postawa na tym świętym miejscu była odbiciem tego, co działo się w jego duszy. Stanął przed samym świętym, sprawiedliwym Bogiem, czego wyrazem było to, że nie śmiał oczu wznieść. To, co mówił, bijąc się w piersi, było kluczowe: „Boże mniej litość dla mnie, grzesznika”. Widział więc w Bogu, nie tylko sprawiedliwego sędziego dysponującego sprawnym monitoringiem i paletą sankcji, widział przede wszystkim  Ojca nieskończenie kochającego, gotowego przebaczyć każdy grzech. Szczerość takiej postawy zakłada zmianę postępowania i odejście od tego, co nie jest zgodne z wolą Stwórcy.
Dla nas ważne są dwa stwierdzenia Jezusa. Nie podlegają one żadnej dyskusji, albowiem wypowiedział je Ten, który dokonał dzieła naszego odkupienia. Usprawiedliwiony odszedł celnik, a nie faryzeusz. I zaraz drugie stwierdzenie: „Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. Każdy, to znaczy – każdy.
Zbliżająca się Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, nastrajają do zdjęcia maski i popatrzenie prawdzie w oczy.

 

                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas

 
 
„Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,8)
 
To pytanie na końcu dzisiejszej Ewangelii wydaje się, sugerować katastrofalny stan Kościoła na końcu świata. Czy o to chodziło Panu Jezusowi? – Tego nie wiem. Wiem natomiast, że On, Chrystus stawia mi, to pytanie dzisiaj – Lucek, gdybym dziś przyszedł do ciebie,
z jaką wiarą  Mnie przywitasz? Wiem, że takie spotkanie nastąpi, a pytanie Jezusa nie jest teoretyczne. Wiem również, że to pytanie
nie ma na celu straszenie mnie, ale mobilizację do pogłębienia mojej wiary. Dopiero w takim kontekście mogę lepiej zrozumieć zachętę Jezusa, aby zawsze się modlić i nie ustawać. Sugeruje mi, że modlitwa jest wyrazem mojej wiary i jednocześnie narzędziem do jej pogłębiania.W tym kontekście możemy lepiej zrozumieć sens Jezusowej przypowieści o niesprawiedliwym sędzim i skutecznej wdowie. Sądy w ówczesnym Izraelu sprawował Sanhedryn obradujący przy świątyni w Jerozolimie. Z konieczności zajmował się najważniejszymi sprawami, a taką był między innymi proces Jezusa. Na prowincji zaś, dobrze zorganizowane gminy miały własne sądy, czyli „małe sanhedryny”. Rozstrzygały one w sprawach mniejszej wagi, a w dziedzinie karnej nie mogły przekroczyć kary chłosty, czyli 39 uderzeń. W sprawach cywilnych każdy Żyd mógł być sędzią, w dziedzinie kryminalnej sędziowie pochodzili ze stanu kapłańskiego lub byli lewitami. Traktat Sanhedrin określał walory sędziego: powinien być wysoki, godny, znający języki, by nie potrzebował tłumacza, obeznany z magią, nie mógł być ani zbyt młody, ani zbyt stary, nie mógł być eunuchem, ani człowiekiem o twardym sercu.  Sędziowie
nie byli płatni, a wyroki, za które pobrano opłatę, były nieważne. Takie były założenia, a praktyka jak to w życiu bywa, wyglądała inaczej. O karykaturze sędziego mówi Pan Jezus. Przedstawiciel prawa w Jego przypowieści jest niewierzący, pozbawiony szacunku
dla drugiego człowieka i dbający o swoją wygodę. Jezus konfrontuje go z wdową, nękaną przez jej przeciwnika. Jej natręctwo i jego troska o swój święty spokój uruchomiły proces jej obrony.  Chrystus, akcentując skuteczność jej natrętnych próśb, zachęca nas do dobrego natręctwa w zwracaniu się do Ojca Niebieskiego. Nie danie za wygraną w proszeniu Boga podczas modlitwy generuje wzrost wiary. Z jednej strony owo błogosławione natręctwo wynika z niej, a z drugiej zaś strony, wzmacnia ją.
Dla nas, tak bardzo zagubionych, tak wiele tracących czasu na głupoty, tak mało skutecznych w działaniach i tak szybko przemijających, słowa Jezusa mają szczególne znaczenie. Tak się utarło mówić, że to śmierć po nas przyjdzie, a to przecież On, Jezus przyjdzie. I znów wraca fundamentalne pytanie: czy znajdzie u mnie wiarę?
 
                                                                                                                                                     Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Być uzdrowionym,  a być uszczęśliwionym, to ogromna różnica.
 
Dziesięciu trędowatych na skraju wsi, zatrzymali się z daleka. Pojęciem trąd określano różne dotkliwe i często zakaźne i odrażające choroby skóry. Przepisy Biblii, które również pełniły funkcję porządkowe w Narodzie Wybranym, nakazywały izolację trędowatych,
przy jednoczesnej zachęcie do świadczenia im miłosierdzia (Kpł 13,45-46). W praktyce, krewni i znajomi obdarowywali ich tym,
co było potrzebne do życia.  Zdarzające się przypadki uzdrowienia, prawie zawsze graniczące z cudem, musiały być potwierdzone
 przez kapłanów, a Bogu złożona stosowna ofiara (Kpł 14,1-32).
W tym kontekście, wołanie trędowatych: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami, ma swoją głęboką wymowę. To była prośba o cud przywrócenia do społeczności żywych i zdrowych.  Jezus wystawił ich wiarę na próbę, nakazując im, jeszcze trędowatym, aby poszli
do kapłanów stwierdzić swoje uzdrowienie. Oni to zrobili, a uzdrowienie nastąpiło w drodze.  Intrygujący jest obecny pośród nich Samarytanin. Ten człowiek oprócz wiary wykazał się pokorą,  jako że dla niego, pójście do kapłana żydowskiego było niewątpliwą ujmą. Nie tylko, że to zrobił, ale wrócił do Jezusa jako jedyny z uzdrowionych, aby podziękować. Zrobił to w wyjątkowy sposób, wychwalając bowiem Boga, upadł na twarz przed Jezusem, co w ówczesnym zwyczaju oznaczało oddanie Mu boskiej czci.
Znamienna jest reakcja Jezusa: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który
by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec". Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła". Papież Benedykt XVI zwrócił uwagę na ten tekst, jako kluczowy dla naszych relacji z Jezusem. Uzdrowienie dziękującego Samarytanina
poszło zdecydowanie głębiej. Jezus, widząc jego wiarę, uzdrowił nie tylko jego skórę, ale przede wszystkim jego serce. I tak stał
się nie tylko uzdrowionym, ale przede wszystkim uszczęśliwionym.
Obserwacja życia potwierdza, że na dziesięciu uzdrowionych jest jeden szczęśliwy.
Czy ja nim jestem?

 

                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 
 
 (Łk 17, 5-10)
Apostołowie prosili Pana: "Przymnóż nam wiary». Pan rzekł: "Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy dziękuje słudze
za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”.

 

Moc, która w głowie się nie mieści.
 
Prośba Apostołów skierowana do Pana: „Przymnóż nam wiary”, jest nam bardzo bliska. W sytuacjach trudnych i po ludzku niepojętych, spoglądając w niebo, albo patrząc na Krzyż święty, powtarzamy po wielokroć: „Panie, przymnóż nam wiary”. Często, rzeczywiście przychodzi rozwiązanie, umocnienie, otwierają się drzwi tam, gdzie ich wcześniej nie było.
Dziś Chrystus zaprasza nas zarówno do spokojnej refleksji nad naszą wiarą, jak i do „popracowania” nad jej głębią.  Rzecz znamienna, że prośba Apostołów o przymnożenie wiary została wypowiedziana zaraz po tym,  jak Jezus bardzo mocno zaznaczył konieczność upominania i przebaczenia winowajcy żałującemu i to 7  razy dziennie, czyli zawsze (Łk 17,3-4). To po ludzku może się wydawać niemożliwe, a nawet nielogiczne. Tymczasem Chrystus, wiedząc, co dzieje się w sercach słuchaczy mówi: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna. Trzeba wiedzieć, że drzewo morwowe może przetrwać na jednym miejscu 600 lat. Korzenie zaś czarnej morwy, jak już zaznaczali starożytni pisarze żydowscy, mają możliwość rozrastania się na wszystkie strony i dlatego są niezmiernie trudne do wyrwania. Nawet niewielka wiara, porównana przez Pana do symbolicznie najmniejszego ziarnka gorczycy, daje człowiekowi ponad naturalną moc i skuteczność wykraczającą poza logikę tego świata, jeśli jest to oczywiście zgodne z wolą Boga.
Chrystus natychmiast daje odpowiedź na rodzące się pytanie – jak taką wiarę w sobie wypracować? Przykład czerpie z codziennego życia, z prozaicznej sceny, która zapewne w wielu domach była codziennością. Sługa wraca po pracy z pola, a pan domu, nie zważając na jego zmęczenie, każe się obsłużyć, podać sobie jedzenie, a dopiero potem może sam się posilić.  Wydaje się to niesprawiedliwe, zgoła nieludzkie. Dodatkowo irytujący jest fakt, że w naszych ludzkich relacjach, niesprawiedliwość może stać się akceptowanym zwyczajem. Niesprawiedliwość, o której mowa w dzisiejszej Ewangelii, łagodnieje nieco, kiedy sobie uświadomimy, że pan zapewne też miał swoją pracę i że sługa miał poczucie bezpieczeństwa, które dawał mu dom, w którym pracował i mieszkał. Jezus nie wzywa sługi do zmiany porządku rzeczy, do buntu, do rewolucji i zamiany miejsc przy stole. Jezus wzywa do rozeznania swojej misji, czyli swojej służby, i postrzegania jej na tle całego domu. Postawa „sługi nieużytecznego” to postawa sługi perfekcyjnie wypełniającego  swoje obowiązki, co daje mu w konsekwencji, zupełnie inne miejsce i możliwości w domu pana.  
Opowieść Chrystusa o „słudze nieużytecznym” ma swoje przełożenie na naszą relację z Panem Bogiem. Wiara staje się zdecydowanie silniejsza i skuteczniejsza, gdy towarzyszy jej postawa sługi.  Taką postawę miał sam Chrystus, który nie domaga się od nas takiej postawy, jaką sam prezentował.  Taką postawę ma również Najświętsza Maryja Panna. Czy taką postawę mam ja …?

 

                                                                                                       Ks. Lucjan Bielas

 
 
Nie każdy ma imię przed Bogiem!
 
To stwierdzenie może niejednego szokować, lecz jest jasnym wnioskiem z dzisiejszego fragmentu Ewangelii. Bogaty człowiek,
 który niemądrze korzystał z tego, co posiadał, trwonił swój majątek, ubierając się wytwornie i spędzając czas na zabawach,
w Ewangelii nie ma imienia. Natomiast biedny,  schorowany człowiek, leżący u bram jego pałacu, bez nienawiści i zazdrości
w sercu, jedynie z prośbą o okruchy ze stołu, ma na imię – Łazarz. Zwykle imiona bogaczy są znane, czytamy o nich na pierwszych stronach gazet, w mediach znajdujemy szczegółowe informacje o ich strojach, bankietach i pikantnych szczegółach życiorysu.
Tego typu informacje są pokarmem dla bezimiennych biedaków cierpiących na niedosyty sensacji i nadmiar wolnego czasu.
Opowiadając przypowieść o bogaczu i Łazarzu,  Jezus akcentuje przepaść między zbawionymi i potępionymi i jej ostateczny wymiar
po śmierci człowieka. Tu się już nic nie zmieni. Tu się już nic nie da zrobić. To teraz ode mnie zależy, dopóki jestem na tym świecie,
po jakiej stronie pozaziemskiej rzeczywistości się znajdę, czy jako bezimienny potępiony, czy jako imienny uczestnik uczty świętych. Mam do dyspozycji słowa Boga – Pismo Święte, które przełożone na język miłości w moim postępowaniu stają się pewną i bezpieczną drogą dla mnie i tych, którzy za mną pójdą. Mam do dyspozycji sakramenty święte i obecnego w nich Chrystusa, jedynego, który zmartwychwstał i wstąpił do nieba. Mam do dyspozycji tu i tylko tu, bo po śmierci będzie za późno.
 
                                                                                                                                       Ks. Lucjan Bielas
 
 
Boga oszukać nie próbuj!
 
Wydaje się, że przez wieki funkcjonują w ekonomii i gospodarce dwie ważne logiki: logika zysku i logika sprawiedliwego  podziału. Żyjący  w VIII w. p. Chr. prorok Amos, pochodzący z uboższych warstw izraelskiej społeczności, piętnuje logikę zysku ówczesnych przedsiębiorców. Zysk stał się dla nich najważniejszym celem, albowiem w dobrach tego świata położyli swoją nadzieję. W ich logice zysku nie ma miejsca na relację ze Stwórcą, co przekłada się na ich uczciwość oraz na podejście do dnia szabatu. Traktują ów dzień jako wymuszoną i przykrą przerwę w zarabianiu pieniędzy.
Kiedy w logice zysku nie ma Pana Boga, nie będzie Go również w logice podziału. To Bóg jest gwarantem jego sprawiedliwości. Kiedy Boga braknie w ludzkiej logice, człowiek ogarnięty chciwością będzie w stanie drugiego człowieka sprowadzić do wartości rzeczy. Prorok Amos posługuje się  drastycznym przykładem  sprzedania ubogiego za „parę sandałów”. Dla nas najbardziej drastycznym przykładem odczłowieczenia relacji jest logika KL Auschwitz - Birkenau.
To, co Bóg powiedział przez Amosa, Syn Boży nazywa jeszcze bardziej jasno: „Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”. Ten porządek musi wejść  tak głęboko w ludzkie serce, aby przełożyć się na uczciwość w najdrobniejszych sprawach:  „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie”.
Jezus jest realistą i doskonale wie, że w nasze ręce trafiają pieniądze i różne dobra, których historia nie jest nam do końca znana i nie jesteśmy w stanie do końca prześledzić ich „uczciwości”. Możemy jednak tym, co posiadamy, tworzyć dobre międzyludzkie relacje. Jeśli Bóg jest w naszych sercach, to logika podziału jest przed logiką zysku. Czasem wydaje się to trudne, niemal nielogiczne i tylko przez zaufanie Bogu możemy się przełamać i podjąć ryzyko, którego do końca nie rozumiemy. Efekt jest jednak niesamowity: wewnętrzny spokój, prawdziwi przyjaciele i dobra, które nie są przemijające.  
W Przypowieści o nieuczciwym zarządcy Jezus, prawdziwy Bóg i Człowiek,  ukazuje niezmierną inteligencję ludzi złych i fantastyczną zdolność jednoczenia się w podłości. Ich sukces jest jednak ograniczony, a sprawiedliwa kara ich nie ominie - Boga nie oszukają. 
 
 
                                                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ODWIEDZIŁO NAS         
 
                           
             Admin   slpro@op.pl   gg3073544